Parkrun z nowym rekordem życiowym


Nowy lepszy wynik na 5 km był dla mnie wielkim marzeniem. Prób pobicia tego rekordu było mnóstwo, aż wreszcie przestałam o to walczyć i poczekałam, aż samo przyjdzie. Przyszło, niespodziewanie.


W ciągu ostatnich miesięcy na sobotnich biegach parkrun osiągałam bardzo podobne wyniki. Metę przekraczałam zazwyczaj w okolicach 26 minut. Raz biegło się lepiej, raz gorzej, ale wciąż wiele brakowało, by chociaż trochę zbliżyć się do rekordu życiowego sprzed ponad roku (25m:22s). Na szczęście nie załamywałam rąk, bo wiedziałam, że w końcu się uda. Wystarczyło cierpliwie czekać i robić swoje (realizować plan). 

Ostatnia sobota to był właśnie TEN dzień. Mój 36 bieg parkrun, nowe szybkie buty i sprzyjające warunki do biegania. Miałam też swojego zająca, który na starcie powiedział bym trzymała tempo, bo dziś mu się nie chce. Mistrz motywacji, ale to wszystko pewnie dlatego, że zupełnie nie planowaliśmy biec na rekord.

fot. M. Bogdan



Pierwsze dwa kilometry były okej. Oddech w porządku, nogi też, więc biegłam. Lekko przyśpieszyłam na górce przy Juwenii, by później się rozpędzić i chwilkę odetchnąć. Moją uwagę rozpraszał pasek do tętna, który zawsze dobrze się trzymał, a tym razem zaczął się zsuwać, aż wreszcie po 3 km zleciał kompletnie.

Po nawrotce przy Oleandry myślałam, że jestem w domu, bo została już tylko ostatnia prosta. Niestety to był najgorszy odcinek. Z jednej strony wiedziałam, że sobie poradzę, a z drugiej... bałam się, że zwolnię, albo co gorsza zrezygnuję. Mateusz cały czas mnie wspierał. Nie pozwalał zwolnić, trzymał tempo (a jednak!), uświadamiał, że jest świetnie i na pewno sobie poradzę. Jak dobrze, że mówił to normalnie, a nie krzyczał/darł się prosto do ucha, bo taki doping cholernie mnie denerwuje.

Na ostatnich 300 m było ciężko. Tak blisko mety, a moje nogi nie chciały już biec. Miałam wrażenie, że zaraz się poddam, jednak myśl o tym, że zaprzepaszczę taką okazję i później będę tylko pluć sobie w twarz zmotywowała mnie do tego stopnia, że na końcówce jeszcze przyśpieszyłam. To był najszybszy kilometr i dzięki temu metę przekroczyłam z wymarzonym wynikiem 24m:51s.


Gdy już złapałam oddech, ciężko mi było uwierzyć w to co zrobiłam. Radość była ogromna. Swój wynik poprawiłam o 30 sekund, przy okazji łamiąc 25 minut. Trzeba przyznać, że bieg był dobrze rozegrany taktycznie, bo od startu do mety zwiększaliśmy prędkość. Cieszę się też, że nie biegłam sama, psychika w ciężkich chwilach lubi płatać figle. To nie ściema, że ostatnią część trasy biegnie się właśnie głową.

Widzę, że moje ostatnie treningi przynoszą efekty i pewnie dlatego nie brakuje mi motywacji. Wynik poniżej 25 minut na 5 kilometrów otworzył mi furtkę na kolejne wyzwania, bo przecież jest o co walczyć.


Udostępnij ten post

12 komentarzy :

  1. Nadziwić się nie mogę :-) Hah no tak jestem Mistrzem motywacji i wiem co kiedy powiedzieć aby było dobrze :D Fajnie biegło się z Tobą:) Polecam się na przyszłość! a teraz.... trening i osiąganie dalszych i wyższych celów! Powodzenia piękna! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie mam zamiaru spoczywać na laurach :)

      Usuń
  2. super! teraz ani się obejrzysz, a złamiesz 24 minuty :)

    OdpowiedzUsuń
  3. świetnie :) Gratuluję Ci wyniku i trzymam kciuki za dalsze postępy :) Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej! :)

      Usuń
  4. Gratki! :) Ja jakoś "piątek" nie lubię, umieram na nich. Mogłabym cały czas biegać półmaratony :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie właśnie jest odwrotnie :D Dużo pewniej czuję się na dystansie 5 km, ale to pewnie przez to, że sporo parkrun'ów mam już za sobą, a te inne dystanse.. biegam już trochę mniej :)

      Usuń
  5. jesteś wielka! :D gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze wiele przede mną, ale ślicznie dziękuję! :*

      Usuń
  6. Gratulację, mi jeszcze trochę do takiego wyniku brakuje :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)