38. PZU Maraton Warszawski, czyli jak złamać wymarzone 4h

Aby marzenia się spełniły trzeba najpierw samemu o nie trochę zawalczyć, a myśl o przebiegnięciu maratonu poniżej 4 godzin towarzyszyła mi już od samego początku. Podczas Cracovia Maratonu z różnych względów się to nie udało, ale wyciągnęłam wnioski, nabrałam doświadczenia i wiedziałam, że Maraton Warszawski będzie zupełnie inny. To tutaj chciałam zrobić to, co na wiosnę się nie powiodło. Udowodnić sobie, że jestem w stanie, że wciąż, po dosyć długim okresie zwątpienia potrafię walczyć o swoje marzenia, a kalkulatory prognozujące czas na podstawie dotychczasowych wyników nie kłamią.


Warsaw Marathon 2016

Tydzień przed maratonem

Internet pękał w szwach od informacji dotyczących biegu, tego co robić, a czego nie i jak fajnie jest przebiec maraton. Czytałam to wszystko, ekscytowałam się, chodziłam spać przed północą, ładowałam węglowodany, ograniczyłam treningi, nie mogłam się doczekać niedzieli, a jednocześnie tak bardzo mi się nie chciało...

Dzień przed

Stres sięgał zenitu. Rano nie mogłam wstać z łóżka, a przez głowę przechodziły mi różne myśli typu 'odpuść, daj spokój'. To wszystko potęgował też fakt, że miałam dużo pracy i nawet w drodze do Warszawy kończyłam zlecony projekt. Wieczorem zastanawiałam się jeszcze czy nie zmienić planów, pobiec trochę wolniej, ale ostatecznie postawiłam na swoim, bo doskonale wiedziałam co mnie zadowoli i że później będę tylko żałować.

W dniu biegu

W niedzielę rano obudziłam się przed budzikiem i nie mogłam już usnąć. Później długo siedziałam na łóżku owinięta kołdrą i patrzyłam przed siebie nie myśląc chyba o niczym. Dobrze, że wszystko przygotowałam sobie dzień wcześniej, więc tylko wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, zjadłam lekkie śniadanie, wypiłam kawę, spakowałam swoje rzeczy i... wiedziałam już że zrobiłam wszystko, by się udało.


Tuż przed startem

Całą drogę na start właściwie przemilczałam. Myślami byłam gdzieś baaardzo daleko. Chciałam się wyciszyć i skupić już tylko na biegu. Szliśmy powoli, dookoła mnóstwo biegaczy, było chłodno, a ja rozglądałam się, obserwowałam i wczuwałam w atmosferę. Coraz bardziej nie mogłam doczekać się, aż zdejmę ciepłą bluzę i zacznę rozgrzewkę pozbywając się resztek strachu. Temperatura tego dnia była idealna, nogi niezwykle lekkie i z minuty na minutę jeszcze bardziej cieszyłam się, że tu jestem.

Swój bieg powierzyłam pacemakerom. Postanowiłam, że będę się ich trzymać od startu do mety tak, jakbym była przywiązana do nich niewidzialną linką. Zaufałam im i dzięki temu jeszcze bardziej uwierzyłam, że mogę TO zrobić. Byłam przekonana, że z nimi będzie mi łatwiej, a co więcej, nie miałam wątpliwości, że jestem do tego biegu dobrze przygotowana.

Gdy tylko ustawiłam się w tłumie rozbrzmiał "Sen o Warszawie". Uwielbiam ten moment i podobnie jak na Półmaratonie Warszawskim ponownie miałam dreszcze na całym ciele. Tym razem zamknęłam na chwilę oczy, szybko zwizualizowałam sobie trasę i zaczęłam cichutko śpiewać.

Później usłyszałam wystrzał starteru i powoli truchcikiem zmierzałam ku linii startu. Zanim jednak to zrobiłam, usłyszałam Kasię z Klubu Biegaczy Spartakus, która rzuciła mi kilka motywujących słów (bardzo dziękuję Ci jeszcze raz za to!) i wtedy już wiedziałam, że się uda. Wtedy... już się nie bałam.

fot. Fotopussle Team

Jak po sznurku do 40 kilometra
Nie mogę inaczej tego określić. Po prostu biegłam jak po sznureczku mając w zasięgu wzroku cały czas pacemakerów na 4:00. Oczywiście co jakiś czas zerkałam na zegarek, ale nie przejmowałam się jakoś specjalnie tym, czy biegniemy wolniej, czy szybciej. Oni byli bardziej doświadczeni niż ja, więc po prostu im zaufałam. Wiedziałam, że nic nie stracę, a mogę bardzo dużo zyskać. W grupie jest dużo łatwiej i tym razem zdecydowanie było. Ten bieg był naprawdę prosty. Wiele czynności wykonywałam automatycznie. Cały maraton podzieliłam na odcinki 10 kilometrowe, a te jeszcze na 4 części. Każda część kończyła się punktem z wodą. Za każdym razem łapałam 2 kubeczki, piłam łyczek lub dwa, a resztę wylewałam na klatkę piersiową. Przed każdą pełną dziesiątką brałam żel i sunęłam do przodu nie zatrzymując się. Na zbiegach opuszczałam ręce, dając im na chwilę odpocząć, a na podbiegach delikatnie zwalniałam, patrzyłam pod nogi i zaciskając pieści biegłam przed siebie. Bez większych problemów dotarłam do 40 kilometra, wzięłam kubeczek z wodą, wypiłam, minęłam matę mierzącą czas i jak na wciśnięcie magicznego guzika ZAMUROWAŁO MNIE.

fot. Fotopussle Team

2 kilometry motywacji i 195 metrów walki o marzenia
Zatrzymałam się. Zaczęłam wątpić. W głowie miałam milion przeróżnych myśli. Wiedziałam, że nie mogę się poddać, nie teraz, gdy jestem już tak blisko, ale... nie potrafiłam ruszyć. Wzięłam zapasowy żel licząc na dodatkowy zastrzyk energii, ale to wszystko było na nic. Powoli pojawiały się łzy w oczach, bo tak bardzo chciałam, a nie potrafiłam się zmotywować.

Podjechał do mnie wolontariusz na rowerze. Zaczął krzyczeć, że meta już tak blisko, że nie mogę się teraz poddać. Nie działało. Nie docierało do mnie, ani jedno jego słowo, aż nie powiedział:

 "Biegnij, bo sobie później tego nie darujesz!"

Trafił w sedno. Miał rację, nie potrafiłabym sobie tego wybaczyć. W zasięgu wzroku cały czas miałam pacemakera na 4:00. Specjalnie zwolnił, motywował wszystkich, którzy mieli jeszcze szanse złamać 4 godziny. Miałam zapas i cały czas szanse na spełnienie swojego marzenia. Ruszyłam, rowerzysta podał mi jeszcze wodę, wzięłam łyka i biegłam ile sił. Nie było łatwo. To były najtrudniejsze 2 kilometry. Gdyby nie kibice, gdyby nie Pani fotograf  i gdyby nie wolontariusz, który cały czas jechał za mną na rowerze zabrakło by mi motywacji i woli walki.

fot. Fotopussle Team

Mało tego, na 200 metrów przed metą złapały mnie takie skurcze w łydkach, że nie mogłam już biec. Ponownie się zatrzymałam. Już prawie płakałam, bo meta była w zasięgu wzroku. Tak bardzo chciałam, a już nie mogłam. Podbiegł do mnie pacemaker, krzyczał głośno, że dam radę, że nie mogę się poddać, że jeszcze zdążę. Wiedziałam, że ma rację, dlatego zacisnęłam zęby, spojrzałam jeszcze dla pewności na zegarek, bo sekundy uciekały nieubłaganie i ostatkiem sił pobiegłam. Pędziłam ile tylko sił w nogach, aby zdążyć. By przekroczyć metę poniżej 4 godzin.


Niedowierzanie, radość i łzy w oczach
Zrobiłam to! Metę Maratonu Warszawskiego przekroczyłam z czasem 3:59:38, będąc 240 kobietą i 61 w swojej kategorii wiekowej. Zatrzymując zegarek jeszcze nie do końca potrafiłam uwierzyć w to co zrobiłam.

Wielokrotnie przecierałam oczy, a te momentalnie zalewały się łzami. Ciężko opisać słowami co czułam, ale jedno jest pewne - to był wspaniały dzień i zdecydowanie mój!


Na koniec jeszcze chciałam bardzo podziękować Mateuszowi, za ułożony plan, za wprowadzanie zmian, za konsultacje, wiarę i motywację.  Bez Ciebie nie byłoby tak łatwo - BARDZO DZIĘKUJĘ! :)

Czytaj dalej

Zatrzymać się, by ruszyć dalej

Minął już ponad miesiąc od poprzedniego wpisu, a ostatnie podsumowanie pojawiło się tutaj na początku lipca. Okres wakacyjny, wyjazdy, piękna słoneczna pogoda i trochę większa ilość treningów nie za bardzo sprzyjała pisaniu, a ja też jakoś szczególnie się o to nie starałam...


girl in hat

LIPIEC - SIERPIEŃ - WRZESIEŃ


W lipcu i sierpniu kalendarz treningowy po prostu pękał w szwach. Biegałam nawet 6 razy w tygodniu, czasem zdarzało się, że i dwa razy dziennie. Miesięczny kilometraż przekraczał 250 kilometrów, a mi wciąż było mało. Nie zmuszałam się do treningów. Realizowałam plan i wszystko wychodziło samo. Wstawałam o świcie, by uniknąć upałów, albo tak organizowałam swój dzień, aby późnym wieczorem był też czas na trening.


W ciągu tych trzech miesięcy miałam okazję biegać w przeróżnych miejscach. Przemierzałam warszawskie uliczki...


 ...i odkrywałam tajemniczy lasek Bielański.


Rozkoszowałam się nadmorskim widokiem, poranną bryzą i falującym morzem...


...odwiedziłam moje ukochane bełchatowskie ścieżki i miejsca...


 ...a w pozostałe dni przypominałam sobie jak kocham krakowskie Błonia.
 

Niczego mi nie brakowało. Z uporem dzieciaka określałam kolejne dni w kalendarzu, a zbliżający się z tygodnia na tydzień maraton sprawiał, że wciąż chciałam więcej, szybciej i lepiej.

Później coś we mnie pękło. Oczekiwanych rezultatów nie było, a ja coraz częściej nie widziałam sensu w tym co robię. Przynajmniej raz w tygodniu przerywałam trening, załamywałam ręce, a po policzkach spływały mi łzy. Traciłam wiarę w siebie. Miałam wrażenie, że wszystko co udało mi się wcześniej wypracować po prostu zniknęło. Nie potrafiłam uwierzyć, że te wszystkie sukcesy na wiosnę to prawda. Brakowało mi tej pewności siebie co kiedyś i uporu w dążeniu do celu. Nie potrafiłam do tego wrócić. Zapomniałam o co w tym wszystkim chodzi. Zwyczajnie zagubiłam się.


Aż wreszcie w ubiegłą sobotę coś się zmieniło. 

Będąc częścią damskiej drużyny ITMBW na Biegu Charytatywnym miałam szansę uwierzyć, że wspólnymi siłami możemy coś osiągnąć i pomóc potrzebującym. To był ten dzień, gdy wróciła zagubiona motywacja, chęci i wiara. Mimo rosnącego zmęczenia z okrążenia na okrążenie nawet na chwilę nie pomyślałam, by odpuścić. Robiłam co mogłam i się udało. Byłyśmy najlepszą krakowską damską sztafetą. Wspólnymi siłami wybiegałyśmy 43 okrążenia, które później zostały przeliczone na posiłki dla ubogich dzieci. W drużynie siłą, a razem można naprawdę dużo, dużo więcej.


Może faktycznie, czasem dobrze jest się zatrzymać/przeczekać, a nawet zrobić krok w tył, aby móc później silniejszym ruszyć dalej. 

Czytaj dalej

Uśmiech i radość, czyli XXIII Memoriałowy Bieg Majora Bacy

Są biegi na które zapisuję się, by powalczyć o jakiś fajny wynik, poprawić swój rekord życiowy lub sprawdzić na ile mnie obecnie stać. Są też takie, które biegam tylko dla przyjemności lub w ramach któregoś z treningów. Tych drugich w moim biegowym kalendarzu ostatnio było niewiele. O tym jak bardzo mi ich brakowało przypomniałam sobie podczas ostatniego Memoriałowego Biegu Majora Bacy w Bochni.



Szybki, tani dojazd z Krakowa, niska opłata startowa, wolna niedziela i spontaniczna decyzja - biegnę. Tak to wszystko mniej więcej wyglądało. Bardzo chciałam pobiec coś tak po prostu dla radości. Przypomnieć sobie jak to jest nie walczyć o każdy oddech, nie patrzeć całą trasę na tempo i nie denerwować, gdy coś pójdzie nie tak. 

Mimo, że cel treningowy jakiś tam miałam to do biegu podeszłam totalnie na luzie. Chciałam po prostu przebiec 10 kilometrów poniżej 50 minut i nie traktowałam tego jako typowego wyzwania. 

Słoneczko przygrzewało, wiatru raczej nie było, więc pogoda nie sprzyjała za bardzo szybkiemu bieganiu. Na trasie nie brakowało też podbiegów i zbiegów, a te ostatnie przecież lubię najbardziej.


Lokalni kibice, odpowiednia ilość punktów z wodą i zraszacze w kilku miejscach sprawiały, że biegło mi się naprawdę dobrze. Agrafki też miały swój urok. Dzięki nim czas mijał jakoś szybciej, a dodatkowo mogłam podziwiać czołówkę, przybić piątkę znajomym, uśmiechnąć się czy krzyknąć komuś motywujące słówko. 


Metę w Bochni przekroczyłam szczęśliwa i z wielkim uśmiechem na twarzy. Nie zrobiłam jakiegoś super wyniku, tempo też nie było równe przez całą trasę, ale bawiłam się świetnie. Właśnie takie biegi przypominają mi dlaczego lubię to co robię. Pokazują, że można czerpać radość ze zwykłego biegu, a ciągła walka o lepsze wyniki chwilowo przestaje mieć znaczenie.

fot. MOSiR w Bochni, Ostrowski, M.Gałązka

Czytaj dalej

Wspomnienie 26. Bieg Powstania Warszawskiego

Wybierając bieg Powstania Warszawskiego nastawiłam się przede wszystkim na niepowtarzalną atmosferę i przeżycie na własnej skórze biegu o historycznym znaczeniu. Nie trenuję typowo pod 10 km, ale aspekt sportowy samego biegu też był dla mnie poniekąd ważny. 


runners, Warszawa, polska walcząca

Chciałam poprawić swój rekord życiowy, ale nie do końca wierzyłam, że może się to udać. Powodów było wiele zaczynając od niesprzyjającej pogody, uczucia ciężkich nóg od kilku dni, braku wiary, chęci, a także niedopasowanie ostatniego posiłku do pory biegu. Ale po kolei...

Tak jak kilka dni przed biegiem nie mogłam się doczekać, kiedy pojadę do Warszawy, tak w sobotę nie miałam totalnie na to ochoty. Pogoda od rana nie rozpieszczała. Było gorąco, duszno, a i podróż pod koniec dnia dawała się już we znaki. Nie skłamię jeśli napiszę, że po prostu nie chciało mi się biec. Czasem tak jest i wtedy najlepszym wyjściem jest pojawić się trochę wcześniej na miejscu, by poczuć atmosferę biegu/nabrać chęci/nakręcić się. Pospacerowałam z siostrą, pośmiałyśmy się, zrobiłyśmy trochę zdjęć, nagrałam kilka filmików na snapchata (które kolejnego dnia były dla mnie najlepszą pamiątką), zostawiłam rzeczy i poszłam się rozgrzewać.

Byłam pod wrażeniem. Przed biegiem organizatorzy rozdawali znicze, by stworzyć łańcuch pamięci, a koszulki z pakietu w wojskowym kolorze khaki i biało-czerwone opaski ze znakiem Polski walczącej na ramionach biegaczy tworzyły niesamowitą atmosferę. Powoli się ściemniało, w tle leciały patriotyczne pieśni, a ja nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje, choć najlepsze było dopiero przede mną. Jeszcze nigdy nic nie zrobiło na mnie, aż takiego wrażenia jak kilkutysięczny tłum śpiewający Rotę. Tak jak miałam ciarki przed Półmaratonem Warszawskim przy Śnie o Warszawie, tak przed biegiem Powstania Warszawskiego odczułam to 10x mocniej. Czułam się po prostu dumna, że jestem Polką. Tę chwilę na pewno będę długo wspominać.

Start był podzielony na kilka tur. Biegacze startowali o danej porze wraz z odpowiednią strefą startową do której się zapisali. Każdy wystrzał z pistoletu poprzedzony był inną pieśnią patriotyczną. Bardzo się nakręciłam i nie mogłam doczekać, aż ruszę.


Zaczęłam wolniej. Nie miałam problemu z utrzymaniem tempa. Było z górki, biegacze ustawili się w dobrej strefie startowej, więc nawet nie było przepychanek. Gdy już po pierwszym kilometrze miałam sucho w ustach i marzyłam o kubeczku z wodą wiedziałam, że nie będzie łatwo. Zwykle biegając dyszki nie korzystam z wodopojów, tym razem nie mogłam zrezygnować. Byłam po prostu spragniona. O ile do 5-tego kilometra biegło mi się znośnie, tak po wbiegnięciu do tunelu opadłam ze wszystkich sił. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałam tam czym oddychać. Tunel rozciągał się prawie na cały kilometr, więc wyobraźcie sobie jakie to było męczące. Marzyłam tylko o tym, by z niego wybiec, a gdy to zrobiłam nie miałam już ochoty na nic.

Wiedziałam, że z jakiegokolwiek rekordu już nici, bo tempo spadało wraz z mijanym dystansem, a to bardzo negatywnie działało na moją głowę. Coraz więcej osób zaczęło mnie wyprzedzać, a ja zrezygnowana chciałam tylko dotrzeć do mety biegiem. Ogromną niespodzianką była dla mnie Olga na 9 kilometrze. Naprawdę bardzo Ci dziękuję za ten chwilowy przypływ mocy, bo dzięki Tobie zmieściłam się w 49 minutach i nie odpuściłam przed samą metą. To niesamowite jak doping potrafi zadziałać na człowieka.


Bieg mimo w pewnym sensie nieudanego „sportowego występu” wspominam bardzo dobrze. Poza nazwą samego biegu, trasa również nie była przypadkowa. Przebiegaliśmy przez centrum Warszawy w miejscach zaciętych walk Powstańców. Jedna 10 kilometrowa pętla z dosyć stromym podbiegiem na końcu, który potrafił dać jeszcze w kość. W trakcie biegu w niektórych momentach (zwłaszcza przy starcie i mecie) słychać było powstańcze piosenki i strzały, co tworzyło w pewien sposób magiczny klimat. Cieszę się, że miałam okazję na sportowo oddać hołd powstańcom walczącym o wolną Warszawę, uczestniczyć po raz kolejny w dużym biegu i poczuć tę atmosferę historycznego wydarzenia.

running medal


Czytaj dalej

Biegowe medale - jakie mają znaczenie?

Bełchatowska Piętnastka medal

Obecnie właściwie za każdy ukończony bieg otrzymuje się medal. Taki sam jaki dostanie reszta osób przekraczających metę bez względu na uzyskany czas, miejsce czy włożony wysiłek. Nie ważne, czy wynik jest dla nas tym najlepszym, przeciętnym, czy najgorszym. Wszyscy mamy to samo.


Doskonale pamiętam radość z uzyskania swojego pierwszego medalu. Nie liczył się wtedy czas. Tak naprawdę najważniejsze było to, że ukończę swoje pierwsze 15 km, a na mecie dostanę medal. Pierwszy, wyjątkowy i w nagrodę za włożony wysiłek - trofeum z ogromem wspomnień.

Wraz z upływem czasu i mojego rosnącego zainteresowania bieganiem do jednego medalu dołączał kolejny, później następny i następny, aż zaczęło brakować miejsca na wieszaku. Medal przykrywał poprzedni medal, ilość kurzu rosła, kolekcja się powiększała, a ja zaczęłam zauważać, że to wszystko robi większe wrażenie na znajomych niż na mnie.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam piękne medale. Najbardziej zachwycam się tymi kolorowymi (choć w Polsce ich niewiele) z wyróżniającym się projektem i niebanalną wstążką, ale.. jeśli bieg pójdzie po mojej myśli, to nie ważne czy wcześniej medal przypadł mi do gustu czy nie to w tej chwili i tak znaczy dla mnie najwięcej. Zresztą, działa to również w drugą stronę: nawet najpiękniejszy medal wyląduje na dnie pudła, gdy na trasie dałam ciała.

Biegiem na Bagry, Bełchatowska Piętnastka, Cracovia Maraton, Cracovia Halfmaraton, Zelowski Szus o Czółenko
EK FotoStudio
Warto też wspomnieć, że uwielbiam porządek. Zachwycam się minimalizmem, jasnymi przedmiotami i poukładanymi rzeczami, a wielka góra medali trochę się z tym kłóci. Dlatego na wieszaku zostawiłam tylko kilka medali mających dla mnie największe znaczenie, a pozostałe schowałam do ładnego pudełka. Nie było mi szkoda, a nawet odetchnęłam z ulgą. Z kolekcji 31 medali, zostawiłam 7 i nie miałam najmniejszego problemu z wyborem TYCH wyjątkowych. Teraz wystarczy jedno spojrzenie na dany medal, a w głowie pojawia się masa niesamowitych wspomnień...

A jak jest z Wami? Jakie znaczenie mają dla Was medale? Co z nimi robicie? 

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Czerwiec 2016

Tak się cieszę, że już lipiec! Z niecierpliwością czekałam na niego, serio! Wierzę, że ten miesiąc przyniesie mi coś dobrego. Czerwiec tak jakoś od samego początku był nieułożony i nijaki. Brakowało mi w nim planu, systematyczności i chyba zwyczajnie na starcie zbyt szybko go skreśliłam. 



Przez pierwsze 8 dni czerwca nie robiłam nic, bo po prostu nie mogłam. Zwyczajne chodzenie sprawiało mi duży dyskomfort i ból. Po takiej przerwie miałam sporo energii, ale też motywacja gdzieś umknęła. Wpływ na to miał prawdopodobnie zbliżający się półmaraton we Wrocławiu wobec którego miałam jakieś tam plany, a dobrze wiedziałam, że bez treningów nic nie osiągnę. Ostatecznie i tak wyszłam na tym nieźle, bo mimo wszystko 4. Nocny Wrocław Półmaraton pobiegłam tylko 2 sekundy gorzej od życiówki. 

W czasie przerwy sporo czytałam o bieganiu i samych przygotowaniach do maratonu. Postanowiłam wprowadzić trochę zmian i ułożyć nowy plan treningowy, bo bez niego ciężko mi funkcjonować. Jednym z podstawowych założeń w nim jest zwiększenie tygodniowego kilometrażu, dorzucenie podbiegów, a także w miarę możliwości dołożenie kolejnego (5tego) biegowego dnia. Wierzę, że wyjdzie mi to na dobre.

Co prawda od czasu powrotu wybiegałam te 165 km w czerwcu, ale większość treningów odbyło się bez rewelacji. Po prostu coś tam biegałam dokładając kolejną cegiełkę do całości. Może za bardzo przyzwyczaiłam się do nowych rekordów, wspaniałych treningów i szybkich postępów, a trochę zapominając o tym, że w bieganiu trzeba być cierpliwym. 


Czerwiec mnie wiele nauczył, pozwolił wiele przeanalizować, podsumować i dzięki temu mogę ruszyć dalej z nową siłą i wiedzą. Na lipiec póki co nie mam jakichś większych planów poza realizacją obecnych treningów. Lipiec to mój ulubiony miesiąc i zrobię wszystko co w mojej mocy, aby taki pozostał! :)

PS. Zapraszam też Was na instagrama i snapchata (keepdreamsclose) (tam jestem nieco częściej).

Czytaj dalej