Uśmiech i radość, czyli XXIII Memoriałowy Bieg Majora Bacy

Są biegi na które zapisuję się, by powalczyć o jakiś fajny wynik, poprawić swój rekord życiowy lub sprawdzić na ile mnie obecnie stać. Są też takie, które biegam tylko dla przyjemności lub w ramach któregoś z treningów. Tych drugich w moim biegowym kalendarzu ostatnio było niewiele. O tym jak bardzo mi ich brakowało przypomniałam sobie podczas ostatniego Memoriałowego Biegu Majora Bacy w Bochni.



Szybki, tani dojazd z Krakowa, niska opłata startowa, wolna niedziela i spontaniczna decyzja - biegnę. Tak to wszystko mniej więcej wyglądało. Bardzo chciałam pobiec coś tak po prostu dla radości. Przypomnieć sobie jak to jest nie walczyć o każdy oddech, nie patrzeć całą trasę na tempo i nie denerwować, gdy coś pójdzie nie tak. 

Mimo, że cel treningowy jakiś tam miałam to do biegu podeszłam totalnie na luzie. Chciałam po prostu przebiec 10 kilometrów poniżej 50 minut i nie traktowałam tego jako typowego wyzwania. 

Słoneczko przygrzewało, wiatru raczej nie było, więc pogoda nie sprzyjała za bardzo szybkiemu bieganiu. Na trasie nie brakowało też podbiegów i zbiegów, a te ostatnie przecież lubię najbardziej.


Lokalni kibice, odpowiednia ilość punktów z wodą i zraszacze w kilku miejscach sprawiały, że biegło mi się naprawdę dobrze. Agrafki też miały swój urok. Dzięki nim czas mijał jakoś szybciej, a dodatkowo mogłam podziwiać czołówkę, przybić piątkę znajomym, uśmiechnąć się czy krzyknąć komuś motywujące słówko. 


Metę w Bochni przekroczyłam szczęśliwa i z wielkim uśmiechem na twarzy. Nie zrobiłam jakiegoś super wyniku, tempo też nie było równe przez całą trasę, ale bawiłam się świetnie. Właśnie takie biegi przypominają mi dlaczego lubię to co robię. Pokazują, że można czerpać radość ze zwykłego biegu, a ciągła walka o lepsze wyniki chwilowo przestaje mieć znaczenie.

fot. MOSiR w Bochni, Ostrowski, M.Gałązka

Czytaj dalej

Wspomnienie 26. Bieg Powstania Warszawskiego

Wybierając bieg Powstania Warszawskiego nastawiłam się przede wszystkim na niepowtarzalną atmosferę i przeżycie na własnej skórze biegu o historycznym znaczeniu. Nie trenuję typowo pod 10 km, ale aspekt sportowy samego biegu też był dla mnie poniekąd ważny. 


runners, Warszawa, polska walcząca

Chciałam poprawić swój rekord życiowy, ale nie do końca wierzyłam, że może się to udać. Powodów było wiele zaczynając od niesprzyjającej pogody, uczucia ciężkich nóg od kilku dni, braku wiary, chęci, a także niedopasowanie ostatniego posiłku do pory biegu. Ale po kolei...

Tak jak kilka dni przed biegiem nie mogłam się doczekać, kiedy pojadę do Warszawy, tak w sobotę nie miałam totalnie na to ochoty. Pogoda od rana nie rozpieszczała. Było gorąco, duszno, a i podróż pod koniec dnia dawała się już we znaki. Nie skłamię jeśli napiszę, że po prostu nie chciało mi się biec. Czasem tak jest i wtedy najlepszym wyjściem jest pojawić się trochę wcześniej na miejscu, by poczuć atmosferę biegu/nabrać chęci/nakręcić się. Pospacerowałam z siostrą, pośmiałyśmy się, zrobiłyśmy trochę zdjęć, nagrałam kilka filmików na snapchata (które kolejnego dnia były dla mnie najlepszą pamiątką), zostawiłam rzeczy i poszłam się rozgrzewać.

Byłam pod wrażeniem. Przed biegiem organizatorzy rozdawali znicze, by stworzyć łańcuch pamięci, a koszulki z pakietu w wojskowym kolorze khaki i biało-czerwone opaski ze znakiem Polski walczącej na ramionach biegaczy tworzyły niesamowitą atmosferę. Powoli się ściemniało, w tle leciały patriotyczne pieśni, a ja nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje, choć najlepsze było dopiero przede mną. Jeszcze nigdy nic nie zrobiło na mnie, aż takiego wrażenia jak kilkutysięczny tłum śpiewający Rotę. Tak jak miałam ciarki przed Półmaratonem Warszawskim przy Śnie o Warszawie, tak przed biegiem Powstania Warszawskiego odczułam to 10x mocniej. Czułam się po prostu dumna, że jestem Polką. Tę chwilę na pewno będę długo wspominać.

Start był podzielony na kilka tur. Biegacze startowali o danej porze wraz z odpowiednią strefą startową do której się zapisali. Każdy wystrzał z pistoletu poprzedzony był inną pieśnią patriotyczną. Bardzo się nakręciłam i nie mogłam doczekać, aż ruszę.


Zaczęłam wolniej. Nie miałam problemu z utrzymaniem tempa. Było z górki, biegacze ustawili się w dobrej strefie startowej, więc nawet nie było przepychanek. Gdy już po pierwszym kilometrze miałam sucho w ustach i marzyłam o kubeczku z wodą wiedziałam, że nie będzie łatwo. Zwykle biegając dyszki nie korzystam z wodopojów, tym razem nie mogłam zrezygnować. Byłam po prostu spragniona. O ile do 5-tego kilometra biegło mi się znośnie, tak po wbiegnięciu do tunelu opadłam ze wszystkich sił. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałam tam czym oddychać. Tunel rozciągał się prawie na cały kilometr, więc wyobraźcie sobie jakie to było męczące. Marzyłam tylko o tym, by z niego wybiec, a gdy to zrobiłam nie miałam już ochoty na nic.

Wiedziałam, że z jakiegokolwiek rekordu już nici, bo tempo spadało wraz z mijanym dystansem, a to bardzo negatywnie działało na moją głowę. Coraz więcej osób zaczęło mnie wyprzedzać, a ja zrezygnowana chciałam tylko dotrzeć do mety biegiem. Ogromną niespodzianką była dla mnie Olga na 9 kilometrze. Naprawdę bardzo Ci dziękuję za ten chwilowy przypływ mocy, bo dzięki Tobie zmieściłam się w 49 minutach i nie odpuściłam przed samą metą. To niesamowite jak doping potrafi zadziałać na człowieka.


Bieg mimo w pewnym sensie nieudanego „sportowego występu” wspominam bardzo dobrze. Poza nazwą samego biegu, trasa również nie była przypadkowa. Przebiegaliśmy przez centrum Warszawy w miejscach zaciętych walk Powstańców. Jedna 10 kilometrowa pętla z dosyć stromym podbiegiem na końcu, który potrafił dać jeszcze w kość. W trakcie biegu w niektórych momentach (zwłaszcza przy starcie i mecie) słychać było powstańcze piosenki i strzały, co tworzyło w pewien sposób magiczny klimat. Cieszę się, że miałam okazję na sportowo oddać hołd powstańcom walczącym o wolną Warszawę, uczestniczyć po raz kolejny w dużym biegu i poczuć tę atmosferę historycznego wydarzenia.

running medal


Czytaj dalej

Biegowe medale - jakie mają znaczenie?

Bełchatowska Piętnastka medal

Obecnie właściwie za każdy ukończony bieg otrzymuje się medal. Taki sam jaki dostanie reszta osób przekraczających metę bez względu na uzyskany czas, miejsce czy włożony wysiłek. Nie ważne, czy wynik jest dla nas tym najlepszym, przeciętnym, czy najgorszym. Wszyscy mamy to samo.


Doskonale pamiętam radość z uzyskania swojego pierwszego medalu. Nie liczył się wtedy czas. Tak naprawdę najważniejsze było to, że ukończę swoje pierwsze 15 km, a na mecie dostanę medal. Pierwszy, wyjątkowy i w nagrodę za włożony wysiłek - trofeum z ogromem wspomnień.

Wraz z upływem czasu i mojego rosnącego zainteresowania bieganiem do jednego medalu dołączał kolejny, później następny i następny, aż zaczęło brakować miejsca na wieszaku. Medal przykrywał poprzedni medal, ilość kurzu rosła, kolekcja się powiększała, a ja zaczęłam zauważać, że to wszystko robi większe wrażenie na znajomych niż na mnie.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam piękne medale. Najbardziej zachwycam się tymi kolorowymi (choć w Polsce ich niewiele) z wyróżniającym się projektem i niebanalną wstążką, ale.. jeśli bieg pójdzie po mojej myśli, to nie ważne czy wcześniej medal przypadł mi do gustu czy nie to w tej chwili i tak znaczy dla mnie najwięcej. Zresztą, działa to również w drugą stronę: nawet najpiękniejszy medal wyląduje na dnie pudła, gdy na trasie dałam ciała.

Biegiem na Bagry, Bełchatowska Piętnastka, Cracovia Maraton, Cracovia Halfmaraton, Zelowski Szus o Czółenko
EK FotoStudio
Warto też wspomnieć, że uwielbiam porządek. Zachwycam się minimalizmem, jasnymi przedmiotami i poukładanymi rzeczami, a wielka góra medali trochę się z tym kłóci. Dlatego na wieszaku zostawiłam tylko kilka medali mających dla mnie największe znaczenie, a pozostałe schowałam do ładnego pudełka. Nie było mi szkoda, a nawet odetchnęłam z ulgą. Z kolekcji 31 medali, zostawiłam 7 i nie miałam najmniejszego problemu z wyborem TYCH wyjątkowych. Teraz wystarczy jedno spojrzenie na dany medal, a w głowie pojawia się masa niesamowitych wspomnień...

A jak jest z Wami? Jakie znaczenie mają dla Was medale? Co z nimi robicie? 

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Czerwiec 2016

Tak się cieszę, że już lipiec! Z niecierpliwością czekałam na niego, serio! Wierzę, że ten miesiąc przyniesie mi coś dobrego. Czerwiec tak jakoś od samego początku był nieułożony i nijaki. Brakowało mi w nim planu, systematyczności i chyba zwyczajnie na starcie zbyt szybko go skreśliłam. 



Przez pierwsze 8 dni czerwca nie robiłam nic, bo po prostu nie mogłam. Zwyczajne chodzenie sprawiało mi duży dyskomfort i ból. Po takiej przerwie miałam sporo energii, ale też motywacja gdzieś umknęła. Wpływ na to miał prawdopodobnie zbliżający się półmaraton we Wrocławiu wobec którego miałam jakieś tam plany, a dobrze wiedziałam, że bez treningów nic nie osiągnę. Ostatecznie i tak wyszłam na tym nieźle, bo mimo wszystko 4. Nocny Wrocław Półmaraton pobiegłam tylko 2 sekundy gorzej od życiówki. 

W czasie przerwy sporo czytałam o bieganiu i samych przygotowaniach do maratonu. Postanowiłam wprowadzić trochę zmian i ułożyć nowy plan treningowy, bo bez niego ciężko mi funkcjonować. Jednym z podstawowych założeń w nim jest zwiększenie tygodniowego kilometrażu, dorzucenie podbiegów, a także w miarę możliwości dołożenie kolejnego (5tego) biegowego dnia. Wierzę, że wyjdzie mi to na dobre.

Co prawda od czasu powrotu wybiegałam te 165 km w czerwcu, ale większość treningów odbyło się bez rewelacji. Po prostu coś tam biegałam dokładając kolejną cegiełkę do całości. Może za bardzo przyzwyczaiłam się do nowych rekordów, wspaniałych treningów i szybkich postępów, a trochę zapominając o tym, że w bieganiu trzeba być cierpliwym. 


Czerwiec mnie wiele nauczył, pozwolił wiele przeanalizować, podsumować i dzięki temu mogę ruszyć dalej z nową siłą i wiedzą. Na lipiec póki co nie mam jakichś większych planów poza realizacją obecnych treningów. Lipiec to mój ulubiony miesiąc i zrobię wszystko co w mojej mocy, aby taki pozostał! :)

PS. Zapraszam też Was na instagrama i snapchata (keepdreamsclose) (tam jestem nieco częściej).

Czytaj dalej

O krok od życiówki, czyli 4. Nocny Wrocław Półmaraton


Nocny Półmaraton we Wrocławiu był zaraz za Cracovia Maratonem drugim biegiem, którego nie mogłam się doczekać. Zaplanowałam i zapisałam się na niego już na początku roku, a później pozostało tylko czekać na czerwiec. Miało być pięknie. 


W nocnym biegu brałam udział tylko raz. Był to mój debiut na dystansie 10 km i było naprawdę świetnie. Zupełnie inny klimat, inna atmosfera i przede wszystkim dużo, dużo chłodniej. Pozytywnych opinii odnośnie poprzednich edycji Wrocław Półmaratonu nie brakowało. Każdy kto tam był, chciał wrócić, a to jeszcze bardziej mnie nakręcało.

Jeżeli chodzi o moją formę to nie miałam pojęcia czego mogę się spodziewać. Nie wiedziałam na jakim jestem poziomie biorąc pod uwagę moją ostatnią przerwę od biegania i brak typowych treningów po maratonie. Ostatni miesiąc biegałam tak jak miałam ochotę (a zdarzało się też, że jej zupełnie nie miałam) bez jakiegokolwiek planu, bez długich wybiegań, tak po prostu.

We Wrocławiu postanowiłam zacząć wolniej niż zwykle, a od połowy jeżeli się uda powoli przyśpieszać. Baaardzo, naprawdę bardzo się hamowałam na pierwszych kilometrach i dopiero po 10 zwiększyłam tempo. Poza kolką na pierwszym czy drugim kilometrze biegło mi się naprawdę dobrze. Było duszno, ale bywały grosze warunki dlatego nie narzekałam. Właściwie było okej. W okolicach 6-7 kilometra na trasie spotkałam Monikę z Bełchatowa. To niesamowite, że w takim tłumie udało się ją odnaleźć i troszkę później mi było szkoda, że na punkcie z wodą ją zgubiłam, bo tamte wspólnie przebiegnięte kilometry były naprawdę fajnie.

fot. maratonczycy.com

Od 10 do 16 kilometra dosłownie leciałam. To był dla mnie najprzyjemniejszy odcinek. Momentami niestety musiałam mocno zwalniać, bo zwężenia były za ciasne i robiły się korki, a takie nierówne tempo niestety bardzo wybija z rytmu. Dziwiły mnie też zachowania niektórych biegaczy, którzy na zbiegach zwalniali i prawie na nich wpadałam.

Pomimo tak późnej pory na trasie było sporo kibiców, ale brakowało mi typowych punktów kibicowania z muzyką raczej zachęcającą do biegu, a nie klasyczną. To bieg, a nie koncert w filharmonii.

Ostatnie 2 kilometry ciągnęły się niestety w nieskończoność. Było mi już ciężko i całymi siłami walczyłam o to by się nie zatrzymać i za bardzo nie zwolnić. Nogi nie bolały, ale nie miałam już z czego przyśpieszyć.


Biegłam na granicy życiówki i choć według GPS miałam spory zapas, to zaznaczone kilometry zupełnie się nie pokrywały, dlatego nie miałam pojęcia czy uda mi się coś urwać czy jednak nie.

Gdy na zegarku wyskoczył mi 21 kilometr, a do mety było jeszcze 400 metrów miałam dosyć. Metę ostatecznie przekroczyłam z czasem 1:50:01 i dosłownie otarłam się o życiówkę.  Oczywiście było mi bardzo smutno, że zabrakło tylko 3 sekund, ale gdy ochłonęłam zdałam sobie sprawę z tego, że kurcze to był naprawdę dobry bieg, a tempo zdecydowanie lepiej rozłożone niż na Półmaratonie w Warszawie.

Największym minusem 4. Nocnego Wrocław Półmaratonu był depozyt. Bardzo żałowałam, że nie zostawiłam swoich rzeczy w aucie, bo zaparkowaliśmy dosłownie przy biurze zawodów, jednak nie pomyślałabym, że będę czekać ponad pół godziny na odbiór swoich rzeczy. Sama już nie wiem czy bardziej byłam wkurzona, że muszę tak stać i marznąć na zewnątrz (a było już chłodno), czy bardziej szkoda mi było wolontariuszy którzy nie potrafili się w tym wszystkim odnaleźć. Niebieski mazak na czarnym worku? To było mega słabe. Naklejki na worek z numerkiem przecież by wszystko rozwiązały.


Lubię duże biegi. Naprawdę je lubię. Po Półmaratonie Warszawskim byłam zachwycona i chyba tego samego spodziewałam się też tutaj. O ile na rozgrzewce udało mi się wczuć w klimat biegu, tak później wraz z mijającym dystansem gdzieś mi to umknęło. Wrocław nie rzucił mnie na kolana, ale przynajmniej ułatwił decyzję gdzie pobiegnę na jesień i pokazał, że skoro już minął miesiąc od Cracovia Maratonu, a ja jestem w dobrej formie nawet po kilku dniach niebiegania to najwyższa pora ruszyć z kolejnymi przygotowaniami! :)

Czytaj dalej

Nieplanowana przerwa w treningach? Są plusy!

Dziewczyna w kapeluszu - zachód słońca

Przymusowa przerwa w treningach spowodowana kontuzją lub jakimś innym nieplanowanym wydarzeniem/wyjazdem najczęściej wywołuje wiele smutku. Kilka/kilkanaście dni bez biegania zwykle jest trudne do zniesienia, ale warto spojrzeć na to z innej strony, bo to też ma swoje zalety.


W 2015 roku miałam dwie takie przerwy. Obydwie były nieplanowane i każda bardzo wiele wniosła w moje treningi. Pierwsza, spowodowana kontuzją pozwoliła mi w pewnym sensie zacząć bieganie od nowa. Nauczyłam się biegać bez przerw na marsz, co było dla mnie ogromnym przełomem i początkiem postępów. Druga, wywołana chorobą na tyle poważną, że jakiekolwiek wyjście na zewnątrz czy aktywność fizyczna nie wchodziła w grę. Dzięki tej przerwie ruszyłam dalej, o wiele, wiele dalej. Przełamałam się, wyszłam poza swoją strefę komfortu, zmieniłam technikę, a teraz biegam średnio o minutę szybciej na kilometr.

Oczywiście nie sama przerwa to wywołała, ale ona była takim początkiem. Pozwoliła mi odpocząć i zresetować się. Miałam sporo czasu, by przemyśleć wiele spraw, poszerzyć swoją wiedzę, a później ruszyć od nowa z podwójną siłą.

Roztrenowania nie potrafię zaplanować. Chciałam to zrobić przed maratonem i nie wyszło. Ciężko mi odpuścić, gdy mogę biegać, a wyniki się poprawiają. Na nieplanowane przerwy patrzę z nadzieją i choć nie czekam na nie, to bardzo prawdopodobne jest, że prędzej czy później jakaś się trafi i wtedy mimo tego, że bardzo tęsknie za bieganiem, to staram się dostrzegać pozytywy.

Pierwszy reset w 2016 wywołany nieszczęśliwym upadkiem na rolkach mam akurat za sobą. To była chyba jedna z najdłuższych przerw w mojej dotychczasowej biegowej "karierze". Wierzę, że te 10 dni pozbawionych aktywności fizycznej przyniesie mi coś dobrego. Znów wiele się nauczyłam,  mnóstwo rzeczy przeanalizowałam, wyciągnęłam wnioski i już nie mogę się doczekać, aż zacznę realizować swój plan.

Czytaj dalej