24.06.2016

O krok od życiówki, czyli 4. Nocny Wrocław Półmaraton


Nocny Półmaraton we Wrocławiu był zaraz za Cracovia Maratonem drugim biegiem, którego nie mogłam się doczekać. Zaplanowałam i zapisałam się na niego już na początku roku, a później pozostało tylko czekać na czerwiec. Miało być pięknie. 


W nocnym biegu brałam udział tylko raz. Był to mój debiut na dystansie 10 km i było naprawdę świetnie. Zupełnie inny klimat, inna atmosfera i przede wszystkim dużo, dużo chłodniej. Pozytywnych opinii odnośnie poprzednich edycji Wrocław Półmaratonu nie brakowało. Każdy kto tam był, chciał wrócić, a to jeszcze bardziej mnie nakręcało.

Jeżeli chodzi o moją formę to nie miałam pojęcia czego mogę się spodziewać. Nie wiedziałam na jakim jestem poziomie biorąc pod uwagę moją ostatnią przerwę od biegania i brak typowych treningów po maratonie. Ostatni miesiąc biegałam tak jak miałam ochotę (a zdarzało się też, że jej zupełnie nie miałam) bez jakiegokolwiek planu, bez długich wybiegań, tak po prostu.

We Wrocławiu postanowiłam zacząć wolniej niż zwykle, a od połowy jeżeli się uda powoli przyśpieszać. Baaardzo, naprawdę bardzo się hamowałam na pierwszych kilometrach i dopiero po 10 zwiększyłam tempo. Poza kolką na pierwszym czy drugim kilometrze biegło mi się naprawdę dobrze. Było duszno, ale bywały grosze warunki dlatego nie narzekałam. Właściwie było okej. W okolicach 6-7 kilometra na trasie spotkałam Monikę z Bełchatowa. To niesamowite, że w takim tłumie udało się ją odnaleźć i troszkę później mi było szkoda, że na punkcie z wodą ją zgubiłam, bo tamte wspólnie przebiegnięte kilometry były naprawdę fajnie.

fot. maratonczycy.com

Od 10 do 16 kilometra dosłownie leciałam. To był dla mnie najprzyjemniejszy odcinek. Momentami niestety musiałam mocno zwalniać, bo zwężenia były za ciasne i robiły się korki, a takie nierówne tempo niestety bardzo wybija z rytmu. Dziwiły mnie też zachowania niektórych biegaczy, którzy na zbiegach zwalniali i prawie na nich wpadałam.

Pomimo tak późnej pory na trasie było sporo kibiców, ale brakowało mi typowych punktów kibicowania z muzyką raczej zachęcającą do biegu, a nie klasyczną. To bieg, a nie koncert w filharmonii.

Ostatnie 2 kilometry ciągnęły się niestety w nieskończoność. Było mi już ciężko i całymi siłami walczyłam o to by się nie zatrzymać i za bardzo nie zwolnić. Nogi nie bolały, ale nie miałam już z czego przyśpieszyć.


Biegłam na granicy życiówki i choć według GPS miałam spory zapas, to zaznaczone kilometry zupełnie się nie pokrywały, dlatego nie miałam pojęcia czy uda mi się coś urwać czy jednak nie.

Gdy na zegarku wyskoczył mi 21 kilometr, a do mety było jeszcze 400 metrów miałam dosyć. Metę ostatecznie przekroczyłam z czasem 1:50:01 i dosłownie otarłam się o życiówkę.  Oczywiście było mi bardzo smutno, że zabrakło tylko 3 sekund, ale gdy ochłonęłam zdałam sobie sprawę z tego, że kurcze to był naprawdę dobry bieg, a tempo zdecydowanie lepiej rozłożone niż na Półmaratonie w Warszawie.

Największym minusem 4. Nocnego Wrocław Półmaratonu był depozyt. Bardzo żałowałam, że nie zostawiłam swoich rzeczy w aucie, bo zaparkowaliśmy dosłownie przy biurze zawodów, jednak nie pomyślałabym, że będę czekać ponad pół godziny na odbiór swoich rzeczy. Sama już nie wiem czy bardziej byłam wkurzona, że muszę tak stać i marznąć na zewnątrz (a było już chłodno), czy bardziej szkoda mi było wolontariuszy którzy nie potrafili się w tym wszystkim odnaleźć. Niebieski mazak na czarnym worku? To było mega słabe. Naklejki na worek z numerkiem przecież by wszystko rozwiązały.


Lubię duże biegi. Naprawdę je lubię. Po Półmaratonie Warszawskim byłam zachwycona i chyba tego samego spodziewałam się też tutaj. O ile na rozgrzewce udało mi się wczuć w klimat biegu, tak później wraz z mijającym dystansem gdzieś mi to umknęło. Wrocław nie rzucił mnie na kolana, ale przynajmniej ułatwił decyzję gdzie pobiegnę na jesień i pokazał, że skoro już minął miesiąc od Cracovia Maratonu, a ja jestem w dobrej formie nawet po kilku dniach niebiegania to najwyższa pora ruszyć z kolejnymi przygotowaniami! :)

16.06.2016

Nieplanowana przerwa w treningach? Są plusy!

Dziewczyna w kapeluszu - zachód słońca

Przymusowa przerwa w treningach spowodowana kontuzją lub jakimś innym nieplanowanym wydarzeniem/wyjazdem najczęściej wywołuje wiele smutku. Kilka/kilkanaście dni bez biegania zwykle jest trudne do zniesienia, ale warto spojrzeć na to z innej strony, bo to też ma swoje zalety.


W 2015 roku miałam dwie takie przerwy. Obydwie były nieplanowane i każda bardzo wiele wniosła w moje treningi. Pierwsza, spowodowana kontuzją pozwoliła mi w pewnym sensie zacząć bieganie od nowa. Nauczyłam się biegać bez przerw na marsz, co było dla mnie ogromnym przełomem i początkiem postępów. Druga, wywołana chorobą na tyle poważną, że jakiekolwiek wyjście na zewnątrz czy aktywność fizyczna nie wchodziła w grę. Dzięki tej przerwie ruszyłam dalej, o wiele, wiele dalej. Przełamałam się, wyszłam poza swoją strefę komfortu, zmieniłam technikę, a teraz biegam średnio o minutę szybciej na kilometr.

Oczywiście nie sama przerwa to wywołała, ale ona była takim początkiem. Pozwoliła mi odpocząć i zresetować się. Miałam sporo czasu, by przemyśleć wiele spraw, poszerzyć swoją wiedzę, a później ruszyć od nowa z podwójną siłą.

Roztrenowania nie potrafię zaplanować. Chciałam to zrobić przed maratonem i nie wyszło. Ciężko mi odpuścić, gdy mogę biegać, a wyniki się poprawiają. Na nieplanowane przerwy patrzę z nadzieją i choć nie czekam na nie, to bardzo prawdopodobne jest, że prędzej czy później jakaś się trafi i wtedy mimo tego, że bardzo tęsknie za bieganiem, to staram się dostrzegać pozytywy.

Pierwszy reset w 2016 wywołany nieszczęśliwym upadkiem na rolkach mam akurat za sobą. To była chyba jedna z najdłuższych przerw w mojej dotychczasowej biegowej "karierze". Wierzę, że te 10 dni pozbawionych aktywności fizycznej przyniesie mi coś dobrego. Znów wiele się nauczyłam,  mnóstwo rzeczy przeanalizowałam, wyciągnęłam wnioski i już nie mogę się doczekać, aż zacznę realizować swój plan.

02.06.2016

Podsumowanie miesiąca. Maj 2016


Maraton był głównym wydarzeniem maja. Od samego początku żyłam z myślą, że to już w tym miesiącu. Cieszyłam się niesamowicie, choć przyznam, że biegania momentami miałam  dosyć. Mój miesiąc dzielił się na trzy części: ta przed maratonem, sam maraton i po maratonie.


Przed maratonem ograniczyłam treningi i ćwicząc cokolwiek uważałam, by nie zrobić sobie krzywdy. Rolowałam się po treningach, dobrze odżywiałam i myślami byłam wiadomo gdzie. W niedzielę 15 maja zrobiłam to - zostałam maratonką. To była jedna z piękniejszych chwil w życiu. Po maratonie znalazł się czas na łapanie oddechu i spokojny powrót do treningów. Wróciły rolki, basen... a gdy już miałam ochotę biegać dosłownie codziennie, dosyć niefortunny wypadek na rolkach wykluczył mnie na jakiś czas z jakichkolwiek treningów.

Na początku i na końcu miesiąca wzięłam też udział w biegu na milę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego i jak się okazało bardzo szczęśliwego. W Bełchatowie na nowoczesnym stadionie lekkoatletycznym pobiłam swój dotychczasowy rekord życiowy, a w biegu towarzyszącym w Swoszowicach zajęłam drugie miejsce wśród kobiet.


Co w czerwcu?
Pod koniec miesiąca pobiegnę w Nocnym Półmaratonie we Wrocławiu. Chciałam tam poprawić swój rekord życiowy z Warszawy, jednak biorąc pod uwagę fakt, że obecnie nie mogę trenować i jeszcze nie wiem kiedy wrócę do biegania to wszystko stoi pod znakiem zapytania.

Czas po maratonie traktuje trochę jak odpoczynek. Jest miejsce na luźne treningi, odpoczynek od zawodów i ładowanie akumulatorów przed kolejnym wyzwaniem. 


27.05.2016

5 rzeczy, które zrozumiałam przygotowując się do maratonu

blonde running girl

Często to powtarzam i pewnie będę robić to jeszcze wiele razy. Cracovia Maraton był jedną z moich najlepszych biegowych decyzji. Pojawił się w odpowiednim momencie, wprowadził mnie na nowy poziom biegania i pozwolił wiele zrozumieć. A co dokładnie? O tym poniżej:


1. Długie biegi są bardzo ważne

To one najlepiej przygotowały mój organizm do długiego wysiłku. Dzięki nim dobrze poznałam swój organizm, a także przyzwyczaiłam nogi i ciało do większego kilometrażu. Mimo, że długie wybiegania bywały nudne i czasem na samą myśl o zrobieniu ponad 20 kilometrów odechciewało mi się wszystkiego, to wiem, że pomogły mi bardzo. Dodatkowo długie biegi sprawiły, że teraz krótsze trasy wydają mi się łatwiejsze. Poza samym aspektem treningowym oddziaływały też na psychikę i w pewnym sensie utwierdzały w przekonaniu, że maraton jest do przebiegnięcia. Bez nich nie odważyłabym się stanąć na starcie.

2. Warto wychodzić poza strefę komfortu 

Albo zaciskasz zęby i robisz, co masz w planie, albo nie ruszysz dalej. Tylko wychodząc poza swoją bezpieczną, ciepłą i znaną strefę można osiągnąć coś więcej. Dokładnie tak miałam z bieganiem poniżej 5 min/km. Każda sekunda poniżej tej prędkości była (jak mi się wtedy wydawało) czymś niemożliwym do osiągnięcia i zupełnie nie dla mnie. Im częściej starałam się ją przekroczyć wykonując odpowiednie treningi po których padałam na twarz, tym ta granica stawała się cieńsza, aż w końcu osiągalna i dla mnie.

3. Dobrze jest ograniczyć starty

Kiedyś miałam tak, że najchętniej startowałabym w najróżniejszych zawodach co tydzień. Czasem walcząc o wynik, a czasem dla zwyczajnego fanu czy kolejnego medalu. Teraz wiem, że to nie zawsze miało sens. Aby poprawić wynik potrzeba trochę czasu, odpoczynku, odpowiednich treningów, a nawet "biegowego głodu", by radość z ukończenia biegu była dużo większa.

4. Nie zawsze jest dobrze

W bieganiu są wzloty i upadki. Są tygodnie, gdy treningi przychodzą z łatwością, na zawodach osiągam coraz lepsze czasy, ale są też takie, gdy wydawałoby się lekka dziesiątka męczy bardziej niż półmaraton. To normalne. Nie warto się załamywać, wystarczy poszukać przyczyny, robić swoje, aż w końcu zaskoczy.

5. Bieganie to nie wszystko

Dzięki treningom uzupełniającym (1-2 razy w tygodniu), rozgrzewce, rozciąganiu i rolowaniu podczas półrocznych przygotowań do Cracovia Maratonu nie spotkała mnie najmniejsza kontuzja. Zrozumiałam, że mój organizm bardzo tego potrzebuje i dzięki nim działa tak, jak powinien. A o tym jak ważna jest regeneracja (i sen) chyba nie muszę wspominać.

blonde girl, all you need is run

Przygotowania do maratonu dały mi bardzo dużo. Nie tylko poprawiłam swoje wyniki, ale też wiele się nauczyłam. Zdobyłam ważną wiedzę i doświadczenie, które jeszcze zaprocentuje w przyszłości. 


19.05.2016

Cracovia Maraton - mój debiut

O tym, jak duże znaczenie w życiu biegacza ma ukończenie dystansu maratońskiego naczytałam i nasłuchałam się wiele, ale dopiero po przebiegnięciu Cracovia Maratonu zrozumiałam tak naprawdę dlaczego.



Mój maraton był spełnieniem marzeń, po prostu. Czekałam na niego pół roku, przygotowywałam się, wykonywałam treningi raz z radością, a raz z niechęcią. Były momenty, że chciałam zrezygnować i miałam dosyć, ale i też takie, gdy najchętniej założyłabym buty i od razu pobiegła.

O swoim maratonie nie mogę powiedzieć złego słowa. Podczas biegu nawet przez myśl mi nie przeszły słowa "po co mi to" czy "mam już dosyć". Naprawdę było pięknie, nawet gdy ostatnie 7 km nieco odbiegało od mojej wspaniałej wizji. 

fot. T. Sipiera

Na Rynku byłam mniej więcej godzinę przed startem. To wystarczyło, by spokojnie się przebrać i przygotować do biegu. O sam biegu nie mam za wiele do powiedzenia, bo kilometry uciekały jak szalone, zupełnie nie myślałam o tym ile jeszcze zostało do mety, a każda mijana tabliczka oznaczająca kolejny kilometr była dla mnie miłym zaskoczeniem. 

Większość trasy biegłam z balonikami na 4:00, bo liczyłam na stałe równe tempo, aż do samej mety. Nie chciałam tez biec sama z uwagi na momentami silny wiatr w twarz. Niestety równego tempa nie było, a gdy na Błoniach tempo spadło do 6:00 przy 24 kilometrze postanowiłam zdać się już wyłącznie na siebie. Trochę żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej, ale na przyszłość będę wiedziała, by zaufać tylko sobie lub zorganizować sobie prywatnego pacemakera.

fot. R. Karon

Kolejne 10 km minęło mi równie szybko. Na 30 km miałam mniej więcej minutę zapasu, a zbiegając na Bulwary zorientowałam się też, że zgubiłam agrafkę trzymającą numerek. Prawdopodobnie machnęłam jakoś ręką i odskoczyła. Zmartwiłam się, bo przy większym wietrze trochę to przeszkadzało. Warto też wspomnieć, że w tym momencie przydałyby mi się słuchawki na uszy, bo z każdej strony słyszałam słowa "Teraz zaczyna się prawdziwy maraton", "Teraz będzie najgorzej", "Nie daj się ścianie" i wiele, wiele innych. Szkoda, że większość osób nie zdaje sobie sprawy, że wypowiadając takie słowa sami przyciągają ową ścianę do siebie.

W okolicach 32-33 km popełniłam błąd, który mógł mnie wiele kosztować. Słońce grzało coraz bardziej, robiło się gorąco, usta wysychały, a ja akurat zbliżałam się do kurtyny wodnej. Niepotrzebnie w nią wbiegłam. Organizm doznał chyba małego szoku, ubrania przykleiły się do ciała, a buty zrobiły się mokre. Przy pierwszym okrążeniu, ominęłam kurtynę i tym razem powinnam zrobić podobnie.

fot. R. Kułaga

Cała trasę piłam co 2,5 km, a co 10 km brałam żel. Dzięki czemu nie byłam odwodniona, a energetycznie czułam się naprawdę nieźle. Niestety po 34 km wyszły wszystkie popełnione wcześniej błędy. Pozostałą część trasy pokonałam już w zwolnionym tempie. Źle rozłożone siły i nasilające się zmęczenie sprawiło, że końcówka nie wyglądała tak jak pierwsze 34 km. Mimo to, ciesze się, że stało się to, co się stało. Dzięki temu, że dotarłam do końca jestem silniejsza. 

Przez 42 kilometry 195 metrów nie przeklęłam pod nosem ani razu, może chwilami biegłam bez uśmiechu na twarzy, ale nie miałam dosyć. W głębi duszy cieszyłam się. Maraton to coś niesamowitego, zwłaszcza na końcówce. To tutaj jest szansa zmierzyć się ze sobą, poznać magiczna moc wspierających ludzi i wreszcie na mecie poczuć ogromną satysfakcję.

Na prawdę ciężko mi opisać co czułam przekraczając metę Cracovia Maratonu. Satysfakcja i łzy szczęścia to mało. Mimo kilku popełnionych błędów, jestem szczęśliwa, że to zrobiłam i naprawdę chcę więcej! Teraz wiem, że maraton to nic strasznego. Dla mnie była to najpiękniejsza nagroda i wspomnienia, których nie zapomnę do końca życia.


Na koniec chciałam jeszcze podziękować za ogrom ciepłych słów od Was przed startem, na trasie, na mecie i w sieci. Bardzo się cieszę, że jesteście i dodajecie mi sił. Czuję to wsparcie i to ono niesie mnie nie tylko na biegach, ale też motywuje podczas przygotowań. Dziękuję!

12.05.2016

To już za chwilę - mój pierwszy maraton


Zamykam oczy i widzę siebie wśród tysięcy innych biegaczy czekających na start Cracovia Maratonu. Czuję się dobrze, stoję podekscytowana i głęboko oddycham w myślach odliczając minuty do swojego pierwszego maratonu.


Jestem też na trasie, gdy mijam krakowskie Błonia tak dobrze już przeze mnie podczas treningów poznane. Biegnę Bulwarami raz z jednej, a później z drugiej strony Wisły. Uśmiecham się do kibiców, czasem przybiję piątkę mijanemu dziecku i wypatruję znajomych twarzy na nawrotkach. Spotykam też zdesperowanych przechodniów, którzy koniecznie muszą przejść na drugą stronę, a ochrona im na to nie pozwala. Właściwie to nie przejmuję się niczym. Po prostu biegnę, od czasu do czasu zerkając na zegarek.

Widzę też siebie, gdy otwieram żel, a parę kroków później łapię kubek chłodnej wody. Część ląduje mi na szyi, trochę na dłoniach i butach. Wiatr coraz bardziej mi dokucza, dlatego chowam się za plecami grupki biegaczy. Biegną stałym, równym tempem. Czasem coś zażartują, albo rzucą motywujące hasło. Biegnę i z każdym kilometrem jestem bliżej mety...


Od kilku dni z uporem wizualizuję sobie trasę i moment, gdy wbiegam na metę. To wszystko sprawia, że się nie boję. Takie myśli napełniają mnie energią i dostarczają mnóstwa emocji. Zrobiłam już wszystko, co miałam zrobić. Cokolwiek wydarzy się, jestem dobrej myśli, bo wiem, że nadchodzący Cracovia Maraton będzie najpiękniejsza nagroda za moje ostatnie pół roku treningów, włożonej pracy i serca w to, co kocham.