27.05.2016

5 rzeczy, które zrozumiałam przygotowując się do maratonu

blonde running girl

Często to powtarzam i pewnie będę robić to jeszcze wiele razy. Cracovia Maraton był jedną z moich najlepszych biegowych decyzji. Pojawił się w odpowiednim momencie, wprowadził mnie na nowy poziom biegania i pozwolił wiele zrozumieć. A co dokładnie? O tym poniżej:


1. Długie biegi są bardzo ważne

To one najlepiej przygotowały mój organizm do długiego wysiłku. Dzięki nim dobrze poznałam swój organizm, a także przyzwyczaiłam nogi i ciało do większego kilometrażu. Mimo, że długie wybiegania bywały nudne i czasem na samą myśl o zrobieniu ponad 20 kilometrów odechciewało mi się wszystkiego, to wiem, że pomogły mi bardzo. Dodatkowo długie biegi sprawiły, że teraz krótsze trasy wydają mi się łatwiejsze. Poza samym aspektem treningowym oddziaływały też na psychikę i w pewnym sensie utwierdzały w przekonaniu, że maraton jest do przebiegnięcia. Bez nich nie odważyłabym się stanąć na starcie.

2. Warto wychodzić poza strefę komfortu 

Albo zaciskasz zęby i robisz, co masz w planie, albo nie ruszysz dalej. Tylko wychodząc poza swoją bezpieczną, ciepłą i znaną strefę można osiągnąć coś więcej. Dokładnie tak miałam z bieganiem poniżej 5 min/km. Każda sekunda poniżej tej prędkości była (jak mi się wtedy wydawało) czymś niemożliwym do osiągnięcia i zupełnie nie dla mnie. Im częściej starałam się ją przekroczyć wykonując odpowiednie treningi po których padałam na twarz, tym ta granica stawała się cieńsza, aż w końcu osiągalna i dla mnie.

3. Dobrze jest ograniczyć starty

Kiedyś miałam tak, że najchętniej startowałabym w najróżniejszych zawodach co tydzień. Czasem walcząc o wynik, a czasem dla zwyczajnego fanu czy kolejnego medalu. Teraz wiem, że to nie zawsze miało sens. Aby poprawić wynik potrzeba trochę czasu, odpoczynku, odpowiednich treningów, a nawet "biegowego głodu", by radość z ukończenia biegu była dużo większa.

4. Nie zawsze jest dobrze

W bieganiu są wzloty i upadki. Są tygodnie, gdy treningi przychodzą z łatwością, na zawodach osiągam coraz lepsze czasy, ale są też takie, gdy wydawałoby się lekka dziesiątka męczy bardziej niż półmaraton. To normalne. Nie warto się załamywać, wystarczy poszukać przyczyny, robić swoje, aż w końcu zaskoczy.

5. Bieganie to nie wszystko

Dzięki treningom uzupełniającym (1-2 razy w tygodniu), rozgrzewce, rozciąganiu i rolowaniu podczas półrocznych przygotowań do Cracovia Maratonu nie spotkała mnie najmniejsza kontuzja. Zrozumiałam, że mój organizm bardzo tego potrzebuje i dzięki nim działa tak, jak powinien. A o tym jak ważna jest regeneracja (i sen) chyba nie muszę wspominać.

blonde girl, all you need is run

Przygotowania do maratonu dały mi bardzo dużo. Nie tylko poprawiłam swoje wyniki, ale też wiele się nauczyłam. Zdobyłam ważną wiedzę i doświadczenie, które jeszcze zaprocentuje w przyszłości. 


19.05.2016

Cracovia Maraton - mój debiut

O tym, jak duże znaczenie w życiu biegacza ma ukończenie dystansu maratońskiego naczytałam i nasłuchałam się wiele, ale dopiero po przebiegnięciu Cracovia Maratonu zrozumiałam tak naprawdę dlaczego.



Mój maraton był spełnieniem marzeń, po prostu. Czekałam na niego pół roku, przygotowywałam się, wykonywałam treningi raz z radością, a raz z niechęcią. Były momenty, że chciałam zrezygnować i miałam dosyć, ale i też takie, gdy najchętniej założyłabym buty i od razu pobiegła.

O swoim maratonie nie mogę powiedzieć złego słowa. Podczas biegu nawet przez myśl mi nie przeszły słowa "po co mi to" czy "mam już dosyć". Naprawdę było pięknie, nawet gdy ostatnie 7 km nieco odbiegało od mojej wspaniałej wizji. 

fot. T. Sipiera

Na Rynku byłam mniej więcej godzinę przed startem. To wystarczyło, by spokojnie się przebrać i przygotować do biegu. O sam biegu nie mam za wiele do powiedzenia, bo kilometry uciekały jak szalone, zupełnie nie myślałam o tym ile jeszcze zostało do mety, a każda mijana tabliczka oznaczająca kolejny kilometr była dla mnie miłym zaskoczeniem. 

Większość trasy biegłam z balonikami na 4:00, bo liczyłam na stałe równe tempo, aż do samej mety. Nie chciałam tez biec sama z uwagi na momentami silny wiatr w twarz. Niestety równego tempa nie było, a gdy na Błoniach tempo spadło do 6:00 przy 24 kilometrze postanowiłam zdać się już wyłącznie na siebie. Trochę żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej, ale na przyszłość będę wiedziała, by zaufać tylko sobie lub zorganizować sobie prywatnego pacemakera.

fot. R. Karon

Kolejne 10 km minęło mi równie szybko. Na 30 km miałam mniej więcej minutę zapasu, a zbiegając na Bulwary zorientowałam się też, że zgubiłam agrafkę trzymającą numerek. Prawdopodobnie machnęłam jakoś ręką i odskoczyła. Zmartwiłam się, bo przy większym wietrze trochę to przeszkadzało. Warto też wspomnieć, że w tym momencie przydałyby mi się słuchawki na uszy, bo z każdej strony słyszałam słowa "Teraz zaczyna się prawdziwy maraton", "Teraz będzie najgorzej", "Nie daj się ścianie" i wiele, wiele innych. Szkoda, że większość osób nie zdaje sobie sprawy, że wypowiadając takie słowa sami przyciągają ową ścianę do siebie.

W okolicach 32-33 km popełniłam błąd, który mógł mnie wiele kosztować. Słońce grzało coraz bardziej, robiło się gorąco, usta wysychały, a ja akurat zbliżałam się do kurtyny wodnej. Niepotrzebnie w nią wbiegłam. Organizm doznał chyba małego szoku, ubrania przykleiły się do ciała, a buty zrobiły się mokre. Przy pierwszym okrążeniu, ominęłam kurtynę i tym razem powinnam zrobić podobnie.

fot. R. Kułaga

Cała trasę piłam co 2,5 km, a co 10 km brałam żel. Dzięki czemu nie byłam odwodniona, a energetycznie czułam się naprawdę nieźle. Niestety po 34 km wyszły wszystkie popełnione wcześniej błędy. Pozostałą część trasy pokonałam już w zwolnionym tempie. Źle rozłożone siły i nasilające się zmęczenie sprawiło, że końcówka nie wyglądała tak jak pierwsze 34 km. Mimo to, ciesze się, że stało się to, co się stało. Dzięki temu, że dotarłam do końca jestem silniejsza. 

Przez 42 kilometry 195 metrów nie przeklęłam pod nosem ani razu, może chwilami biegłam bez uśmiechu na twarzy, ale nie miałam dosyć. W głębi duszy cieszyłam się. Maraton to coś niesamowitego, zwłaszcza na końcówce. To tutaj jest szansa zmierzyć się ze sobą, poznać magiczna moc wspierających ludzi i wreszcie na mecie poczuć ogromną satysfakcję.

Na prawdę ciężko mi opisać co czułam przekraczając metę Cracovia Maratonu. Satysfakcja i łzy szczęścia to mało. Mimo kilku popełnionych błędów, jestem szczęśliwa, że to zrobiłam i naprawdę chcę więcej! Teraz wiem, że maraton to nic strasznego. Dla mnie była to najpiękniejsza nagroda i wspomnienia, których nie zapomnę do końca życia.


Na koniec chciałam jeszcze podziękować za ogrom ciepłych słów od Was przed startem, na trasie, na mecie i w sieci. Bardzo się cieszę, że jesteście i dodajecie mi sił. Czuję to wsparcie i to ono niesie mnie nie tylko na biegach, ale też motywuje podczas przygotowań. Dziękuję!

12.05.2016

To już za chwilę - mój pierwszy maraton


Zamykam oczy i widzę siebie wśród tysięcy innych biegaczy czekających na start Cracovia Maratonu. Czuję się dobrze, stoję podekscytowana i głęboko oddycham w myślach odliczając minuty do swojego pierwszego maratonu.


Jestem też na trasie, gdy mijam krakowskie Błonia tak dobrze już przeze mnie podczas treningów poznane. Biegnę Bulwarami raz z jednej, a później z drugiej strony Wisły. Uśmiecham się do kibiców, czasem przybiję piątkę mijanemu dziecku i wypatruję znajomych twarzy na nawrotkach. Spotykam też zdesperowanych przechodniów, którzy koniecznie muszą przejść na drugą stronę, a ochrona im na to nie pozwala. Właściwie to nie przejmuję się niczym. Po prostu biegnę, od czasu do czasu zerkając na zegarek.

Widzę też siebie, gdy otwieram żel, a parę kroków później łapię kubek chłodnej wody. Część ląduje mi na szyi, trochę na dłoniach i butach. Wiatr coraz bardziej mi dokucza, dlatego chowam się za plecami grupki biegaczy. Biegną stałym, równym tempem. Czasem coś zażartują, albo rzucą motywujące hasło. Biegnę i z każdym kilometrem jestem bliżej mety...


Od kilku dni z uporem wizualizuję sobie trasę i moment, gdy wbiegam na metę. To wszystko sprawia, że się nie boję. Takie myśli napełniają mnie energią i dostarczają mnóstwa emocji. Zrobiłam już wszystko, co miałam zrobić. Cokolwiek wydarzy się, jestem dobrej myśli, bo wiem, że nadchodzący Cracovia Maraton będzie najpiękniejsza nagroda za moje ostatnie pół roku treningów, włożonej pracy i serca w to, co kocham.

03.05.2016

Podsumowanie miesiąca. Kwiecień 2016

Otwieram swoje endomondo na miesiącu "kwiecień" i trochę nie wierzę w to co widzę. Ponad 230 wybieganych kilometrów, nowe rekordy życiowe i to wszystko w ciągu 30 dni. 


Kwiecień w skrócie:
- ponad 234 wybiegane kilometry
- nowy rekord na 5 km - 21:48 
- poprawiona życiówka w półmaratonie 1:48:59
- 33 km na rolkach
- joga, gimnastyka
- prawie 28 godzin poświęconych na aktywność fizyczną

ważniejsze treningi

Pierwszy raz w miesiącu przebiegłam ponad 230 kilometrów wykonując właściwie tylko swoje treningi. Każdego tygodnia robiłam ponad 20 km w ramach jakiegoś biegu, albo po prostu spokojnego długiego wybiegania.

Miesiąc zaczęłam zupełnie nie planowanym Półmaratonem Warszawskim wracając do Krakowa z nowym rekordem życiowym i tym samym zyskując nową motywację do dalszych treningów. Tydzień później treningowo przebiegłam Półmaraton Lisiecki po bardzo fajnej urozmaiconej trasie, a dzień wcześniej na krakowskim parkrun złamałam po raz pierwszy 22 minuty na piątkę.

W drugiej połowie miesiąca skupiłam się już tylko na treningach. Bywały dni, gdy biegania miałam kompletnie dosyć, a również i takie, że mogłabym biegać codziennie. Nie sądziłam, że w okresie tuż przed maratonem może się, aż tak dużo dziać.

W kwietniu zrezygnowałam też chwilowo z basenu. Zamiast tego przyłożyłam się do gimnastyki siłowej i rozciągania. Wierzę, że wyjdzie mi to na dobre.

A co w maju?

To jest ten miesiąc na który czekam już od grudnia. Miesiąc, w którym moje przygotowania się skończą. Mój maraton, moje pierwsze 42 kilometry 195 metrów, moja wisienka na torcie po tylu miesiącach przygotowań. Wierzę, że to zrobię i nic już nie stanie mi na przeszkodzie.

instagram: @keepdreamsclose

14.04.2016

Gdy nie zawsze liczy się czas - 2. Lisiecki Półmaraton

Półmaraton to bardzo przyjemny dystans i z biegu na bieg lubię go jeszcze bardziej. Każdy jest dla mnie równie ważny i w każdym zdobywam nowe doświadczenia, wyciągam wnioski i czegoś się uczę. Lisiecki Półmaraton, który przebiegłam w ostatnią niedzielę był moim już siódmym, jednak tym razem nie walczyłam o wynik.


fot. M. Gałązka

Na 2. Lisiecki Półmaraton zapisałam się na początku roku. Wtedy jeszcze nie planowałam biec w Warszawie, więc ten miał być poniekąd sprawdzianem formy przed maratonem mimo, że trasa nie miała atestu. Po wybieganiu życiówki w stolicy, plany się nieco zmieniły i tę drugą połówkę w podkrakowskiej miejscowości mogłam potraktować już nieco lżej.

O tym, że nie zależało mi aż tak na walce o wynik świadczy chociażby to, że dzień wcześniej postanowiłam powalczyć o nowy rekord życiowy na Parkrun Kraków. Bardzo chciałam złamać 22 minuty jeszcze w tym miesiącu. Czułam, że jestem w stanie to zrobić, więc spróbowałam. Nie był to łatwy bieg, ale udało się z 12 sekundowym zapasem. Bardzo tego potrzebowałam.

Wracając do Półmaratonu. Trasa nie należała do najłatwiejszych, choć pierwsze 10 km było naprawdę szybkie. Później zaczynały się już lekkie podbiegi, a prawdziwa zabawa miała miejsce po 16 kilometrze.

    
               fot. R. "Richie" Kułaga                                              fot. A. Łapczuk-Krygier

Tempo jakim biegłam dopasowywałam do profilu trasy oraz ogólnego poczucia zmęczenia. Gdy było z górki biegłam szybciej, a pod górkę wolniej. Nie odnotowałam kryzysów, nic mnie nie bolało, po prostu biegłam. Czułam się jak na niedzielnym wybieganiu na które przyszło mnóstwo ludzi i nie musiałam nosić ze sobą wody. Druga część trasy, która mogłaby się wydawać najgorszą ze względu na długie podbiegi wspominam najlepiej. Bardzo lubię biegi, na których są agrafki. Szukam wtedy wzrokiem znajomych biegaczy, gdy mam siłę to ich dopinguję, pozdrawiam i czas mija zdecydowanie szybciej. Pojawia się też wtedy dodatkowa motywacja, by się nie poddać, bo przecież ludzie patrzą :)

fot. M. Gałązka

Półmaraton Lisiecki ukończyłam z fajnym jak na trening wynikiem 1:51:57. Jak już wspomniałam, nie był to sprawdzian formy, tylko bieg w ramach długiego wybiegania. 

Na koniec chciałam podziękować za wszystkie miłe słowa na trasie. Było ich całe mnóstwo i bardzo się cieszę, że zaglądacie na mojego bloga i czytacie o tym co piszę, to bardzo motywuje!

Korzystając też z tej okazji, chciałam poinformować wszystkich zdziwionych biegaczy komentujących moją technikę biegu. Skoro ląduję na przedniej części śródstopia lub na palcach i biegnę tak cały półmaraton (nie pierwszy raz), a później normalnie chodzę/biegam i nic mnie nie boli to znaczy, że jest mi tak wygodnie. Ciągle pracuję nad techniką i nie wytykam każdego zgarbionego, czy lądującego na piętach biegacza. Na przyszłość radzę najpierw spojrzeć na siebie, bo każdemu można coś zarzucić, a jeśli ciekawi Was jak to jest i czy faktycznie tak się da, to chętnie porozmawiam o tym po biegu (nie w trakcie) :)

A kolejny przystanek to.. już maraton! Jeszcze tylko 30 dni - Can't wait! <3

07.04.2016

Półmaraton Warszawski 2016 - wynik, który cieszy, ale nie zadowala

Warszawa - miasto w którym zawsze chciałam pobiec, ale wciąż to odwlekałam. W chwili, gdy wygrałam pakiet startowy, decyzja podjęła się sama i w niedzielę 3 kwietnia przekroczyłam metę 11. Półmaratonu Warszawskiego wraz z nowym rekordem życiowym. Choć ten, nie do końca był spełnieniem moich marzeń.



Wybierając wiosenne starty nie brałam pod uwagę bicia życiówek na 21,1 km. Nawet nie bardzo miałam ochotę na cokolwiek poza maratonem. Jednak im bliżej było Półmaratonu Warszawskiego, tym bardziej chciałam w nim pobiec. Trochę się sama nakręcałam, a trochę ludzie wokół mnie. Nie planowałam kupować pakietu, szukałam konkursów, bo uznałam, że jeśli wygram to pobiegnę, a jeśli nie, to nie. Spróbowałam, udało się. Chyba los tak chciał.

Jaki był ten półmaraton?

Pogoda w niedzielę była fantastyczna, iście wiosenna. Może nie koniecznie idealna do biegania (ciepło, wiatr), ale świecące słoneczko nastrajało pozytywnie i wywoływało uśmiech na twarzy. 

Nastawiłam się na bicie rekordu życiowego. Sama poprawa wyniku o parę sekund, czy minut nie była trudna, jednak wiedziałam, że jestem w stanie i jeśli tylko wszystko zagra, mam szansę na świetny wynik. Zagrało do pewnego momentu, ale o tym za chwilkę.


Czekając na start na Placu Trzech Krzyży oglądałam się na biegaczy zarówno podczas rozgrzewki jak i później stojąc w tłumie. Mateusz zniknął w swojej strefie startowej, a ja zaczęłam jeszcze bardziej się rozglądać. Nie znałam nikogo wokół mnie. Wczułam się w atmosferę, chyba po raz pierwszy w życiu, aż do tego stopnia. Warszawa żyje bieganiem, to od razu widać. Tak się zamyśliłam, że na ostatnie 10 minut nawet nie odczułam stresu. To było wspaniałe, a Sen o Warszawie przed samym biegiem był dopełnieniem wszystkiego, wisienką. Niesamowita chwila i chyba najpiękniejszy start jaki do tej pory przeżyłam. 

"i na skrzydłach jak ptak, będę leciał co sił..."

Zmotywowana, ze słowami Czesława Niemena w głowie, ruszyłam przed siebie. Plan na bieg był najprostszy z możliwych. Tempo 5:00 min/km jak najdłużej się da, a najlepiej do samego końca. 


Pierwsze 5 kilometrów w 24:59. Nie mogło być lepiej. Czułam się bardzo dobrze, a czas szybko mijał. Momentami było z górki i z wiatrem, co pomagało. Biegacze biegli podobnym tempem, nikt nikomu nie zawadzał, czasem kogoś mijałam, a czasem ktoś mijał mnie. Kolejna piątka bardzo podobnie, a nawet nieco szybciej - 24:41, bo spory odcinek z górki. 

Uśmiechałam się, ale też trochę bałam, że przesadzam z tempem i może lepiej zostawić coś na potem, jednak nogi niosły. Niosły tak, aż do 16 kilometra, a później... wszystko się posypało jak domek z kart.

Może i nawet trochę to wykrakałam, bo mijając 15-16 kilometr przypomniałam sobie sytuację z drugiego półmaratonu, gdzie pod sam koniec wszystko runęło. Chciałam tego uniknąć, a było zupełnie na odwrót. Wiatr cały czas w twarz, suche usta, bolące nogi, tempo spadało, ludzie mnie wyprzedzali, 400 metrowy podbieg i ja... totalnie zrezygnowana.

Trasy przez Łazienki nawet nie chcę wspominać mimo, że analizując mapkę przed biegiem to właśnie z tego miejsca cieszyłam się najbardziej. Podbieg na Belwederskiej? Pokazał mi ile jeszcze muszę poprawić, ale też nauczył, że warto walczyć do samego końca, nawet jeśli jest się na przegranej pozycji. Siła w nogach i zmęczenie to jedno, a świadomość końca i mocna głowa drugie.

Tabliczka mówiąca, że jeszcze tylko 1100 m ponownie mnie zmotywowała. Niestety nie potrafiłam już osiągnąć tempa z pierwszych 15 km półmaratonu, ale przyspieszyłam na tyle, by zmieścić się poniżej 1h:50min. 


Kibiców było mnóstwo na całej trasie. Krzyczeli, klaskali, śpiewali, bili w bębny - dodawało to niesamowitej energii. W chwilach gdy chciałam się poddać, pojawiali się oni i z całych sił zachęcali do dalszej walki. Pomagało. Ostatnie metry, gdy w zasięgu wzroku miałam już tylko wielki napis META byłam w domu. Co prawda miałam wtedy wrażenie, że czas zwolnił niesamowicie, ale to normalne, że końcówka ciągnie się w nieskończoność. Na szczęście udało się dotrzeć.

Półmaraton Warszawski ukończyłam z czasem 1:48:59. Biorąc pod uwagę jesienny Cracovia Półmaraton urwałam ponad 8 minut. Mimo, że rozkład tempa pozostawia wiele do życzenia, to ostateczny wynik cieszy. Oczywiście doskonale wiem, że stać mnie na więcej przy lepszym dniu i wniesieniu odpowiednich poprawek. Przecież nie zawsze jest idealnie. 


W Warszawie biegłam dopiero po raz pierwszy i już chcę tam wrócić. To miasto ma w sobie coś, czego nie potrafię zdefiniować. Jeżeli istnieje biegowe miasteczko, to właśnie takim stała się stolica w ostatnią niedzielę. Jeszcze nigdy nie odczułam czegoś takiego jak tamtego dnia. Warto tam być i to przeżyć. A kibiców? Oj chciałabym takich wszędzie. 

Oh Warszawo, było wspaniale.