Czwarty tydzień za mną

   Znów minął kolejny tydzień mojego wspaniałego planu. Realizuję go krok po kroku, czasem wprowadzam drobne zmiany, modyfikuję, zmieniam, a mimo to wciąż spełnia swoją rolę - popycha do działania. Przy takiej rozpisce bardzo ciężko zrezygnować z treningu.

 
 Podczas poniedziałkowego biegu mogłam pozwolić sobie na trochę letnich akcentów w ubiorze. Nawet nie przypuszczałam, że jeszcze w tym roku założę na siebie neonowa koszulkę z krótkim rękawem, a do tego krótkie spodenki. W takim radosnym stroju pokonałam 7,7 km przyciągając wzrok spacerowiczów, czy innych biegaczy (nawet jeden z nich mnie pozdrowił, co w Krakowie wciąż rzadko spotykane).

   We wtorek ćwiczyłam ulubione przebieżki (tym razem 8 powtórzeń 30sekundowych), a w środę wreszcie miałam okazję by pojeździć na rolkach. 


      Czwartkowy trening był chyba najtrudniejszy z wszystkich wcześniejszych. Nawet nie udało mi się go w pełni wykonać. Po 20 minutach biegu w pierwszym zakresie tętna (ok. 7 min/km) i 5 minutach marszu miałam przejść do 20 minut biegu w drugim zakresie (ok. 6:10-6:20 min/km). Po 7 minutach takiego biegu nie miałam już siły, więc nie obyło się bez przerw, a gdy stoper pokazał 20 minut uznałam, że kończę trening. W planie było jeszcze 10 minut truchtania, ale nie byłam w stanie nic więcej przebiec. Ciężka sprawa ten drugi zakres, możliwe też, że za szybko biegłam, no ale już wiem co będę trenować.

    W sobotę chciałam pobiec w krakowskim parkrunie, ale ponownie się nie udało (może kolejnym razem, gdy o tym nie wspomnę wypali). Mimo to, nie odpuściłam tych 5 kilometrów i w niedzielę z rana, wyznaczając wcześniej trasę postanowiłam ją przebiec.
    Co mi się pierwsze nasuwa gdy o nim myślę? Strasznie słaby bieg. Nie jestem z niego zadowolona. Oczekiwałam czegoś lepszego i wcale nie chodzi o czas. W ciągu tych 5 kilometrów musiałam zrobić chyba z 5 przerw na marsz po co najmniej po minucie. Nie miałam siły, a przy ostatnich metrach walczyłam ze sobą, byleby to ukończyć.
    Nie wiem co się ze mną działo tamtego dnia, mimo to wynik kompletnie mnie zaskoczył. Po "doczołganiu się" cudem do mety, ujrzałam wynik 00h:30m:13s. Przy tylu przerwach na marsz, jak to możliwe? Czy za duże tempo sobie narzuciłam na początku? Wydaje mi się, że bardziej wydolność zawiodła i za krótki czas po zjedzeniu śniadania. Następnym razem na pewno to zmienię i się okaże. Mam wrażenie, że jestem w stanie złamać 30 minut, tylko muszę dobrze się do tego startu przygotować.


***
   Przede mną ostatni tydzień planu treningowego: trzy dni biegów - we wtorek, czwartek i piątek, w poniedziałek i środę fitness, sobota wolna, a w niedzielę chcę przebiec 10km.

(kliknij, aby powiększyć)

     Po ukończeniu powyższego planu przygotuję posta podsumowującego ostatnie pięć tygodni, napiszę o tym, czy warto po niego sięgać, jakie są efekty i dla kogo jest idealny. 
   Przepraszam Was też, że tak rzadko tu zaglądam, ale możliwości mojego komputera są obecnie bardzo ograniczone, przez co pisanie zajmuje mi naprawdę baaardzo dużo czasu. Mam nadzieję jednak, że wkrótce się to zmieni i będę tu częściej.

Udostępnij ten post

16 komentarzy :

  1. 30:13 super czas;-) odpoczywasz troszkę? może biegło się gorze, bo organizm się słabo regeneruje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jasne, że odpoczywam :) możliwe, że za duże tempo sobie nadałam od samego początku no i też z rana w krakowie było mnóstwo pyłu w powietrzu.. :(

      Usuń
  2. gratuluję wykonania planu!i wierzę że w niedziele przebiegniesz 10km!:)przepraszam jeżeli moje komentarze wyświetlają Ci się kilka razy ale mam problemy z Internetem:)

    OdpowiedzUsuń
  3. dobry plan potrafi zmotywować, to prawda :)
    trzymam kciuki by kolejny tydzień zakończył się sukcesem i czekam na relację z biegu na dyszkę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. gratulacje postępów :) ja muszę zrobić sobie w końcu porządny plan treningowy !

    OdpowiedzUsuń
  5. buty ♥

    http://el0domcia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję! Ja się właśnie wzięłam, bo po ostatnim moim tygodniu było mi źle. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. KOchana 30 minut to bardzo fajny czas !!! czasem tak jest że dzień nie twój - i nie da rady :( Ja w parkrunie biegłam raz - czas 33 minuty :( ale biegłam z kontuzją więc nie robię sobie wyrzutów. Teraz po kontuzji staram się wracac powoli do biegania i wymyśliałam sobie taki oto sposób - idę na machaniczną bieżnię na siłowni i zakładam że będzie to 5 km. I tak: 5 minut biegną, a potem 2 do 3 minut idę, ale jak idę to bieżnię podnoszę sporo w górę ! Jak to potrafi umordować to nie masz pojęcia - to jakieś 45 minut morderczego kardio !!! Polecam, spróbuj kiedyś. Ps. Spróbowałam za Twoją namową Zuzki Light - i ... DZIĘKUJĘ CI !!!! To jest dopiero wyzwanie. A teraz chcę zamówić Insanity i zmierzyć się z tym wariatem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o widzisz, dobry pomysł z tą bieżnią : )) cieszę się też, że spróbowałaś Zuzki, ja ją uwielbiam :D

      a co do Isanity - uważaj na kolana, bo mocno je obciąża :(

      Usuń
  8. Czasami ma się taką niedyspozycję dnia i biegnie się ciężko z niewyjaśnionych przyczyn. Ja jestem pewien, że dasz radę złamać 30 minut, to jest w Twoim zasięgu :))

    OdpowiedzUsuń
  9. Pamiętaj, że nie jesteś cyborgiem. Też mi się zdarza przechodzić do marszu. Miłe to nie jest ale jak to mówią "wyżej d* nie podskoczysz" ;)
    Najważniejsze to żeby bieganie sprawiało przyjemność, reszta przyjdzie sama!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)