Początek przygody z górami

Mountain Girl

Nie wiem jak Wy, ale ja już się dosyć mocno stęskniłam za tym miejscem. Tym razem nie będę nic obiecywać, ale chcę tutaj bywać znacznie częściej. Domenę przedłużyłam, szablon trochę odkurzyłam, bo w końcu jakby nie było to właśnie od tego bloga wszystko się zaczęło :)


Dużo zmieniło. Ja się zmieniłam, moje życie się zmieniło, ale pasja do sportu jest wciąż niezmienna. Kocham bieganie, cały czas gonię za prędkością i życiówkami, jednak z dużo większym dystansem do treningów, szerszym uśmiechem i coraz częściej szukam odskoczni na górskich/trailowych ścieżkach.

Pokochałam góry. Całodniowe wędrówki (zwłaszcza pod górę), niezliczone kilometry i ciągłe przekraczanie własnych granic. I właśnie takie wycieczki staram się coraz częściej wplatać (choć wciąż nieśmiało) w swój plan treningowy. To wszystko nawet niekoniecznie jako konkretna jednostka, ale nieoceniony reset dla głowy. A kiedyś? Góry akceptowałam tylko zimą na stoku mając pod nogami deskę snowboardową. Jednak sporo się zmieniło.

Widok na Babią Górę w Beskidach

Jak to się wszystko zaczęło?

Najpierw była Babia Góra, później spontaniczny zimowy półmaraton w Górach Stołowych, Babia Góra po raz drugi, a gdzieś w międzyczasie pojawił się nieśmiały plan zdobycia najwyższego szczytu w Polsce (Rysy 2499m). Jako, że uwielbiam spełniać marzenia, bardzo szybko przeszłam do działania i mam nadzieję, że już wkrótce ją zdobędę i razem ze zdjęciami o tym wszystkim Wam napiszę!

Ale kontynuując, bo zanim ma miłość do gór na dobre się rozpoczęła to chwilkę to jeszcze potrwało. Myśląc realnie i nie porywając się z motyką na słońce postanowiłam najpierw dać górkom drugą szansę. Na szczęście w Krakowie mamy Lasek Wolski, czyli istny raj dla miłośników trailu właściwie w samym środku miasta.

Widok z Kopca Piłsudskiego
Wszystko poszło już całkiem sprawnie i szybko. Pierwsza spokojna marszo-biegowa wycieczka na Kopiec Piłsudskiego, później druga, trzecia... W międzyczasie pierwsze buty trailowe, a jak się okazało, że w Lasku Wolskim da się biegać bez przerw na marsz, spodobało mi się to jeszcze bardziej. Kolejne były już Tatry. Czerwone Wierchy, Giewont, Kasprowy, Nosal, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Rohacz Ostry i... przepadłam.

Te trzy dni w górach plus setki wspomnień, zapierających dech w piersiach widoków wystarczyło, aby utwierdzić się w przekonaniu, że chcę tu wracać znacznie częściej. Jest tyle pięknych miejsc, tyle widoków do zobaczenia, a jeszcze więcej do odkrycia.

Czerwone Wierchy widok z Kasprowego w Tatrach
Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że cały dzień będę chodzić, biegać po górach i to wszystko dla przyjemności, na pewno bym nie uwierzyła. A dziś? Dziś chcę jeszcze więcej! No bo właściwie kiedy jak nie teraz?

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)