Bieg Niepodległości w Kielcach - tak piękny!

Zawsze kiedy tylko mogę bardzo chętnie wracam do Kielc. Spędzone tam lata studenckie wywołują we mnie dużo pozytywnych emocji i wspomnień. W tym roku już po raz trzeci postanowiłam wziąć udział w Kieleckim Biegu Niepodległości. 


medal z biegu niepodległości

Ten bieg jest dla mnie wyjątkowy. Raz, że upamiętnia odzyskanie niepodległości przez Polskę, a dwa, że po prostu miło mi się kojarzy. Plusów uczestnictwa w tym biegu jest mnóstwo i myślę, że każdy z zawodników dostrzega swoje własne. Dla mnie to przede wszystkim świetna organizacja, ciekawa, urozmaicona podbiegami i zbiegami trasa, a przy tym wszystkim darmowy pakiet startowy

Trochę celowo nie robiłam podsumowania października. Głównie ze względu na to, że po prostu sobie biegałam, a trochę też dlatego, że właściwie nic szczególnego się nie działo. Jednak w listopadzie jakoś tak z dnia na dzień było coraz lepiej... 

numerek z biegu niepodległości dziewczyna

Zapisując się na Bieg Niepodległości w Kielcach moim marzeniem było średnie tempo 4:50 i każdy kilometr poniżej 5 min/km. Wszystko ze względu na urozmaiconą podbiegami trasę i brak świadomości o swoich obecnych możliwościach. Gdy na 2 godziny przed startem dostałam informację od trenera o strategii startowej kompletnie nie mogłam uwierzyć, że jestem w stanie to zrobić. 

„Pierwsze 5 km nie szybciej niż 4:35, bliżej 4:40, a później zobaczysz.” 

Złapałam się za głowę – 4:35 min/km! Nie wiem czy dam radę przebiec w tym tempie 5 km, a co dopiero dyszkę! Ale w sumie nie miałam nic do stracenia, a że do odważnych świat należy... :) 

Gdy po rozgrzewce udałam się na start rozbrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Hymn Polski działa na mnie wyjątkowo. Wywołuje tyle emocji, że nie sposób nie poczuć się dumnym obywatelem naszego kraju. Uwielbiam biegi rozpoczynające się właśnie w ten sposób. Pogoda tego dnia może i nie była idealna, ale przy 6 stopniach, odpowiednim ubiorze i dobrym podejściu nie miałam na co narzekać. 

mapa biegu w Kielcach

Ruszyliśmy. Pierwszy kilometr luźno. Delikatnie przyśpieszam do odpowiedniego tempa. Mimo podłoża z kostki brukowej biegnie mi się lekko, dobrze. Wyprzedzam kilku biegaczy, wybiegam z Rynku i zegarek pokazuje 4:38. Później spokojnie ulicą Jana Pawła II, delikatnie pod górkę. Na rondzie mijam pływalnię Delfin do której chętnie uczęszczałam za czasów studenckich i Wojewódzki Dom Kultury, gdzie miałam zajęcia z wf-u. Drugi kilometr 4:37 - idealnie. Trzeci 4:35 - czuję się świetnie i już wtedy miałam dobre przeczucia. 

Cały czas była lekkość w nogach i choć bardzo chciałam przyśpieszyć, musiałam się oszczędzać (i trzymać założeń), ze względu na dłuuugi podbieg w okolicach 4 kilometra.

Jak już wspomniałam wcześniej bardzo chciałam, aby każdy kilometr był poniżej 5 min/km, a to na tym podbiegu było dla mnie małym wyzwaniem. Początek mało odczuwalny, ale im bliżej połowy 4 km coraz większe nachylenie i coraz cięższy oddech. Z nogi na nogę, cały czas trzymając rytm - udało się - 4:56 min/km!  Później jeszcze jakieś 100 m siłą woli pod górkę i reszta w dół. Wystarczy tylko puścić luźno nogi, złapać oddech i przyśpieszać, aż do 8 km. To właśnie najlepsza nagroda za  ten wysiłek i mój ulubiony odcinek trasy!

Szczerze? Nawet nie wiem kiedy minęły mi te kilometry. Na ostatnim mocniejszym podbiegu dopiero zorientowałam się, że do mety zostały tylko dwa. 

Końcówka to już krążenie po alejkach i niespodzianka! Zupełnie zapomniałam, że bieg nie kończy się tak jak kiedyś na ul. Zamkowej, ale w miejscu startu czyli Parku Staszica, który trzeba jeszcze trochę okrążyć. I choć mimo tego, że do mety pozostało tylko 500 m to mając ją w zasięgu wzroku nieco straciłam motywację. Zdecydowanie wolałam ten podbieg na ostatnich 100 m niż dobijajacą pętelkę po parku. 

statuetka z biegu niepodległości w Kielcach
Ale! Wynik jaki osiągnęłam na mecie Biegu Niepodległości w Kielcach - 46:49 okazał się bardzo szczęśliwy! Wbiegłam jako 8 kobieta na 222 i do tego 2 w swojej kategorii wiekowej, a co więcej to był mój najszybszy bieg w 2019 roku na 10 km

Niestety na swoją dekorację nie zdążyłam, ale piękną statuetkę za drugie miejsce udało się odebrać. Jeszcze tu wrócę i to na pewno nie raz!
Czytaj dalej

PODSUMOWANIE | wrzesień 2019

Oh naprawdę tyle się teraz dzieje, że ciężko mi jeszcze nad tym wszystkim nadążyć i nawet nie zauważyłam, że mamy już październik. Na szczęście do połowy miesiąca pozostało kilka dni, więc wrzucę szybkie podsumowanie, bo powspominać zawsze warto :)


running medal, running girl

Wrzesień był bardzo intensywny zarówno prywatnie, zawodowo jak sportowo. Sportowo minął mi między innymi pod znakiem uzyskiwania lepszych prędkości, przyzwyczajania się do nich, pracy nad sprawnością, rozciąganiem i praktyką jogi. Pojawiły się również nowe zajęcia, którymi jestem obecnie zachwycona, ale dam sobie jeszcze troszkę czasu, aby coś więcej o tym napisać.

Jeśli chodzi o bieganie to we wrześniu przebiegłam kilka szybszych piąteczek (w tym jedną w Kleszczowie z wynikiem 22:24), dyszek poniżej 50 minut i co najbardziej cieszy wróciłam do tempa spokojnych wybiegań na poziomie 5:30-5:20 min/km.

wakacje na chorwacji bieganie

Samych kilometrów w miesiącu nie było dużo, raptem 155, ale z dnia na dzień biegało mi się coraz lepiej i lżej, choć i zdarzały się takie w których nogi ważyły ponad 100 kg. 

W ciągu tych 30 dni znalazł się również czas na krótkie wakacje na Chorwacji. Wraz z klubem ITMBW wybraliśmy się na Istrian Wine Run Półmaraton i to był pierwszy półmaraton od dawien dawna, który przebiegłam na totalnym luzie - dodatkowo w całkiem przyzwoitym czasie. A sama Chorwacja? Oh skradła moje serce ;)

Wrzesień był też miesiącem, który po raz kolejny uświadomił mi jak duży wpływ na nasze samopoczucie i treningi ma sen. Dlatego też wraz z nadejściem jesieni jeszcze bardziej zwracam uwagę na relaks i regenerację.

To był dobry miesiąc. Bardzo pozytywny i mocno podbudowujący. 

Długie jesienne wieczory z książką i kawą

Czytaj dalej

Biegowe wsparcie | parkrun & ITMBWieczorem

W chwili gdy już na serio podchodzimy do biegania, realizacji swoich celów i założeń zwykle czeka nas dosyć spora liczba treningów i to niekoniecznie  wszystkich z serii „szybko, łatwo i przyjemnie". Tutaj bardzo ważne jest  zaangażowanie i systematyczność. Mamy jesień, dni coraz krótsze, chłodniejsze. Jak nie odpuścić, gdzie szukać motywacji? Co robić, by wytrwać w swoim postanowieniu do samego końca? 


Biegi Parkrun w Krakowie, czerwona koszulka

W swoim planie treningowym przynajmniej raz w tygodniu mam taką jednostkę, która niekoniecznie należy do tych najłatwiejszych czy przeze mnie lubianych. Oczywiście nigdy z góry nie zakładam, że się nie uda, czy tego nie zrobię, ale (może i dla zasady) zwykle przeciągam chociażby sam moment wyjścia na zewnątrz. 

Co w takim przypadku można zrobić aby się zmotywować i nie odpuścić? 

Tutaj z pomocą przychodzą między innymi nasi partnerzy, znajomi, grupy biegowe, ogólnodostępne treningi, albo tak jak na przykład w Krakowie biegi ITMBWieczorem czy bardzo lubiane przeze mnie sobotnie parkrun’y. Dziś właśnie na tych biegach chciałabym się szczególnie skupić, zwłaszcza, że ostatnio na obydwu z nich robię naprawdę wartościowe treningi.

Kraków bieganie po Bulwarach

  •  ITMBWieczorem 

I Ty Możesz Biegać Wieczorem to ogólnodostępne, darmowe biegi na dystansie 5 i 10 km z pomiarem czasu. Odbywają się one w każdy czwartek o godzinie 20.00 na Bulwarach Wiślanych w Krakowie. Jak łatwo się domyślić sama nazwa cyklu nawiązuje do klubu I Ty Możesz Być Wielki. Pomysł cotygodniowego cyklu z powodzeniem realizujemy już od 2016 roku. 
więcej o ITMBWieczorem tutaj

  • parkrun 

Biegi parkrun to również bezpłatne, cykliczne zawody na dystansie 5 km z tym, że te odbywają się w każdą sobotę o godzinie 9.00 rano i to w przeróżnych krajach. W Polsce można biegać w kilkudziesięciu miejscowościach. Ja na swoim koncie mam już 125 biegów. 

więcej o biegach parkrun tutaj

biegaczka, parkrun

Nawet nie zliczę ile razy w ciągu mojej biegowej "kariery" nie chciało mi się wyjść na trening. Zdarzało się, że szukałam przeróżnych wymówek od tych najbardziej błahych do tych bardziej przekonujących. Właśnie w takich sytuacjach często wybawieniem okazywały się wyżej wymienione biegi. W grupie łatwiej i raźniej czego doświadczyłam już wielokrotnie.


Parkrun Kraków i ITMBWieczorem to świetna okazja na zrobienie szybszego treningu w tygodniu lub sobotę rano. Dużym ułatwieniem jest to, że na takich biegach istnieje duże prawdopodobieństwo spotkania wśród uczestników osoby o podobnym poziomie zaawansowania, a co z kolei ułatwi nam zrealizowanie swoich założeń.

Sama z tej opcji często korzystam przychodząc na szybszą piątkę czy dyszkę w drugim zakresie. Należę do osób, które bardzo lubią z kimś biegać i często wystarczy mi po prostu samo towarzystwo, aby z pozoru trudny trening stał się momentalnie łatwiejszy. Czas szybciej mija, kilometry również, jakieś słowo motywacyjne ktoś rzuci, czasem się kogoś dogoni, wyprzedzi, a na mecie można przybić piątkę, pośmiać się czy powymieniać spostrzeżeniami. Tutaj nikt się nie śpieszy, rywalizacja jest, ale na innym poziomie i co najważniejsze - panuje taki fajny koleżeński klimat - a przynajmniej u nas w Krakowie! :)

Pakrun Kraków bieganie

Podczas biegów parkrunITMBWieczorem realizowałam już przeróżne treningi. Zaczynając od zwykłego rozbiegania czego sam bieg był częścią, po biegi w drugim zakresie, szybsze odcinki, zabawy biegowe, biegi na maksa czy nawet kilometrówki. Wychodzę z założenia, że ile osób, tyle pomysłów na ten bieg i wiem, że warto je wplatać w swój plan treningowy jeśli tylko lubicie towarzystwo i rywalizację na treningach. 

Kolejnym plusem tych spotkań jest możliwość bezpiecznego pozostawienia swoich rzeczy na starcie. Fajnym dodatkiem jest też pomiar czasu, koszulki za określoną liczbę biegów, klasyfikacja i oczywiście wyżej wspomniana obecność drugich osób.

Parkrun Kraków medal

Takie biegi są też fantastyczną motywacją dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z bieganiem. Cotygodniowe spotkania, wspólne bieganie i nowe przyjaźnie. Sama właśnie w ten sposób poznałam swoich pierwszych biegowych znajomych z którymi do dziś utrzymuję kontakty. A Wy? Macie u siebie takie biegi? Uczęszczacie na parkrun?
Czytaj dalej

O tym, jak pokochałam Tatry Wysokie

Kiedyś ze zdumieniem słuchałam opowieści o całodniowych pieszych wędrówkach. Podziwiałam wszystkich, którzy weszli na Kasprowy, Giewont czy Rysy. A teraz, po każdym weekendzie spędzonym w górach sama stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej i wyżej.


Panorama z Kościelca, Tatry

Przy okazji tego wpisu, przypomniała mi się historia sprzed kilku lat. Pamiętam, jak w akademickiej kuchni spotkałam chłopaka w koszulce z jednego z krakowskich maratonów. Dla mnie były to totalnie biegowe początki, a sukcesem było każdorazowe wyjście na trening. Wtedy nawet nie marzyłam o królewskim dystansie, jednak tego dnia, wyżej wymieniony chłopak sprawił, że w myślach pojawiło się nieśmiałe „a może ja też kiedyś...”

Dziś, wiem, że wszystko jest do zrobienia. Wystarczy pasja, cel, trochę motywacji i krok po kroku realizacja swoich założeń. Podobnie było właśnie z górami. 

Gdy podczas wędrówki po Tatrach Zachodnich słynną pętlą Grześ-Rakoń-Wołowiec odbiliśmy na Rohacz Ostry moje serce zaczęło bić mocniej. Z każdym krokiem, gdy byłam coraz wyżej, skały stawały się bardziej strome, a na trasie pojawiły łańcuchy poczułam, że jestem tu, gdzie być powinnam. Tego dnia jednak zmęczenie i rozsądek nakazał szybko wrócić, ale już w drodze powrotnej w myślach zaczęłam planować trasy na kolejne wędrówki. 

Szlak na kościelec

Miejscem, które najbardziej chciałam zobaczyć był Kościelec. Wiedziałam, że jest niebezpieczny, że nie ma tam ułatwień w formie łańcuchów, ale czytałam również, że jest tam pięknie.

Trafiliśmy na wspaniałą pogodę. Chmury zatrzymały się na pewnej wysokości tak, że szczyt sięgał ponad nimi. Gdy po dotarciu na górę rozejrzałam się wokół nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Po kilkugodzinnej wędrówce moim oczom ukazał się najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. To było coś wspaniałego. Magii dodawało jeszcze to, że na Kościelcu przez dobre 10-15 minut byliśmy sami (co w Polskich górach jest niestety rzadkością). Wtedy, gdybym mogła wcisnęłabym stop, aby zatrzymać czas.

Tatry Mountains

Kolejnym punktem wycieczki na ten dzień był Zawrat. Wybraliśmy się tam głównie z ciekawości, nie oczekując zupełnie niczego, ale jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że właśnie stamtąd prowadzi szlak na Orlą Perć, który jest uważany za najniebezpieczniejszy i najtrudniejszy w Tatrach. Jako, że pogoda była piękna, nogi jeszcze świeże, a dzień długi postanowiliśmy to sprawdzić.

szlak na Orlą Perć, Tatry Wysokie

Samo wejście na Zawrat było dosyć męczące i nużące. Na szczęście od momentu pojawienia się łańcuchów stało się momentalnie łatwiejsze, lżejsze i zdecydowanie szybciej mijało. Z przełęczy Zawrat rozpościerał się wspaniały widok na Dolinę Pięciu Stawów, ale moją uwagę przykuwał głównie szlak na Orlą Perć.

Jako, że uwielbiam robić coś po raz pierwszy, spełniać marzenia i przekraczać własne granice - po chwili odpoczynku poszliśmy w tamtym kierunku. 

Zawrat, w tle Dolina Pięciu Stawów

I muszę przyznać (bez chwili zawahania) - przejście przez szlak od Zawratu przez Mały Kozi Wierch, Zamarłą Turnię, aż do Koziej Przełęczy był jednym z najwspanialszych momentów jakie spędziłam w górach. Widoki dosłownie zapierały dech w piersiach. To właśnie tam, czułam, że żyję. Było pięknie. Każdy fragment jaki miałam do pokonania wyobrażałam sobie jako zadanie, które mam do wykonania. To było coś tak niesamowicie ekscytującego, że nawet pisząc to w tym momencie mam podobne odczucia.

Czy było niebezpiecznie? Czy się bałam? Nie, bo byliśmy dobrze przygotowani. Pogoda była idealna, buty dobrze trzymały się grani, a dzięki rękawiczkom nie miałam problemu z trzymaniem się skał, czy łańcuchów. Tego dnia wiedziałam, że robię coś wyjątkowego, a ogrom emocji jaki temu towarzyszył nie sposób opisać słowami. 

Orla Perć, w tle Dolina Pięciu Stawów

I choć tego dnia czas już nas ograniczał i troszkę ze smutkiem wróciliśmy z Koziej Przełęczy do Murowańca to wiem, że to jeszcze nie moje ostatnie słowo.

Wrócę tu, jak tylko najszybciej się da, aby przejść ją całą. Od Zawratu, aż po Krzyżne. Ależ to wciąga!

PS. Podobno... kto podróżuje, żyje dwa razy :)

Czytaj dalej

Istrian Wine Run | pomysł na wyjątkowy półmaraton

Po maratonie w Paryżu stwierdziłam, że biegi zagraniczne mają w sobie coś wyjątkowego. Może to ma związek z inną kulturą, obyczajami, podejściem do biegania, a może po prostu możliwością zobaczenia nowego miejsca. Idąc tym tropem, ostatni weekend spędziłam na półwyspie Istria, biorąc udział w nietypowym półmaratonie - Istrian Wine Run.


Croatia, Chorwacja
Wyjazd do Chorwacji był wycieczką w całości zorganizowaną przez mój klub ITMBW Kraków. Wszystko właściwie zostało dopięte na ostatni guzik, wystarczyło tak naprawdę tylko spakować się, wsiąść do autokaru i jechać. No szkoda nie skorzystać :)

Na ten bieg, zresztą jak i na wszystkie moje ostatnie nie miałam żadnego ciśnienia. Tutaj najważniejsza była dobra zabawa, łapanie pozytywnej energii, a nie walka o jakikolwiek wynik. Jak ostatecznie było? Oj nie przypuszczałam, że może być, aż tak fajnie.

bieg w Chorwacji
fot. Julien Duval
Biegacze na imprezie Istrian Wine Run mają do wyboru trzy dystanse: maraton, półmaraton i 6 km. Głównym biegiem był właśnie maraton, a jego zwycięzcy (zarówno kobieta i mężczyzna) w nagrodę dostali dokładnie tyle wina ile sami ważą!

Większość z nas zdecydowała się jednak na udział w półmaratonie. Półmaraton to bardzo przyjemny dystans, a w tym przypadku pozwalający w pełni poczuć pozytywną atmosferę panującą na całej imprezie Istrian Wine Run. Sami organizatorzy podkreślali, że to właśnie zabawa, próbowanie istryjskich win oraz zapoznanie się z oferta gastronomiczną na Istrii jest tutaj najważniejsze.

Organizatorzy w ramach pakietu startowego zapewniali oprócz numerka z czipem, okolicznościowej koszulki, medalu na mecie - butelkę wina i transport na start biegu. Na trasie półmaratonu dostępnych było standardowo 9 punktów odżywczych (łącznie z tym na starcie i mecie) z owocami, wodą i innymi smakołykami z czego na 7 można było dodatkowo skosztować wspaniałych istryjskich win

color run istria
fot. Julien Duval
Sam półmaraton miał bardzo sprzyjający profil trasy (właściwie w całości z górki), przepiękne widoki, a asfaltowo-krosowe ścieżki wiodły okolicznymi miejscowościami, lokalnymi polami, lasami i winnicami. 


Bieg był naprawdę świetnie zorganizowany. Jedynym minusem mógł być brak takiego typowego oficjalnego depozytu, jednak nie było problemu z pozostawieniem rzeczy (na własną odpowiedzialność) w biurze zawodów. Na sam koniec tuż przed dekoracją wszyscy uczestnicy mieli możliwość skorzystania z pasta party i imprezy w pianie.

piana party istrian wine run
fot. Julien Duval
Jeżeli o mnie chodzi, to był to bieg, który po raz kolejny pokazał mi jak dużo zawdzięczam bieganiu, jak bardzo to kocham i jaką sprawia mi frajdę. Pozwolił naładować baterie, spędzić czas w pięknych miejscach i bez stresu (aczkolwiek z całkiem niezłym wynikiem) dotrzeć na metę.

Przez całe 21 kilometrów bawiłam się świetnie. Biegłam przed siebie nie myśląc kompletnie o tempie, sugerując się tylko własnym samopoczuciem. Na właściwie każdym punkcie odżywczym zatrzymywałam się, brałam to, na co miałam ochotę, polewałam się wodą i ruszałam dalej. To było coś pięknego. 

start i meta Istrian Wine Run
Bez wątpienia Istrian Wine Run mogę polecić każdemu. Świetny pomysł na urozmaicenie wakacji w Chorwacji, nietypowe rozpoczęcie jesiennego sezonu biegowego lub po prostu świetną zabawę. Dla mnie? To był po prostu najlepszy półmaraton w jakim kiedykolwiek brałam udział.

Adriatic Sea, running girl, Croatia
Czytaj dalej

Podsumowanie | Sierpień 2019

dziewczyna na Kościelcu

Naprawdę to już wrzesień? Przyznam szczerze, że sama w to jeszcze do końca nie wierzę, ale nie da się ukryć, czuć już jesień w powietrzu. Tymczasem jeszcze szybko powrócę do ostatniego miesiąca, bo był naprawdę fajny!


W sierpniu udało się zrealizować sporo treningów, nie tylko tych biegowych. Trochę jazdy na rowerze, kolejne dni w górach, początki na siłowni, a także dużo, dużo rozciągania, rolowania i jogi. Razem około 56 godzin poświęconych w całości na aktywność fizyczną.

Jeśli chodzi o bieganie, bardziej skupiłam się na jakości, niż na ilości. Znacznie więcej szybkości, sprawności zamiast powolnego nabijania kilometrów. Nogi trochę się rozkręciły, a płuca zaczęły przyzwyczajać się do odpowiednich prędkości. W sumie? 202 kilometry, czyli prawie 19 godzin samego biegania.

Mały Kozi Wierch, Orla perć

W sierpniu w górach spędziliśmy 2 dni, tym razem wybierając wyższe Tatry, a w tych najzwyczajniej w świecie po prostu się zakochałam. To właśnie TAM czułam, że żyję. Podczas wędrówek (które właściwie trwały od samego rana do nocy) nie mogłam nacieszyć się widokami, a każdego dnia, gdy zbliżała się pora powrotu, aż smutno mi było, że to już koniec.

Co więcej? 
Zaczęłam ćwiczyć na siłowni, wprowadziłam więcej sprawności, a stawiając sobie nowe wyzwania wróciłam do regularnego rozciągania.

4f piątka praska
Miesiąc zakończyłam startem na 5 km w Warszawie sprawdzając tym samym swoją formę na Praskiej Piątce. Wynik na mecie, choć gorszy o niecałą minutę od życiówki pokazał mi w którym miejscu jestem i że jest coraz lepiej. Już dawno z takim uśmiechem, luzem i fajnym podejściem nie zameldowałam się na mecie. To był dobry bieg, zresztą... przecież cały sierpień taki był!
Czytaj dalej

Najprostsze lody bez cukru

Ulubiony wakacyjny deser? Odpowiedź jest banalnie prosta – lody. Niestety sklepowe nie należą do najzdrowszych, dlatego czasem warto poświęcić chwilkę i samodzielnie przygotować domowe lody. Te poza tym, że będą świetnym orzeźwieniem, to dostarczą nam niezbędnych wartości odżywczych.


zdrowe lody

Jak tylko mogę staram się ograniczać cukier w swoich posiłkach, aż w końcu (mam nadzieję) wyeliminuję go w 100% . Niestety do lodów mam słabość. Zjedzenie litrowego pojemnika nie jest dla mnie najmniejszym problemem, a w obecną pogodę, gdy za oknem +30 stopni taki deser jest przecież zbawieniem. 

Co potrzebujemy do przygotowania lodów? 

Ulubione dojrzałe owoce. Dojrzałe dlatego, że są najsłodsze i najlepiej się trawią. Przydadzą się także pojemniczki na lody (ja swoje kupiłam w Auchan, ale znajdziecie je również w Ikei, czy innych większych marketach). Jeśli ich jednak nie macie wystarczą najzwyklejsze pojemniczki po jogurtach. 

pojemniczki na lody Auchan

Jakie lody można przygotować? 

  • Musy – zmiksowane mięsiste owoce (truskawki, maliny, banany, jagody, kiwi itd.) z odrobiną wody 
  • Sorbety – zamrożone ulubione soki (pomarańczowe, jabłkowe) 
  • Mleczne – do owoców można dodać mleko, czy jogurt 
  • Z kawałkami owoców – pokrojone owoce wystarczy zalać sokiem/wodą 

owocowe domowe lody

W przygotowaniu lodów ogranicza Was tak naprawdę tylko wyobraźnia. Sama najczęściej miksuję truskawki z odrobiną wody lub banany z mlekiem i dodatkiem masła orzechowego. Latem po treningu taki deser jest po prostu niezastąpiony! 

Czytaj dalej

Tatry/ Nosal, czyli coś na początek

Planując wycieczki piesze po Tatrach poza całodniowym trasami, szukałam też takich idealnych na dzień regeneracji. Czyli coś krótkiego, niewymagającego, ale z efektem wow! Jedną z nich jest Nosal o wysokości 1206 m n.p.m!


Skała na trasie na Nosal

To krótka, ale bardzo przyjemna 4 kilometrowa wędrówka. Różnica wzniesień wynosi około 270 m, a cała pętelka zajmuje nieco ponad godzinę samego marszu. Widoczki zwłaszcza z okolic szczytu naprawdę zapierają dech w piersiach.

szczyt Nosal

Możliwości wejścia na szczyt są dwie: od Tamy pod Nosalem i od Kuźnic. Ta pierwsza jest nieco trudniejsza (od samego początku z dosyć sporą "wspinaczką", aż na sam szczyt), natomiast druga spokojniejsza od Kuźnic przez Nosalową Przełęcz. Sama pętelkę wolę zaczynać od Tamy, aby szybciutko dotrzeć na Nosal, a później już spokojnie schodzić sobie w dół.

szlak turystyczny na Nosal

Ze szczytu rozciąga się piękna panorama na tatrzańskie szczyty, Zakopane i Gubałówkę. Wchodząc na Nosal mamy też chwilami możliwość zasmakowania wysokogórskiej wspinaczki ze względu na momentami strome podejścia (głównie na trasie od Tamy pod Nosalem).

Widoki ze szlaku na Nosal
GoPro Panorama z Nosala

Sama wycieczka na Nosal jest też świetną propozycją dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z górami. Trasa jest łatwa, niezbyt wymagająca, a naprawdę widowiskowa. Po prostu idealna, by na dobre zakochać się w górach.

Nosal szczyt

Czytaj dalej

Ja & moje bieganie

W poprzednim wpisie wspominałam o tym, że wciąż kocham prędkość i cały czas gonię za życiówkami. Moim głównym celem od samego początku jest poprawa własnych wyników, jednak już nie za wszelką cenę.


Biegaczka patrzy w stronę zachodzącego słońca

Robię to wszystko dla siebie, własnej frajdy i satysfakcji. Podoba mi się to, jak zmienia się moje ciało, jak ja się czuję i jaki wpływ ma sport na mnie. To, że wyznaczam sobie cele i je realizuje w mniejszym lub większym stopniu. W końcu zrozumiałam, że złość i nakładanie sobie ciągłej presji na wynik wcale nie jest kluczem do sukcesu.

Dobrze pamiętam jak w swojej „ biegowej karierze” miałam momenty, że już same spojrzenie na plan treningowy sprawiało, że nie miałam ochoty go realizować. A chyba nie o to chodzi, prawda?

Uśmiechnięta drużyna ASICS
fot. Kamil Kielan
Na szczęście zmądrzałam. Obecnie wszystko na bieżąco konsultuję z trenerem. Biegam praktycznie codziennie, a mój plan jest nie dłuższy niż 3-4 dni do przodu. Ma opcje modyfikacji, dopasowania do samopoczucia, trybu życia i nagłych wyjazdów. Uwzględnione są też moje ulubione rodzaje treningów, a także i takie, które są ważne, a niekoniecznie je lubię.

Co więcej! Wiem, że nikt nie daje mi gwarancji, że zrealizowanie w 100% planu treningowego oznacza, że odniosę to, co sobie zamierzyłam i na odwrót. Czasem wolę odpuścić trening, wyspać się, poświęcić czas na coś innego, odpocząć, niż na siłę go wykonać. Jestem tylko człowiekiem, to moja pasja, a nie obowiązek.

Jeśli mam ochotę iść na basen to patrzę na swój plan, pytam czy tego dnia będzie okej i idę. Chcę zrobić dwa treningi dziennie - wybieram na to odpowiedni dzień, rodzaj aktywności i je robię. Potrzebuję rozciągania czy jogi również odnotowuję to w kalendarzu. Wycieczka w góry? Żaden problem! Nic nie jest sztywne. W życiu wszystko szybko się zmienia, a po co się w ten sposób ograniczać.

Dziewczyna na Hali Gąsiennicowej

Efekty? Czysta, spokojna głowa. Lepsze samopoczucie i uśmiech na twarzy. Brak presji, uczucia ciągłego braku czasu, ogromu zadań do wykonania i co gorsza wyrzutów sumienia i „nadrabiania treningów”. Aktywność fizyczna weszła mi już w nawyk na tyle, że odpuszczenie nie jest lenistwem, tylko oznaką, że jeśli nie mam na to ochoty to znaczy, że jej nie mam. 

Dziś kocham bieganie jeszcze bardziej. Uwielbiam swoje treningi i to, jak to wszystko teraz wygląda. Dodać mogę jeszcze tylko tyle, że z dnia na dzień biega mi się coraz lepiej, lżej, a czy to wszystko przełoży się na lepsze wyniki? Pewnie tak, bo wkładam w to dużo pracy i serca, ale jeśli nie, będę próbować dalej i dalej.. :)
Czytaj dalej

Początek przygody z górami

Mountain Girl

Nie wiem jak Wy, ale ja już się dosyć mocno stęskniłam za tym miejscem. Tym razem nie będę nic obiecywać, ale chcę tutaj bywać znacznie częściej. Domenę przedłużyłam, szablon trochę odkurzyłam, bo w końcu jakby nie było to właśnie od tego bloga wszystko się zaczęło :)


Dużo zmieniło. Ja się zmieniłam, moje życie się zmieniło, ale pasja do sportu jest wciąż niezmienna. Kocham bieganie, cały czas gonię za prędkością i życiówkami, jednak z dużo większym dystansem do treningów, szerszym uśmiechem i coraz częściej szukam odskoczni na górskich/trailowych ścieżkach.

Pokochałam góry. Całodniowe wędrówki (zwłaszcza pod górę), niezliczone kilometry i ciągłe przekraczanie własnych granic. I właśnie takie wycieczki staram się coraz częściej wplatać (choć wciąż nieśmiało) w swój plan treningowy. To wszystko nawet niekoniecznie jako konkretna jednostka, ale nieoceniony reset dla głowy. A kiedyś? Góry akceptowałam tylko zimą na stoku mając pod nogami deskę snowboardową. Jednak sporo się zmieniło.

Widok na Babią Górę w Beskidach

Jak to się wszystko zaczęło?

Najpierw była Babia Góra, później spontaniczny zimowy półmaraton w Górach Stołowych, Babia Góra po raz drugi, a gdzieś w międzyczasie pojawił się nieśmiały plan zdobycia najwyższego szczytu w Polsce (Rysy 2499m). Jako, że uwielbiam spełniać marzenia, bardzo szybko przeszłam do działania i mam nadzieję, że już wkrótce ją zdobędę i razem ze zdjęciami o tym wszystkim Wam napiszę!

Ale kontynuując, bo zanim ma miłość do gór na dobre się rozpoczęła to chwilkę to jeszcze potrwało. Myśląc realnie i nie porywając się z motyką na słońce postanowiłam najpierw dać górkom drugą szansę. Na szczęście w Krakowie mamy Lasek Wolski, czyli istny raj dla miłośników trailu właściwie w samym środku miasta.

Widok z Kopca Piłsudskiego
Wszystko poszło już całkiem sprawnie i szybko. Pierwsza spokojna marszo-biegowa wycieczka na Kopiec Piłsudskiego, później druga, trzecia... W międzyczasie pierwsze buty trailowe, a jak się okazało, że w Lasku Wolskim da się biegać bez przerw na marsz, spodobało mi się to jeszcze bardziej. Kolejne były już Tatry. Czerwone Wierchy, Giewont, Kasprowy, Nosal, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Rohacz Ostry i... przepadłam.

Te trzy dni w górach plus setki wspomnień, zapierających dech w piersiach widoków wystarczyło, aby utwierdzić się w przekonaniu, że chcę tu wracać znacznie częściej. Jest tyle pięknych miejsc, tyle widoków do zobaczenia, a jeszcze więcej do odkrycia.

Czerwone Wierchy widok z Kasprowego w Tatrach
Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że cały dzień będę chodzić, biegać po górach i to wszystko dla przyjemności, na pewno bym nie uwierzyła. A dziś? Dziś chcę jeszcze więcej! No bo właściwie kiedy jak nie teraz?
Czytaj dalej