Mój 2019 rok

Rok 2019 był dla mnie przełomowy jeśli chodzi o kwestie związane z myśleniem, podejściem do treningów, sportu i ogólnie życia. To kolejny rok, który wiele przyniósł i nauczył. Nie obyło się też bez chwili słabości czy zwątpienia, ale ostatecznie wszystko ułożyło się tak jak powinno.


biegaczka
Właściwie od samego początku roku towarzyszyła mi joga. Regularna praktyka pozwoliła mi zauważyć dużo więcej plusów w codziennym życiu i otaczającego nas dobra. Dziś bez problemu umiem się wyciszyć, zrelaksować, nawet gdy w pokoju obok gra muzyka, a z zewnątrz docierają odgłosy rozmów. Zaczęłam też jeszcze bardziej dbać o sen i regenerację. Nie boję się chodzić spać przed 23 i rzadko kiedy pozwalam sobie na mniej niż 7 godzin snu.

Zakochałam się też w balecie na który od października uczęszczam regularnie. Muzyka klasyczna, spokojne ruchy pełne gracji, relaks i rozciąganie. Moje ciało to po prostu uwielbia.

góry
W 2019 roku pokochałam też góry (zwłaszcza te wysokie), całodzienne wędrówki, wspinaczki, przekraczanie własnych granic, dostosowywanie do obecnie panujących warunków i radzenie sobie z rosnącym zmęczeniem. To właśnie w górach lepiej poznajemy siebie i zdejmujemy codzienne "maski".

w górach

I oczywiście bieganie, bo tego było zdecydowanie najwięcej. W 2019 roku przebiegłam maraton, 3 półmaratony, jedną "15tkę", 3 biegi na 10 km i kilka na 5 km. W sumie razem z treningami wyszło blisko 2300 kilometrów. Pojawiły się kolejne pucharki, nowe medale i przede wszystkim piękne wspomnienia. 

Po raz kolejny rok z rzędu ten sport wywołał u mnie mnóstwo pozytywnych emocji. I choć czasem wyjście z domu było po prostu ucieczką, sposobem na rozładowanie złości czy odegnanie złych myśli to w ostatecznym rozrachunku przynosiło ulgę, uśmiech i spełnienie. 

Biegowych wspomnień z 2019 roku mam mnóstwo, a te które pozostały mi najbardziej w pamięci to:

  • Międzynarodowe spotkanie ASICS FrontRunnerow w Paryżu i mój czwarty maraton. Tyłu przeżyć, przeróżnych, nawet skrajnych emocji i przede wszystkim szczęścia nie doświadczyłam jeszcze nigdy. Samo miasto skradło moje serce na zawsze, a bieg był najpiękniejszym w jakim brałam udział.

Maraton w Paryżu
  • Dyszka Niepodległości w Kielcach - tę imprezę uwielbiam i jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłam. Cały bieg układał się po mojej myśli od samego startu do mety. Uzyskałam najlepszy wynik na 10 km w 2019 roku (46:49) i ponownie uwierzyłam w to, że mogę jeszcze szybciej biegać. Tego dnia nawet ulewa nie potrafiła zmazać uśmiechu na twarzy.

Kielce bieganie

  • Bełchatowska Piętnastka – obowiązkowa impreza w moim kalendarzu i najważniejszy bieg dla mnie ogólnie. To bieg u siebie, z rodziną i wieloma znajomymi twarzami. Wyszedł idealnie, dokładnie tak jak lubię biegać najbardziej - kontrolowany od samego początku i z narastającą prędkością. Do dziś jestem z niego dumna.

bieganie w Bełchatowie

  • Szansa na 5 w Radomsku - tutaj krok po kroku, dzięki samozaparciu, realizacji dzień po dniu wyznaczonych treningów i wsparciu ukochanego na trasie, uzyskałam swój drugi najlepszy wynik na 5 km (21:46). Biegło mi się tak dobrze, że momentami po prostu nie wierzyłam w to, co wyświetla zegarek na ekranie.

Garmin 220

I choć biegałam cały rok, to tak naprawdę dopiero na jesień zaczęło się to lepiej układać. Wszystko bez wątpienia wiąże się z dobrą współpracą z trenerem, regularnymi treningami, ale też wiarą w siebie i swoje możliwości. 

Rok zakończyłam z oczywiście z przytupem - skręcając kostkę na jednym z grudniowych treningów. Przez to miałam krótką, ale przymusową przerwę od aktywności. Na szczęście dzięki świetnym specjalistom, odpowiedniej rehabilitacji i zadbaniu o regenerację już po dwóch tygodniach dostałam zielone światło na bieganie. 

Teraz znów działam, bez bólu i z ogromem motywacji, bo planów na 2020 jest mnóstwo! 

Kościelec
Czytaj dalej

Bieg Niepodległości w Kielcach - tak piękny!

Zawsze kiedy tylko mogę bardzo chętnie wracam do Kielc. Spędzone tam lata studenckie wywołują we mnie dużo pozytywnych emocji i wspomnień. W tym roku już po raz trzeci postanowiłam wziąć udział w Kieleckim Biegu Niepodległości. 


medal z biegu niepodległości

Ten bieg jest dla mnie wyjątkowy. Raz, że upamiętnia odzyskanie niepodległości przez Polskę, a dwa, że po prostu miło mi się kojarzy. Plusów uczestnictwa w tym biegu jest mnóstwo i myślę, że każdy z zawodników dostrzega swoje własne. Dla mnie to przede wszystkim świetna organizacja, ciekawa, urozmaicona podbiegami i zbiegami trasa, a przy tym wszystkim darmowy pakiet startowy

Trochę celowo nie robiłam podsumowania października. Głównie ze względu na to, że po prostu sobie biegałam, a trochę też dlatego, że właściwie nic szczególnego się nie działo. Jednak w listopadzie jakoś tak z dnia na dzień było coraz lepiej... 

numerek z biegu niepodległości dziewczyna

Zapisując się na Bieg Niepodległości w Kielcach moim marzeniem było średnie tempo 4:50 i każdy kilometr poniżej 5 min/km. Wszystko ze względu na urozmaiconą podbiegami trasę i brak świadomości o swoich obecnych możliwościach. Gdy na 2 godziny przed startem dostałam informację od trenera o strategii startowej kompletnie nie mogłam uwierzyć, że jestem w stanie to zrobić. 

„Pierwsze 5 km nie szybciej niż 4:35, bliżej 4:40, a później zobaczysz.” 

Złapałam się za głowę – 4:35 min/km! Nie wiem czy dam radę przebiec w tym tempie 5 km, a co dopiero dyszkę! Ale w sumie nie miałam nic do stracenia, a że do odważnych świat należy... :) 

Gdy po rozgrzewce udałam się na start rozbrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Hymn Polski działa na mnie wyjątkowo. Wywołuje tyle emocji, że nie sposób nie poczuć się dumnym obywatelem naszego kraju. Uwielbiam biegi rozpoczynające się właśnie w ten sposób. Pogoda tego dnia może i nie była idealna, ale przy 6 stopniach, odpowiednim ubiorze i dobrym podejściu nie miałam na co narzekać. 

mapa biegu w Kielcach

Ruszyliśmy. Pierwszy kilometr luźno. Delikatnie przyśpieszam do odpowiedniego tempa. Mimo podłoża z kostki brukowej biegnie mi się lekko, dobrze. Wyprzedzam kilku biegaczy, wybiegam z Rynku i zegarek pokazuje 4:38. Później spokojnie ulicą Jana Pawła II, delikatnie pod górkę. Na rondzie mijam pływalnię Delfin do której chętnie uczęszczałam za czasów studenckich i Wojewódzki Dom Kultury, gdzie miałam zajęcia z wf-u. Drugi kilometr 4:37 - idealnie. Trzeci 4:35 - czuję się świetnie i już wtedy miałam dobre przeczucia. 

Cały czas była lekkość w nogach i choć bardzo chciałam przyśpieszyć, musiałam się oszczędzać (i trzymać założeń), ze względu na dłuuugi podbieg w okolicach 4 kilometra.

Jak już wspomniałam wcześniej bardzo chciałam, aby każdy kilometr był poniżej 5 min/km, a to na tym podbiegu było dla mnie małym wyzwaniem. Początek mało odczuwalny, ale im bliżej połowy 4 km coraz większe nachylenie i coraz cięższy oddech. Z nogi na nogę, cały czas trzymając rytm - udało się - 4:56 min/km!  Później jeszcze jakieś 100 m siłą woli pod górkę i reszta w dół. Wystarczy tylko puścić luźno nogi, złapać oddech i przyśpieszać, aż do 8 km. To właśnie najlepsza nagroda za  ten wysiłek i mój ulubiony odcinek trasy!

Szczerze? Nawet nie wiem kiedy minęły mi te kilometry. Na ostatnim mocniejszym podbiegu dopiero zorientowałam się, że do mety zostały tylko dwa. 

Końcówka to już krążenie po alejkach i niespodzianka! Zupełnie zapomniałam, że bieg nie kończy się tak jak kiedyś na ul. Zamkowej, ale w miejscu startu czyli Parku Staszica, który trzeba jeszcze trochę okrążyć. I choć mimo tego, że do mety pozostało tylko 500 m to mając ją w zasięgu wzroku nieco straciłam motywację. Zdecydowanie wolałam ten podbieg na ostatnich 100 m niż dobijajacą pętelkę po parku. 

statuetka z biegu niepodległości w Kielcach
Ale! Wynik jaki osiągnęłam na mecie Biegu Niepodległości w Kielcach - 46:49 okazał się bardzo szczęśliwy! Wbiegłam jako 8 kobieta na 222 i do tego 2 w swojej kategorii wiekowej, a co więcej to był mój najszybszy bieg w 2019 roku na 10 km

Niestety na swoją dekorację nie zdążyłam, ale piękną statuetkę za drugie miejsce udało się odebrać. Jeszcze tu wrócę i to na pewno nie raz!
Czytaj dalej

PODSUMOWANIE | wrzesień 2019

Oh naprawdę tyle się teraz dzieje, że ciężko mi jeszcze nad tym wszystkim nadążyć i nawet nie zauważyłam, że mamy już październik. Na szczęście do połowy miesiąca pozostało kilka dni, więc wrzucę szybkie podsumowanie, bo powspominać zawsze warto :)


running medal, running girl

Wrzesień był bardzo intensywny zarówno prywatnie, zawodowo jak sportowo. Sportowo minął mi między innymi pod znakiem uzyskiwania lepszych prędkości, przyzwyczajania się do nich, pracy nad sprawnością, rozciąganiem i praktyką jogi. Pojawiły się również nowe zajęcia, którymi jestem obecnie zachwycona, ale dam sobie jeszcze troszkę czasu, aby coś więcej o tym napisać.

Jeśli chodzi o bieganie to we wrześniu przebiegłam kilka szybszych piąteczek (w tym jedną w Kleszczowie z wynikiem 22:24), dyszek poniżej 50 minut i co najbardziej cieszy wróciłam do tempa spokojnych wybiegań na poziomie 5:30-5:20 min/km.

wakacje na chorwacji bieganie

Samych kilometrów w miesiącu nie było dużo, raptem 155, ale z dnia na dzień biegało mi się coraz lepiej i lżej, choć i zdarzały się takie w których nogi ważyły ponad 100 kg. 

W ciągu tych 30 dni znalazł się również czas na krótkie wakacje na Chorwacji. Wraz z klubem ITMBW wybraliśmy się na Istrian Wine Run Półmaraton i to był pierwszy półmaraton od dawien dawna, który przebiegłam na totalnym luzie - dodatkowo w całkiem przyzwoitym czasie. A sama Chorwacja? Oh skradła moje serce ;)

Wrzesień był też miesiącem, który po raz kolejny uświadomił mi jak duży wpływ na nasze samopoczucie i treningi ma sen. Dlatego też wraz z nadejściem jesieni jeszcze bardziej zwracam uwagę na relaks i regenerację.

To był dobry miesiąc. Bardzo pozytywny i mocno podbudowujący. 

Długie jesienne wieczory z książką i kawą

Czytaj dalej

Biegowe wsparcie | parkrun & ITMBWieczorem

W chwili gdy już na serio podchodzimy do biegania, realizacji swoich celów i założeń zwykle czeka nas dosyć spora liczba treningów i to niekoniecznie  wszystkich z serii „szybko, łatwo i przyjemnie". Tutaj bardzo ważne jest  zaangażowanie i systematyczność. Mamy jesień, dni coraz krótsze, chłodniejsze. Jak nie odpuścić, gdzie szukać motywacji? Co robić, by wytrwać w swoim postanowieniu do samego końca? 


Biegi Parkrun w Krakowie, czerwona koszulka

W swoim planie treningowym przynajmniej raz w tygodniu mam taką jednostkę, która niekoniecznie należy do tych najłatwiejszych czy przeze mnie lubianych. Oczywiście nigdy z góry nie zakładam, że się nie uda, czy tego nie zrobię, ale (może i dla zasady) zwykle przeciągam chociażby sam moment wyjścia na zewnątrz. 

Co w takim przypadku można zrobić aby się zmotywować i nie odpuścić? 

Tutaj z pomocą przychodzą między innymi nasi partnerzy, znajomi, grupy biegowe, ogólnodostępne treningi, albo tak jak na przykład w Krakowie biegi ITMBWieczorem czy bardzo lubiane przeze mnie sobotnie parkrun’y. Dziś właśnie na tych biegach chciałabym się szczególnie skupić, zwłaszcza, że ostatnio na obydwu z nich robię naprawdę wartościowe treningi.

Kraków bieganie po Bulwarach

  •  ITMBWieczorem 

I Ty Możesz Biegać Wieczorem to ogólnodostępne, darmowe biegi na dystansie 5 i 10 km z pomiarem czasu. Odbywają się one w każdy czwartek o godzinie 20.00 na Bulwarach Wiślanych w Krakowie. Jak łatwo się domyślić sama nazwa cyklu nawiązuje do klubu I Ty Możesz Być Wielki. Pomysł cotygodniowego cyklu z powodzeniem realizujemy już od 2016 roku. 
więcej o ITMBWieczorem tutaj

  • parkrun 

Biegi parkrun to również bezpłatne, cykliczne zawody na dystansie 5 km z tym, że te odbywają się w każdą sobotę o godzinie 9.00 rano i to w przeróżnych krajach. W Polsce można biegać w kilkudziesięciu miejscowościach. Ja na swoim koncie mam już 125 biegów. 

więcej o biegach parkrun tutaj

biegaczka, parkrun

Nawet nie zliczę ile razy w ciągu mojej biegowej "kariery" nie chciało mi się wyjść na trening. Zdarzało się, że szukałam przeróżnych wymówek od tych najbardziej błahych do tych bardziej przekonujących. Właśnie w takich sytuacjach często wybawieniem okazywały się wyżej wymienione biegi. W grupie łatwiej i raźniej czego doświadczyłam już wielokrotnie.


Parkrun Kraków i ITMBWieczorem to świetna okazja na zrobienie szybszego treningu w tygodniu lub sobotę rano. Dużym ułatwieniem jest to, że na takich biegach istnieje duże prawdopodobieństwo spotkania wśród uczestników osoby o podobnym poziomie zaawansowania, a co z kolei ułatwi nam zrealizowanie swoich założeń.

Sama z tej opcji często korzystam przychodząc na szybszą piątkę czy dyszkę w drugim zakresie. Należę do osób, które bardzo lubią z kimś biegać i często wystarczy mi po prostu samo towarzystwo, aby z pozoru trudny trening stał się momentalnie łatwiejszy. Czas szybciej mija, kilometry również, jakieś słowo motywacyjne ktoś rzuci, czasem się kogoś dogoni, wyprzedzi, a na mecie można przybić piątkę, pośmiać się czy powymieniać spostrzeżeniami. Tutaj nikt się nie śpieszy, rywalizacja jest, ale na innym poziomie i co najważniejsze - panuje taki fajny koleżeński klimat - a przynajmniej u nas w Krakowie! :)

Pakrun Kraków bieganie

Podczas biegów parkrunITMBWieczorem realizowałam już przeróżne treningi. Zaczynając od zwykłego rozbiegania czego sam bieg był częścią, po biegi w drugim zakresie, szybsze odcinki, zabawy biegowe, biegi na maksa czy nawet kilometrówki. Wychodzę z założenia, że ile osób, tyle pomysłów na ten bieg i wiem, że warto je wplatać w swój plan treningowy jeśli tylko lubicie towarzystwo i rywalizację na treningach. 

Kolejnym plusem tych spotkań jest możliwość bezpiecznego pozostawienia swoich rzeczy na starcie. Fajnym dodatkiem jest też pomiar czasu, koszulki za określoną liczbę biegów, klasyfikacja i oczywiście wyżej wspomniana obecność drugich osób.

Parkrun Kraków medal

Takie biegi są też fantastyczną motywacją dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z bieganiem. Cotygodniowe spotkania, wspólne bieganie i nowe przyjaźnie. Sama właśnie w ten sposób poznałam swoich pierwszych biegowych znajomych z którymi do dziś utrzymuję kontakty. A Wy? Macie u siebie takie biegi? Uczęszczacie na parkrun?
Czytaj dalej

O tym, jak pokochałam Tatry Wysokie

Kiedyś ze zdumieniem słuchałam opowieści o całodniowych pieszych wędrówkach. Podziwiałam wszystkich, którzy weszli na Kasprowy, Giewont czy Rysy. A teraz, po każdym weekendzie spędzonym w górach sama stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej i wyżej.


Panorama z Kościelca, Tatry

Przy okazji tego wpisu, przypomniała mi się historia sprzed kilku lat. Pamiętam, jak w akademickiej kuchni spotkałam chłopaka w koszulce z jednego z krakowskich maratonów. Dla mnie były to totalnie biegowe początki, a sukcesem było każdorazowe wyjście na trening. Wtedy nawet nie marzyłam o królewskim dystansie, jednak tego dnia, wyżej wymieniony chłopak sprawił, że w myślach pojawiło się nieśmiałe „a może ja też kiedyś...”

Dziś, wiem, że wszystko jest do zrobienia. Wystarczy pasja, cel, trochę motywacji i krok po kroku realizacja swoich założeń. Podobnie było właśnie z górami. 

Gdy podczas wędrówki po Tatrach Zachodnich słynną pętlą Grześ-Rakoń-Wołowiec odbiliśmy na Rohacz Ostry moje serce zaczęło bić mocniej. Z każdym krokiem, gdy byłam coraz wyżej, skały stawały się bardziej strome, a na trasie pojawiły łańcuchy poczułam, że jestem tu, gdzie być powinnam. Tego dnia jednak zmęczenie i rozsądek nakazał szybko wrócić, ale już w drodze powrotnej w myślach zaczęłam planować trasy na kolejne wędrówki. 

Szlak na kościelec

Miejscem, które najbardziej chciałam zobaczyć był Kościelec. Wiedziałam, że jest niebezpieczny, że nie ma tam ułatwień w formie łańcuchów, ale czytałam również, że jest tam pięknie.

Trafiliśmy na wspaniałą pogodę. Chmury zatrzymały się na pewnej wysokości tak, że szczyt sięgał ponad nimi. Gdy po dotarciu na górę rozejrzałam się wokół nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Po kilkugodzinnej wędrówce moim oczom ukazał się najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. To było coś wspaniałego. Magii dodawało jeszcze to, że na Kościelcu przez dobre 10-15 minut byliśmy sami (co w Polskich górach jest niestety rzadkością). Wtedy, gdybym mogła wcisnęłabym stop, aby zatrzymać czas.

Tatry Mountains

Kolejnym punktem wycieczki na ten dzień był Zawrat. Wybraliśmy się tam głównie z ciekawości, nie oczekując zupełnie niczego, ale jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że właśnie stamtąd prowadzi szlak na Orlą Perć, który jest uważany za najniebezpieczniejszy i najtrudniejszy w Tatrach. Jako, że pogoda była piękna, nogi jeszcze świeże, a dzień długi postanowiliśmy to sprawdzić.

szlak na Orlą Perć, Tatry Wysokie

Samo wejście na Zawrat było dosyć męczące i nużące. Na szczęście od momentu pojawienia się łańcuchów stało się momentalnie łatwiejsze, lżejsze i zdecydowanie szybciej mijało. Z przełęczy Zawrat rozpościerał się wspaniały widok na Dolinę Pięciu Stawów, ale moją uwagę przykuwał głównie szlak na Orlą Perć.

Jako, że uwielbiam robić coś po raz pierwszy, spełniać marzenia i przekraczać własne granice - po chwili odpoczynku poszliśmy w tamtym kierunku. 

Zawrat, w tle Dolina Pięciu Stawów

I muszę przyznać (bez chwili zawahania) - przejście przez szlak od Zawratu przez Mały Kozi Wierch, Zamarłą Turnię, aż do Koziej Przełęczy był jednym z najwspanialszych momentów jakie spędziłam w górach. Widoki dosłownie zapierały dech w piersiach. To właśnie tam, czułam, że żyję. Było pięknie. Każdy fragment jaki miałam do pokonania wyobrażałam sobie jako zadanie, które mam do wykonania. To było coś tak niesamowicie ekscytującego, że nawet pisząc to w tym momencie mam podobne odczucia.

Czy było niebezpiecznie? Czy się bałam? Nie, bo byliśmy dobrze przygotowani. Pogoda była idealna, buty dobrze trzymały się grani, a dzięki rękawiczkom nie miałam problemu z trzymaniem się skał, czy łańcuchów. Tego dnia wiedziałam, że robię coś wyjątkowego, a ogrom emocji jaki temu towarzyszył nie sposób opisać słowami. 

Orla Perć, w tle Dolina Pięciu Stawów

I choć tego dnia czas już nas ograniczał i troszkę ze smutkiem wróciliśmy z Koziej Przełęczy do Murowańca to wiem, że to jeszcze nie moje ostatnie słowo.

Wrócę tu, jak tylko najszybciej się da, aby przejść ją całą. Od Zawratu, aż po Krzyżne. Ależ to wciąga!

PS. Podobno... kto podróżuje, żyje dwa razy :)

Czytaj dalej