10. PZU Bieg Trzech Kopców miłą niespodzianką

Taki bieg tydzień maratonie? Taki, czyli jaki? No wiesz trzy Kopce, podbiegi, strome zbiegi, a przecież minął dopiero tydzień po Maratonie Warszawskim. To na pewno dobry pomysł? Wiem, wiem, ale ja nie walczę o wynik. Chcę tylko spokojnie dotrzeć do mety, przy okazji ukończyć drugi bieg do Królewskiej Triady i... (resztę już dokończyłam w myślach)*.


medal B3K 2016

Chyba większość moich znajomych wie, że nie przepadam za tym biegiem. Jest trudny, ma niestandardowy dystans, do tego sporo podbiegów i to wcale nie małych, a ja ich w sumie nie lubię. Bieg Trzech Kopców zawsze sprawiał mi dużo przykrości i chyba nigdy nie byłam w 100% z niego zadowolona.

Dwa lata temu właściwie jeszcze nie było najgorzej. Debiut, spotkanie w gronie znajomych i spokojny bieg od startu do mety pozwolił mi wyjść z jesiennego dołka, ale i tak czegoś mi w nim brakowało. Natomiast rok temu po B3K biegania po górkach miałam powyżej uszu i praktycznie obiecałam sobie, że za rok się tu nie pojawię.

I pewnie tak by było, gdyby nie tegoroczna Królewska Triada Biegowa w skład której wchodzą trzy krakowskie biegi (Cracovia Maraton, Bieg Trzech Kopców i Półmaraton Królewski), a za jej ukończenie można otrzymać wyjątkową statuetkę. Jako, że Cracovia Maraton miałam za sobą to oczywistym było, że pozostałych dwóch biegów nie mogłam sobie darować.

Królewska Triada Biegowa

Pogoda w dniu biegu była wspaniała. Pierwsza niedziela października była chyba jednym z ostatnich tak pięknych jesiennych dni. Słonecznie, bez wiatru, a z rana przyjemnie chłodno. Mimo, że trochę mi się nie chciało wstać z łózka to miałam przeczucie, że tym razem będzie fajnie.

Właściwie to nie wiedziałam ile czasu mi zajmie ukończenie 10. Biegu Trzech Kopców. Przeglądałam zapis trasy z ubiegłego roku, porównywałam obecną formę do zeszłorocznej i uśmiechałam się w duchu. Powinno być dobrze. Duża ilość podbiegów, część trasy po lesie i dopiero co ukończony maraton pozwoliły mi na luzie podejść do startu, a przy okazji mieć dobre wytłumaczenie, gdy coś pójdzie nie tak.

Nie miałam założeń poza trzymaniem tempa w okolicach 5 min/km do pierwszego długiego podbiegu, czyli okolic 5-6 kilometra na alei Waszyngtona. Na to, że później będzie już ciężko byłam przygotowana psychicznie, bo czy fizycznie dopiero mogłam przekonać się w trakcie.

runners
fot. festiwalbiegowy

Pierwsze kilometry spod kopca Kraka były z górki. Ludzie się rozpędzali, niektórzy mi uciekali, a jeszcze inni ostrożnie zbiegali. Wiele osób mnie pozdrawiało, gratulowało maratonu i pytało o samopoczucie. Uśmiechałam się, dziękowałam i mówiłam, że bardzo dobrze, bo dokładnie tak było. Zadbałam o odpowiednią regenerację po maratonie, nie śpieszyłam się z powrotem do treningów, a na pierwszy bieg wybrałam się dopiero w sobotę.

Biegłam swoje, nie patrząc na innych i spokojnie bez jakiegoś większego wysiłku dotarłam na Salwator. Bardzo cieszyłam się, że nie bolą mnie nogi, bo rok temu już od samego startu nie były po mojej stronie. Gdy wbiegłam pod Kopiec Kościuszki powoli zaczęłam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, a podwyższone tętno i słoneczna pogoda sprawiały, że coraz bardziej byłam spragniona. Na szczęście znałam tę trasę i dobrze wiedziałam, że za zakrętem będzie punkt odżywczy, a tam napiję się wody i przy okazji przetestuję pastylki Dextro Energy pozostawione przez organizatora. Przegryzłam je i zaskoczona poczułam przypływ mocy na pozostałą (trudniejszą) część trasy. Teraz czekała mnie przeplatanka zbiegów i podbiegów, później długaśny zbieg, prawie 3 kilometry pod górkę w Lasku Wolskim i dopiero upragniona meta pod Kopcem Piłsudskiego.


Wreszcie było naprawdę fajnie. Całą trasę biegło mi się TAK dobrze. Uśmiechałam się i nie spinałam zupełnie niczym. Nie miałam parcia na czas, choć wiedziałam, że i tak będzie dobry. Nogi bolały, ale to było inne zmęczenie, takie typowe, dające satysfakcję. Metę przekroczyłam w świetnym humorze, a gdy okazało się, że swój czas z zeszłego roku poprawiłam o prawie 12 minut byłam zdumiona.

Chcę więcej takich biegów. Chcę więcej takich miłych niespodzianek i jeszcze więcej radości z biegania.

*A w myślach powiedziałam, że chciałabym spróbować polubić ten bieg i... chyba się udało :)

Udostępnij ten post

8 komentarzy :

  1. Pięknie napisane :-) ♡ ściskam :-* Sandra :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Asia - smakibiegania.pl7 października 2016 22:13

    O kurcze, nawet nie wiedziałam, że jest w moim mieście coś takiego jak Królewska Triada! To już mam jeden cel na przyszły rok :D
    Gratuluję! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję relacji i olbrzymiego progressu !! Tak trzymaj !! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No no! Ładnie :) Też uwielbiam takie biegi, kiedy bez wielkiej spiny wychodzi coś fajnego ;D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)