Deszcz, wiatr, marznące dłonie i mój 3. PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Brrr... już na samą myśl o niedzielnym półmaratonie jest mi zimno. Tak bardzo na biegu nie przemarzłam chyba jeszcze nigdy, ale mimo wszystko 3. PZU Półmaraton Królewski będę miło wspominać, a wszystko dlatego, że ponownie mogłam przekroczyć linię mety z radością i nowym rekordem życiowym!


triada królewska cracovia halfmaraton medal

Prognozy pogody sprawdzałam już na tydzień przed połówką z nadzieją na sprzyjające warunki. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie i na niedzielę przypadła niestety najgorsza z możliwych opcji czyli deszcz, wiatr i odczuwalna bardzo niska temperatura.

Chyba nie do końca przemyślałam swój strój startowy, bo o ile koszulka na ramiączkach, krótkie spodenki i rękawki wydawały się w porządku to zupełnie zapomniałam, że dłonie marzną mi zawsze najszybciej. Nie wzięłam też pod uwagę zimnego wiatru i już na rozgrzewce żałowałam, że rękawiczki zostały w depozycie. W drodze na start przyszło mi nawet do głowy, by się po nie wrócić, ale ostatecznie tego nie zrobiłam. Miałam nadzieję, że w trakcie biegu szybko zrobi mi się ciepło, a wtedy będą mi tylko przeszkadzać. Oh jaka byłam głupia. Wcale nie było mi cieplej, a z kilometra na kilometr coraz bardziej traciłam czucie w dłoniach i przez całe 21,1 km marzyłam o rękawiczkach.

cracovia halfmaraton 2016
fot. Magdalena Bogdan

Poza tym, że było mi bardzo zimno to biegło mi się całkiem nieźle. Niestety nie mogłam liczyć na równe tempo, bo wąskie, uliczki, duża ilość biegaczy, zwężenia i zwalniające osoby na podbiegach zmuszały mnie do szarpania tempa. Tak naprawdę dopiero na Błoniach wszystko się rozciągnęło i było nieco luźniej.

Też będąc na Błoniach zdałam sobie sprawę z tego, że praktycznie nie mogę poruszać palcami u rąk. Były przemarznięte. Na Rynku było mi już tak zimno, że zaczęłam się nawet rozglądać czy ktoś nie wyrzucił swoich rękawiczek bym mogła z nich skorzystać. Niestety.

Wybiegając z Grockiej wpadam na pomysł, by naciągnąć rękawki na dłonie i chociaż na chwilę skryć dłonie przed wiatrem. Mimo, że całe były mokre przyniosły chwilową ulgę. Na Bulwarach niestety wiało najmocniej, a tam do przebiegnięcia były aż 4 kilometry. Wtedy już marzyłam o mecie. Nie ze zmęczenia, ale z zimna.

Cracovia Halfmaraton 2016
fot. Magdalena Bogdan

Biegłam starając się trzymać tempo w okolicach 5 min/km choć z każdym kilometrem było coraz trudniej. W momencie, gdy czułam, że biegnie mi się nieco lepiej musiałam zatrzymać się. Karetka na wąskiej ścieżce rowerowej za Galerią Kazimierz zablokowała przejście do tego stopnia, że straciłam kilkanaście sekund stojąc bezczynnie w miejscu. 

Jak już ruszyłam, ciężko mi było wrócić do poprzedniego rytmu. Na szczęście dogoniła mnie Olga i przez chwilę biegłyśmy razem. Gdy się oddaliła, spotkałam kibicująca Anetę, później Jacek na punkcie kibicowania naszego klubu dodał mi sił, a jak już za 20 kilometrem zza pleców wybiegł mi Paweł nie mogłam zostać w tyle. Mentalnie pociągnął mnie już do mety. 

Cracovia Halfmaraton 2016
fot. fotomaraton.pl

Ostatni kilometr znów biegłam poniżej 5 min/km. Cieszyłam się, że zaraz będzie po wszystkim i wreszcie będzie mi ciepło. Choć nie wszystko poszło tak jak chciałam i popełniłam błąd, który mógł mnie kosztować naprawdę wiele to i tak wynik z Półmaratonu Warszawskiego poprawiłam o nieco ponad 1,5 minuty zyskując tym samym nowy rekord życiowy.

Półmaraton Królewski jest dla mnie wyjątkowy. Rok temu przekroczyłam metę z niebywałą radością pokonując granicę, która wydawała mi się nie do przeskoczenia. Wtedy po raz pierwszy złamałam 2 godziny, a w ubiegła niedziele mogłam zrobić to o 10 minut szybciej. Po raz kolejny widzę jak dużo można osiągnąć na przestrzeni roku jeśli tylko bardzo się tego chce. I mimo tego, że nie jestem w 100% zadowolona ze swojego biegu, bo w pewnym momencie musiałam zwolnic, to wiem, że będę nad tym pracować, aż w końcu nadejdzie taki dzień, gdy wszystko pójdzie po mojej myśli.

Czytaj dalej

10. PZU Bieg Trzech Kopców miłą niespodzianką

Taki bieg tydzień maratonie? Taki, czyli jaki? No wiesz trzy Kopce, podbiegi, strome zbiegi, a przecież minął dopiero tydzień po Maratonie Warszawskim. To na pewno dobry pomysł? Wiem, wiem, ale ja nie walczę o wynik. Chcę tylko spokojnie dotrzeć do mety, przy okazji ukończyć drugi bieg do Królewskiej Triady i... (resztę już dokończyłam w myślach)*.


medal B3K 2016

Chyba większość moich znajomych wie, że nie przepadam za tym biegiem. Jest trudny, ma niestandardowy dystans, do tego sporo podbiegów i to wcale nie małych, a ja ich w sumie nie lubię. Bieg Trzech Kopców zawsze sprawiał mi dużo przykrości i chyba nigdy nie byłam w 100% z niego zadowolona.

Dwa lata temu właściwie jeszcze nie było najgorzej. Debiut, spotkanie w gronie znajomych i spokojny bieg od startu do mety pozwolił mi wyjść z jesiennego dołka, ale i tak czegoś mi w nim brakowało. Natomiast rok temu po B3K biegania po górkach miałam powyżej uszu i praktycznie obiecałam sobie, że za rok się tu nie pojawię.

I pewnie tak by było, gdyby nie tegoroczna Królewska Triada Biegowa w skład której wchodzą trzy krakowskie biegi (Cracovia Maraton, Bieg Trzech Kopców i Półmaraton Królewski), a za jej ukończenie można otrzymać wyjątkową statuetkę. Jako, że Cracovia Maraton miałam za sobą to oczywistym było, że pozostałych dwóch biegów nie mogłam sobie darować.

Królewska Triada Biegowa

Pogoda w dniu biegu była wspaniała. Pierwsza niedziela października była chyba jednym z ostatnich tak pięknych jesiennych dni. Słonecznie, bez wiatru, a z rana przyjemnie chłodno. Mimo, że trochę mi się nie chciało wstać z łózka to miałam przeczucie, że tym razem będzie fajnie.

Właściwie to nie wiedziałam ile czasu mi zajmie ukończenie 10. Biegu Trzech Kopców. Przeglądałam zapis trasy z ubiegłego roku, porównywałam obecną formę do zeszłorocznej i uśmiechałam się w duchu. Powinno być dobrze. Duża ilość podbiegów, część trasy po lesie i dopiero co ukończony maraton pozwoliły mi na luzie podejść do startu, a przy okazji mieć dobre wytłumaczenie, gdy coś pójdzie nie tak.

Nie miałam założeń poza trzymaniem tempa w okolicach 5 min/km do pierwszego długiego podbiegu, czyli okolic 5-6 kilometra na alei Waszyngtona. Na to, że później będzie już ciężko byłam przygotowana psychicznie, bo czy fizycznie dopiero mogłam przekonać się w trakcie.

runners
fot. festiwalbiegowy

Pierwsze kilometry spod kopca Kraka były z górki. Ludzie się rozpędzali, niektórzy mi uciekali, a jeszcze inni ostrożnie zbiegali. Wiele osób mnie pozdrawiało, gratulowało maratonu i pytało o samopoczucie. Uśmiechałam się, dziękowałam i mówiłam, że bardzo dobrze, bo dokładnie tak było. Zadbałam o odpowiednią regenerację po maratonie, nie śpieszyłam się z powrotem do treningów, a na pierwszy bieg wybrałam się dopiero w sobotę.

Biegłam swoje, nie patrząc na innych i spokojnie bez jakiegoś większego wysiłku dotarłam na Salwator. Bardzo cieszyłam się, że nie bolą mnie nogi, bo rok temu już od samego startu nie były po mojej stronie. Gdy wbiegłam pod Kopiec Kościuszki powoli zaczęłam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, a podwyższone tętno i słoneczna pogoda sprawiały, że coraz bardziej byłam spragniona. Na szczęście znałam tę trasę i dobrze wiedziałam, że za zakrętem będzie punkt odżywczy, a tam napiję się wody i przy okazji przetestuję pastylki Dextro Energy pozostawione przez organizatora. Przegryzłam je i zaskoczona poczułam przypływ mocy na pozostałą (trudniejszą) część trasy. Teraz czekała mnie przeplatanka zbiegów i podbiegów, później długaśny zbieg, prawie 3 kilometry pod górkę w Lasku Wolskim i dopiero upragniona meta pod Kopcem Piłsudskiego.


Wreszcie było naprawdę fajnie. Całą trasę biegło mi się TAK dobrze. Uśmiechałam się i nie spinałam zupełnie niczym. Nie miałam parcia na czas, choć wiedziałam, że i tak będzie dobry. Nogi bolały, ale to było inne zmęczenie, takie typowe, dające satysfakcję. Metę przekroczyłam w świetnym humorze, a gdy okazało się, że swój czas z zeszłego roku poprawiłam o prawie 12 minut byłam zdumiona.

Chcę więcej takich biegów. Chcę więcej takich miłych niespodzianek i jeszcze więcej radości z biegania.

*A w myślach powiedziałam, że chciałabym spróbować polubić ten bieg i... chyba się udało :)

Czytaj dalej