Uśmiech i radość, czyli XXIII Memoriałowy Bieg Majora Bacy

Są biegi na które zapisuję się, by powalczyć o jakiś fajny wynik, poprawić swój rekord życiowy lub sprawdzić na ile mnie obecnie stać. Są też takie, które biegam tylko dla przyjemności lub w ramach któregoś z treningów. Tych drugich w moim biegowym kalendarzu ostatnio było niewiele. O tym jak bardzo mi ich brakowało przypomniałam sobie podczas ostatniego Memoriałowego Biegu Majora Bacy w Bochni.


Bochnia Bieg 2016

Szybki, tani dojazd z Krakowa, niska opłata startowa, wolna niedziela i spontaniczna decyzja - biegnę. Tak to wszystko mniej więcej wyglądało. Bardzo chciałam pobiec coś tak po prostu dla radości. Przypomnieć sobie jak to jest nie walczyć o każdy oddech, nie patrzeć całą trasę na tempo i nie denerwować, gdy coś pójdzie nie tak. 

Mimo, że cel treningowy jakiś tam miałam to do biegu podeszłam totalnie na luzie. Chciałam po prostu przebiec 10 kilometrów poniżej 50 minut i nie traktowałam tego jako typowego wyzwania. 

Słoneczko przygrzewało, wiatru raczej nie było, więc pogoda nie sprzyjała za bardzo szybkiemu bieganiu. Na trasie nie brakowało też podbiegów i zbiegów, a te ostatnie przecież lubię najbardziej.


Lokalni kibice, odpowiednia ilość punktów z wodą i zraszacze w kilku miejscach sprawiały, że biegło mi się naprawdę dobrze. Agrafki też miały swój urok. Dzięki nim czas mijał jakoś szybciej, a dodatkowo mogłam podziwiać czołówkę, przybić piątkę znajomym, uśmiechnąć się czy krzyknąć komuś motywujące słówko. 


Metę w Bochni przekroczyłam szczęśliwa i z wielkim uśmiechem na twarzy. Nie zrobiłam jakiegoś super wyniku, tempo też nie było równe przez całą trasę, ale bawiłam się świetnie. Właśnie takie biegi przypominają mi dlaczego lubię to co robię. Pokazują, że można czerpać radość ze zwykłego biegu, a ciągła walka o lepsze wyniki chwilowo przestaje mieć znaczenie.

fot. MOSiR w Bochni, Ostrowski, M.Gałązka

Czytaj dalej

Wspomnienie 26. Bieg Powstania Warszawskiego

Wybierając bieg Powstania Warszawskiego nastawiłam się przede wszystkim na niepowtarzalną atmosferę i przeżycie na własnej skórze biegu o historycznym znaczeniu. Nie trenuję typowo pod 10 km, ale aspekt sportowy samego biegu też był dla mnie poniekąd ważny. 


runners, Warszawa, polska walcząca

Chciałam poprawić swój rekord życiowy, ale nie do końca wierzyłam, że może się to udać. Powodów było wiele zaczynając od niesprzyjającej pogody, uczucia ciężkich nóg od kilku dni, braku wiary, chęci, a także niedopasowanie ostatniego posiłku do pory biegu. Ale po kolei...

Tak jak kilka dni przed biegiem nie mogłam się doczekać, kiedy pojadę do Warszawy, tak w sobotę nie miałam totalnie na to ochoty. Pogoda od rana nie rozpieszczała. Było gorąco, duszno, a i podróż pod koniec dnia dawała się już we znaki. Nie skłamię jeśli napiszę, że po prostu nie chciało mi się biec. Czasem tak jest i wtedy najlepszym wyjściem jest pojawić się trochę wcześniej na miejscu, by poczuć atmosferę biegu/nabrać chęci/nakręcić się. Pospacerowałam z siostrą, pośmiałyśmy się, zrobiłyśmy trochę zdjęć, nagrałam kilka filmików na snapchata (które kolejnego dnia były dla mnie najlepszą pamiątką), zostawiłam rzeczy i poszłam się rozgrzewać.

Byłam pod wrażeniem. Przed biegiem organizatorzy rozdawali znicze, by stworzyć łańcuch pamięci, a koszulki z pakietu w wojskowym kolorze khaki i biało-czerwone opaski ze znakiem Polski walczącej na ramionach biegaczy tworzyły niesamowitą atmosferę. Powoli się ściemniało, w tle leciały patriotyczne pieśni, a ja nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje, choć najlepsze było dopiero przede mną. Jeszcze nigdy nic nie zrobiło na mnie, aż takiego wrażenia jak kilkutysięczny tłum śpiewający Rotę. Tak jak miałam ciarki przed Półmaratonem Warszawskim przy Śnie o Warszawie, tak przed biegiem Powstania Warszawskiego odczułam to 10x mocniej. Czułam się po prostu dumna, że jestem Polką. Tę chwilę na pewno będę długo wspominać.

Start był podzielony na kilka tur. Biegacze startowali o danej porze wraz z odpowiednią strefą startową do której się zapisali. Każdy wystrzał z pistoletu poprzedzony był inną pieśnią patriotyczną. Bardzo się nakręciłam i nie mogłam doczekać, aż ruszę.


Zaczęłam wolniej. Nie miałam problemu z utrzymaniem tempa. Było z górki, biegacze ustawili się w dobrej strefie startowej, więc nawet nie było przepychanek. Gdy już po pierwszym kilometrze miałam sucho w ustach i marzyłam o kubeczku z wodą wiedziałam, że nie będzie łatwo. Zwykle biegając dyszki nie korzystam z wodopojów, tym razem nie mogłam zrezygnować. Byłam po prostu spragniona. O ile do 5-tego kilometra biegło mi się znośnie, tak po wbiegnięciu do tunelu opadłam ze wszystkich sił. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałam tam czym oddychać. Tunel rozciągał się prawie na cały kilometr, więc wyobraźcie sobie jakie to było męczące. Marzyłam tylko o tym, by z niego wybiec, a gdy to zrobiłam nie miałam już ochoty na nic.

Wiedziałam, że z jakiegokolwiek rekordu już nici, bo tempo spadało wraz z mijanym dystansem, a to bardzo negatywnie działało na moją głowę. Coraz więcej osób zaczęło mnie wyprzedzać, a ja zrezygnowana chciałam tylko dotrzeć do mety biegiem. Ogromną niespodzianką była dla mnie Olga na 9 kilometrze. Naprawdę bardzo Ci dziękuję za ten chwilowy przypływ mocy, bo dzięki Tobie zmieściłam się w 49 minutach i nie odpuściłam przed samą metą. To niesamowite jak doping potrafi zadziałać na człowieka.


Bieg mimo w pewnym sensie nieudanego „sportowego występu” wspominam bardzo dobrze. Poza nazwą samego biegu, trasa również nie była przypadkowa. Przebiegaliśmy przez centrum Warszawy w miejscach zaciętych walk Powstańców. Jedna 10 kilometrowa pętla z dosyć stromym podbiegiem na końcu, który potrafił dać jeszcze w kość. W trakcie biegu w niektórych momentach (zwłaszcza przy starcie i mecie) słychać było powstańcze piosenki i strzały, co tworzyło w pewien sposób magiczny klimat. Cieszę się, że miałam okazję na sportowo oddać hołd powstańcom walczącym o wolną Warszawę, uczestniczyć po raz kolejny w dużym biegu i poczuć tę atmosferę historycznego wydarzenia.

running medal


Czytaj dalej