O krok od życiówki, czyli 4. Nocny Wrocław Półmaraton


Nocny Półmaraton we Wrocławiu był zaraz za Cracovia Maratonem drugim biegiem, którego nie mogłam się doczekać. Zaplanowałam i zapisałam się na niego już na początku roku, a później pozostało tylko czekać na czerwiec. Miało być pięknie. 


W nocnym biegu brałam udział tylko raz. Był to mój debiut na dystansie 10 km i było naprawdę świetnie. Zupełnie inny klimat, inna atmosfera i przede wszystkim dużo, dużo chłodniej. Pozytywnych opinii odnośnie poprzednich edycji Wrocław Półmaratonu nie brakowało. Każdy kto tam był, chciał wrócić, a to jeszcze bardziej mnie nakręcało.

Jeżeli chodzi o moją formę to nie miałam pojęcia czego mogę się spodziewać. Nie wiedziałam na jakim jestem poziomie biorąc pod uwagę moją ostatnią przerwę od biegania i brak typowych treningów po maratonie. Ostatni miesiąc biegałam tak jak miałam ochotę (a zdarzało się też, że jej zupełnie nie miałam) bez jakiegokolwiek planu, bez długich wybiegań, tak po prostu.

We Wrocławiu postanowiłam zacząć wolniej niż zwykle, a od połowy jeżeli się uda powoli przyśpieszać. Baaardzo, naprawdę bardzo się hamowałam na pierwszych kilometrach i dopiero po 10 zwiększyłam tempo. Poza kolką na pierwszym czy drugim kilometrze biegło mi się naprawdę dobrze. Było duszno, ale bywały grosze warunki dlatego nie narzekałam. Właściwie było okej. W okolicach 6-7 kilometra na trasie spotkałam Monikę z Bełchatowa. To niesamowite, że w takim tłumie udało się ją odnaleźć i troszkę później mi było szkoda, że na punkcie z wodą ją zgubiłam, bo tamte wspólnie przebiegnięte kilometry były naprawdę fajnie.

fot. maratonczycy.com

Od 10 do 16 kilometra dosłownie leciałam. To był dla mnie najprzyjemniejszy odcinek. Momentami niestety musiałam mocno zwalniać, bo zwężenia były za ciasne i robiły się korki, a takie nierówne tempo niestety bardzo wybija z rytmu. Dziwiły mnie też zachowania niektórych biegaczy, którzy na zbiegach zwalniali i prawie na nich wpadałam.

Pomimo tak późnej pory na trasie było sporo kibiców, ale brakowało mi typowych punktów kibicowania z muzyką raczej zachęcającą do biegu, a nie klasyczną. To bieg, a nie koncert w filharmonii.

Ostatnie 2 kilometry ciągnęły się niestety w nieskończoność. Było mi już ciężko i całymi siłami walczyłam o to by się nie zatrzymać i za bardzo nie zwolnić. Nogi nie bolały, ale nie miałam już z czego przyśpieszyć.


Biegłam na granicy życiówki i choć według GPS miałam spory zapas, to zaznaczone kilometry zupełnie się nie pokrywały, dlatego nie miałam pojęcia czy uda mi się coś urwać czy jednak nie.

Gdy na zegarku wyskoczył mi 21 kilometr, a do mety było jeszcze 400 metrów miałam dosyć. Metę ostatecznie przekroczyłam z czasem 1:50:01 i dosłownie otarłam się o życiówkę.  Oczywiście było mi bardzo smutno, że zabrakło tylko 3 sekund, ale gdy ochłonęłam zdałam sobie sprawę z tego, że kurcze to był naprawdę dobry bieg, a tempo zdecydowanie lepiej rozłożone niż na Półmaratonie w Warszawie.

Największym minusem 4. Nocnego Wrocław Półmaratonu był depozyt. Bardzo żałowałam, że nie zostawiłam swoich rzeczy w aucie, bo zaparkowaliśmy dosłownie przy biurze zawodów, jednak nie pomyślałabym, że będę czekać ponad pół godziny na odbiór swoich rzeczy. Sama już nie wiem czy bardziej byłam wkurzona, że muszę tak stać i marznąć na zewnątrz (a było już chłodno), czy bardziej szkoda mi było wolontariuszy którzy nie potrafili się w tym wszystkim odnaleźć. Niebieski mazak na czarnym worku? To było mega słabe. Naklejki na worek z numerkiem przecież by wszystko rozwiązały.


Lubię duże biegi. Naprawdę je lubię. Po Półmaratonie Warszawskim byłam zachwycona i chyba tego samego spodziewałam się też tutaj. O ile na rozgrzewce udało mi się wczuć w klimat biegu, tak później wraz z mijającym dystansem gdzieś mi to umknęło. Wrocław nie rzucił mnie na kolana, ale przynajmniej ułatwił decyzję gdzie pobiegnę na jesień i pokazał, że skoro już minął miesiąc od Cracovia Maratonu, a ja jestem w dobrej formie nawet po kilku dniach niebiegania to najwyższa pora ruszyć z kolejnymi przygotowaniami! :)

Czytaj dalej

Nieplanowana przerwa w treningach? Są plusy!

Dziewczyna w kapeluszu - zachód słońca

Przymusowa przerwa w treningach spowodowana kontuzją lub jakimś innym nieplanowanym wydarzeniem/wyjazdem najczęściej wywołuje wiele smutku. Kilka/kilkanaście dni bez biegania zwykle jest trudne do zniesienia, ale warto spojrzeć na to z innej strony, bo to też ma swoje zalety.


W 2015 roku miałam dwie takie przerwy. Obydwie były nieplanowane i każda bardzo wiele wniosła w moje treningi. Pierwsza, spowodowana kontuzją pozwoliła mi w pewnym sensie zacząć bieganie od nowa. Nauczyłam się biegać bez przerw na marsz, co było dla mnie ogromnym przełomem i początkiem postępów. Druga, wywołana chorobą na tyle poważną, że jakiekolwiek wyjście na zewnątrz czy aktywność fizyczna nie wchodziła w grę. Dzięki tej przerwie ruszyłam dalej, o wiele, wiele dalej. Przełamałam się, wyszłam poza swoją strefę komfortu, zmieniłam technikę, a teraz biegam średnio o minutę szybciej na kilometr.

Oczywiście nie sama przerwa to wywołała, ale ona była takim początkiem. Pozwoliła mi odpocząć i zresetować się. Miałam sporo czasu, by przemyśleć wiele spraw, poszerzyć swoją wiedzę, a później ruszyć od nowa z podwójną siłą.

Roztrenowania nie potrafię zaplanować. Chciałam to zrobić przed maratonem i nie wyszło. Ciężko mi odpuścić, gdy mogę biegać, a wyniki się poprawiają. Na nieplanowane przerwy patrzę z nadzieją i choć nie czekam na nie, to bardzo prawdopodobne jest, że prędzej czy później jakaś się trafi i wtedy mimo tego, że bardzo tęsknie za bieganiem, to staram się dostrzegać pozytywy.

Pierwszy reset w 2016 wywołany nieszczęśliwym upadkiem na rolkach mam akurat za sobą. To była chyba jedna z najdłuższych przerw w mojej dotychczasowej biegowej "karierze". Wierzę, że te 10 dni pozbawionych aktywności fizycznej przyniesie mi coś dobrego. Znów wiele się nauczyłam,  mnóstwo rzeczy przeanalizowałam, wyciągnęłam wnioski i już nie mogę się doczekać, aż zacznę realizować swój plan.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Maj 2016


Maraton był głównym wydarzeniem maja. Od samego początku żyłam z myślą, że to już w tym miesiącu. Cieszyłam się niesamowicie, choć przyznam, że biegania momentami miałam  dosyć. Mój miesiąc dzielił się na trzy części: ta przed maratonem, sam maraton i po maratonie.


Przed maratonem ograniczyłam treningi i ćwicząc cokolwiek uważałam, by nie zrobić sobie krzywdy. Rolowałam się po treningach, dobrze odżywiałam i myślami byłam wiadomo gdzie. W niedzielę 15 maja zrobiłam to - zostałam maratonką. To była jedna z piękniejszych chwil w życiu. Po maratonie znalazł się czas na łapanie oddechu i spokojny powrót do treningów. Wróciły rolki, basen... a gdy już miałam ochotę biegać dosłownie codziennie, dosyć niefortunny wypadek na rolkach wykluczył mnie na jakiś czas z jakichkolwiek treningów.

Na początku i na końcu miesiąca wzięłam też udział w biegu na milę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego i jak się okazało bardzo szczęśliwego. W Bełchatowie na nowoczesnym stadionie lekkoatletycznym pobiłam swój dotychczasowy rekord życiowy, a w biegu towarzyszącym w Swoszowicach zajęłam drugie miejsce wśród kobiet.


Co w czerwcu?
Pod koniec miesiąca pobiegnę w Nocnym Półmaratonie we Wrocławiu. Chciałam tam poprawić swój rekord życiowy z Warszawy, jednak biorąc pod uwagę fakt, że obecnie nie mogę trenować i jeszcze nie wiem kiedy wrócę do biegania to wszystko stoi pod znakiem zapytania.

Czas po maratonie traktuje trochę jak odpoczynek. Jest miejsce na luźne treningi, odpoczynek od zawodów i ładowanie akumulatorów przed kolejnym wyzwaniem. 


Czytaj dalej