Półmaraton Warszawski 2016 - wynik, który cieszy, ale nie zadowala

Warszawa - miasto w którym zawsze chciałam pobiec, ale wciąż to odwlekałam. W chwili, gdy wygrałam pakiet startowy, decyzja podjęła się sama i w niedzielę 3 kwietnia przekroczyłam metę 11. Półmaratonu Warszawskiego wraz z nowym rekordem życiowym. Choć ten, nie do końca był spełnieniem moich marzeń.



Wybierając wiosenne starty nie brałam pod uwagę bicia życiówek na 21,1 km. Nawet nie bardzo miałam ochotę na cokolwiek poza maratonem. Jednak im bliżej było Półmaratonu Warszawskiego, tym bardziej chciałam w nim pobiec. Trochę się sama nakręcałam, a trochę ludzie wokół mnie. Nie planowałam kupować pakietu, szukałam konkursów, bo uznałam, że jeśli wygram to pobiegnę, a jeśli nie, to nie. Spróbowałam, udało się. Chyba los tak chciał.

Jaki był ten półmaraton?

Pogoda w niedzielę była fantastyczna, iście wiosenna. Może nie koniecznie idealna do biegania (ciepło, wiatr), ale świecące słoneczko nastrajało pozytywnie i wywoływało uśmiech na twarzy. 

Nastawiłam się na bicie rekordu życiowego. Sama poprawa wyniku o parę sekund, czy minut nie była trudna, jednak wiedziałam, że jestem w stanie i jeśli tylko wszystko zagra, mam szansę na świetny wynik. Zagrało do pewnego momentu, ale o tym za chwilkę.


Czekając na start na Placu Trzech Krzyży oglądałam się na biegaczy zarówno podczas rozgrzewki jak i później stojąc w tłumie. Nie znałam nikogo wokół mnie. Wczułam się w atmosferę, chyba po raz pierwszy w życiu, aż do tego stopnia. Warszawa żyje bieganiem, to od razu widać. Tak się zamyśliłam, że na ostatnie 10 minut nawet nie odczułam stresu. To było wspaniałe, a Sen o Warszawie przed samym biegiem był dopełnieniem wszystkiego, wisienką. Niesamowita chwila i chyba najpiękniejszy start jaki do tej pory przeżyłam. 

"i na skrzydłach jak ptak, będę leciał co sił..."

Zmotywowana, ze słowami Czesława Niemena w głowie, ruszyłam przed siebie. Plan na bieg był najprostszy z możliwych. Tempo 5:00 min/km jak najdłużej się da, a najlepiej do samego końca. 


Pierwsze 5 kilometrów w 24:59. Nie mogło być lepiej. Czułam się bardzo dobrze, a czas szybko mijał. Momentami było z górki i z wiatrem, co pomagało. Biegacze biegli podobnym tempem, nikt nikomu nie zawadzał, czasem kogoś mijałam, a czasem ktoś mijał mnie. Kolejna piątka bardzo podobnie, a nawet nieco szybciej - 24:41, bo spory odcinek z górki. 

Uśmiechałam się, ale też trochę bałam, że przesadzam z tempem i może lepiej zostawić coś na potem, jednak nogi niosły. Niosły tak, aż do 16 kilometra, a później... wszystko się posypało jak domek z kart.

Może i nawet trochę to wykrakałam, bo mijając 15-16 kilometr przypomniałam sobie sytuację z drugiego półmaratonu, gdzie pod sam koniec wszystko runęło. Chciałam tego uniknąć, a było zupełnie na odwrót. Wiatr cały czas w twarz, suche usta, bolące nogi, tempo spadało, ludzie mnie wyprzedzali, 400 metrowy podbieg i ja... totalnie zrezygnowana.

Trasy przez Łazienki nawet nie chcę wspominać mimo, że analizując mapkę przed biegiem to właśnie z tego miejsca cieszyłam się najbardziej. Podbieg na Belwederskiej? Pokazał mi ile jeszcze muszę poprawić, ale też nauczył, że warto walczyć do samego końca, nawet jeśli jest się na przegranej pozycji. Siła w nogach i zmęczenie to jedno, a świadomość końca i mocna głowa drugie.

Tabliczka mówiąca, że jeszcze tylko 1100 m ponownie mnie zmotywowała. Niestety nie potrafiłam już osiągnąć tempa z pierwszych 15 km półmaratonu, ale przyspieszyłam na tyle, by zmieścić się poniżej 1h:50min. 


Kibiców było mnóstwo na całej trasie. Krzyczeli, klaskali, śpiewali, bili w bębny - dodawało to niesamowitej energii. W chwilach gdy chciałam się poddać, pojawiali się oni i z całych sił zachęcali do dalszej walki. Pomagało. Ostatnie metry, gdy w zasięgu wzroku miałam już tylko wielki napis META byłam w domu. Co prawda miałam wtedy wrażenie, że czas zwolnił niesamowicie, ale to normalne, że końcówka ciągnie się w nieskończoność. Na szczęście udało się dotrzeć.

Półmaraton Warszawski ukończyłam z czasem 1:48:59. Biorąc pod uwagę jesienny Cracovia Półmaraton urwałam ponad 8 minut. Mimo, że rozkład tempa pozostawia wiele do życzenia, to ostateczny wynik cieszy. Oczywiście doskonale wiem, że stać mnie na więcej przy lepszym dniu i wniesieniu odpowiednich poprawek. Przecież nie zawsze jest idealnie. 


W Warszawie biegłam dopiero po raz pierwszy i już chcę tam wrócić. To miasto ma w sobie coś, czego nie potrafię zdefiniować. Jeżeli istnieje biegowe miasteczko, to właśnie takim stała się stolica w ostatnią niedzielę. Jeszcze nigdy nie odczułam czegoś takiego jak tamtego dnia. Warto tam być i to przeżyć. A kibiców? Oj chciałabym takich wszędzie. 

Oh Warszawo, było wspaniale.

Udostępnij ten post

17 komentarzy :

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu, brakuję mi Cię trochę w biegowym światku ;)

      Usuń
  2. Cieszę się, że Ci się podobało ;-) Mnie Sen o Warszawie przed biegiem zawsze przyprawia o gęsią skórkę i daje mega powera, a jakbyś jeszcze usłyszała na Legii przed meczem śpiewający stadion...to jest coś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie wątpię :D Fantastyczne doświadczenie ;)

      Usuń
  3. Głowa do góry, następnym razem już na pewno do końca będzie dobrze :) gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem :) Kwestia odpowiedniego przygotowania. Dzięki! :D

      Usuń
  4. Brawa! Fantastyczny bieg! :) A co do Warszawy to prawda! :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Serdecznie gratuluję wyniku i świetnej relacji! Pracuj tak dalej a na pewno osiągniesz cel do którego zmierzasz (zresztą komu ja to mówię :P) Do zobaczenia na biegowych szlakach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję Seba :) W ciągu ostatnich miesięcy chyba wielokrotnie sobie udowodniłam, że ciężka praca popłaca, więc na pewno się nie poddam! :D

      Usuń
  6. Gratuluję! Kochana, ja to Cię niezwykle podziwiam za te wszystkie Twoje osiągnięcia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężka praca popłaca i przynosi efekty! Zresztą sama to wiesz :) Dziękuję! :*

      Usuń
  7. Niesamowite, jeszcze pamiętam jak rok temu biegłaś w Marzannie z celem, aby przebiec cały bez przechodzenia do marszu, a teraz kręcisz takie wyniki! Gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam szczerze, że sama to bardzo dobrze pamiętam, bo półmaraton był dla mnie czymś prawie nie do przeskoczenia:D
      Jak się okazuje, w rok można naprawdę dużo osiągnąć ;)

      Usuń
  8. Gratuluję Kochana! życiówki i tego ile osiągnęłaś w ostatnim roku. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kolejna życiówka :-) BRAWO!!! Każdy kolejny bieg uczy nas czegoś nowego. Najważniejsze aby wyciągać wnioski na przyszłość.

    Pozdrawiam NAPIBIEGA

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)