Gdy nie zawsze liczy się czas - 2. Lisiecki Półmaraton

Półmaraton to bardzo przyjemny dystans i z biegu na bieg lubię go jeszcze bardziej. Każdy jest dla mnie równie ważny i w każdym zdobywam nowe doświadczenia, wyciągam wnioski i czegoś się uczę. Lisiecki Półmaraton, który przebiegłam w ostatnią niedzielę był moim już siódmym, jednak tym razem nie walczyłam o wynik.


fot. M. Gałązka

Na 2. Lisiecki Półmaraton zapisałam się na początku roku. Wtedy jeszcze nie planowałam biec w Warszawie, więc ten miał być poniekąd sprawdzianem formy przed maratonem mimo, że trasa nie miała atestu. Po wybieganiu życiówki w stolicy, plany się nieco zmieniły i tę drugą połówkę w podkrakowskiej miejscowości mogłam potraktować już nieco lżej.

O tym, że nie zależało mi aż tak na walce o wynik świadczy chociażby to, że dzień wcześniej postanowiłam powalczyć o nowy rekord życiowy na Parkrun Kraków. Bardzo chciałam złamać 22 minuty jeszcze w tym miesiącu. Czułam, że jestem w stanie to zrobić, więc spróbowałam. Nie był to łatwy bieg, ale udało się z 12 sekundowym zapasem. Bardzo tego potrzebowałam.

Wracając do Półmaratonu. Trasa nie należała do najłatwiejszych, choć pierwsze 10 km było naprawdę szybkie. Później zaczynały się już lekkie podbiegi, a prawdziwa zabawa miała miejsce po 16 kilometrze.

    
               fot. R. "Richie" Kułaga                                                                fot. A. Łapczuk-Krygier

Tempo jakim biegłam dopasowywałam do profilu trasy oraz ogólnego poczucia zmęczenia. Gdy było z górki biegłam szybciej, a pod górkę wolniej. Nie odnotowałam kryzysów, nic mnie nie bolało, po prostu biegłam. Czułam się jak na niedzielnym wybieganiu na które przyszło mnóstwo ludzi i nie musiałam nosić ze sobą wody. Druga część trasy, która mogłaby się wydawać najgorszą ze względu na długie podbiegi wspominam najlepiej. Bardzo lubię biegi, na których są agrafki. Szukam wtedy wzrokiem znajomych biegaczy, gdy mam siłę to ich dopinguję, pozdrawiam i czas mija zdecydowanie szybciej. Pojawia się też wtedy dodatkowa motywacja, by się nie poddać, bo przecież ludzie patrzą :)

fot. M. Gałązka
Półmaraton Lisiecki ukończyłam z fajnym jak na trening wynikiem 1:51:57. Jak już wspomniałam, nie był to sprawdzian formy, tylko bieg w ramach długiego wybiegania. 

Na koniec chciałam podziękować za wszystkie miłe słowa na trasie. Było ich całe mnóstwo i bardzo się cieszę, że zaglądacie na mojego bloga i czytacie o tym co piszę, to bardzo motywuje!

Korzystając też z tej okazji, chciałam poinformować wszystkich zdziwionych biegaczy komentujących moją technikę biegu. Skoro ląduję na przedniej części śródstopia lub na palcach i biegnę tak cały półmaraton (nie pierwszy raz), a później normalnie chodzę/biegam i nic mnie nie boli to znaczy, że jest mi tak wygodnie. Ciągle pracuję nad techniką i nie wytykam każdego zgarbionego, czy lądującego na piętach biegacza. Na przyszłość radzę najpierw spojrzeć na siebie, bo każdemu można coś zarzucić, a jeśli ciekawi Was jak to jest i czy faktycznie tak się da, to chętnie porozmawiam o tym po biegu (nie w trakcie) :)

A kolejny przystanek to.. już maraton! Jeszcze tylko 30 dni - Can't wait! <3

Czytaj dalej

Półmaraton Warszawski 2016 - wynik, który cieszy, ale nie zadowala

Warszawa - miasto w którym zawsze chciałam pobiec, ale wciąż to odwlekałam. W chwili, gdy wygrałam pakiet startowy, decyzja podjęła się sama i w niedzielę 3 kwietnia przekroczyłam metę 11. Półmaratonu Warszawskiego wraz z nowym rekordem życiowym. Choć ten, nie do końca był spełnieniem moich marzeń.



Wybierając wiosenne starty nie brałam pod uwagę bicia życiówek na 21,1 km. Nawet nie bardzo miałam ochotę na cokolwiek poza maratonem. Jednak im bliżej było Półmaratonu Warszawskiego, tym bardziej chciałam w nim pobiec. Trochę się sama nakręcałam, a trochę ludzie wokół mnie. Nie planowałam kupować pakietu, szukałam konkursów, bo uznałam, że jeśli wygram to pobiegnę, a jeśli nie, to nie. Spróbowałam, udało się. Chyba los tak chciał.

Jaki był ten półmaraton?

Pogoda w niedzielę była fantastyczna, iście wiosenna. Może nie koniecznie idealna do biegania (ciepło, wiatr), ale świecące słoneczko nastrajało pozytywnie i wywoływało uśmiech na twarzy. 

Nastawiłam się na bicie rekordu życiowego. Sama poprawa wyniku o parę sekund, czy minut nie była trudna, jednak wiedziałam, że jestem w stanie i jeśli tylko wszystko zagra, mam szansę na świetny wynik. Zagrało do pewnego momentu, ale o tym za chwilkę.


Czekając na start na Placu Trzech Krzyży oglądałam się na biegaczy zarówno podczas rozgrzewki jak i później stojąc w tłumie. Nie znałam nikogo wokół mnie. Wczułam się w atmosferę, chyba po raz pierwszy w życiu, aż do tego stopnia. Warszawa żyje bieganiem, to od razu widać. Tak się zamyśliłam, że na ostatnie 10 minut nawet nie odczułam stresu. To było wspaniałe, a Sen o Warszawie przed samym biegiem był dopełnieniem wszystkiego, wisienką. Niesamowita chwila i chyba najpiękniejszy start jaki do tej pory przeżyłam. 

"i na skrzydłach jak ptak, będę leciał co sił..."

Zmotywowana, ze słowami Czesława Niemena w głowie, ruszyłam przed siebie. Plan na bieg był najprostszy z możliwych. Tempo 5:00 min/km jak najdłużej się da, a najlepiej do samego końca. 


Pierwsze 5 kilometrów w 24:59. Nie mogło być lepiej. Czułam się bardzo dobrze, a czas szybko mijał. Momentami było z górki i z wiatrem, co pomagało. Biegacze biegli podobnym tempem, nikt nikomu nie zawadzał, czasem kogoś mijałam, a czasem ktoś mijał mnie. Kolejna piątka bardzo podobnie, a nawet nieco szybciej - 24:41, bo spory odcinek z górki. 

Uśmiechałam się, ale też trochę bałam, że przesadzam z tempem i może lepiej zostawić coś na potem, jednak nogi niosły. Niosły tak, aż do 16 kilometra, a później... wszystko się posypało jak domek z kart.

Może i nawet trochę to wykrakałam, bo mijając 15-16 kilometr przypomniałam sobie sytuację z drugiego półmaratonu, gdzie pod sam koniec wszystko runęło. Chciałam tego uniknąć, a było zupełnie na odwrót. Wiatr cały czas w twarz, suche usta, bolące nogi, tempo spadało, ludzie mnie wyprzedzali, 400 metrowy podbieg i ja... totalnie zrezygnowana.

Trasy przez Łazienki nawet nie chcę wspominać mimo, że analizując mapkę przed biegiem to właśnie z tego miejsca cieszyłam się najbardziej. Podbieg na Belwederskiej? Pokazał mi ile jeszcze muszę poprawić, ale też nauczył, że warto walczyć do samego końca, nawet jeśli jest się na przegranej pozycji. Siła w nogach i zmęczenie to jedno, a świadomość końca i mocna głowa drugie.

Tabliczka mówiąca, że jeszcze tylko 1100 m ponownie mnie zmotywowała. Niestety nie potrafiłam już osiągnąć tempa z pierwszych 15 km półmaratonu, ale przyspieszyłam na tyle, by zmieścić się poniżej 1h:50min. 


Kibiców było mnóstwo na całej trasie. Krzyczeli, klaskali, śpiewali, bili w bębny - dodawało to niesamowitej energii. W chwilach gdy chciałam się poddać, pojawiali się oni i z całych sił zachęcali do dalszej walki. Pomagało. Ostatnie metry, gdy w zasięgu wzroku miałam już tylko wielki napis META byłam w domu. Co prawda miałam wtedy wrażenie, że czas zwolnił niesamowicie, ale to normalne, że końcówka ciągnie się w nieskończoność. Na szczęście udało się dotrzeć.

Półmaraton Warszawski ukończyłam z czasem 1:48:59. Biorąc pod uwagę jesienny Cracovia Półmaraton urwałam ponad 8 minut. Mimo, że rozkład tempa pozostawia wiele do życzenia, to ostateczny wynik cieszy. Oczywiście doskonale wiem, że stać mnie na więcej przy lepszym dniu i wniesieniu odpowiednich poprawek. Przecież nie zawsze jest idealnie. 


W Warszawie biegłam dopiero po raz pierwszy i już chcę tam wrócić. To miasto ma w sobie coś, czego nie potrafię zdefiniować. Jeżeli istnieje biegowe miasteczko, to właśnie takim stała się stolica w ostatnią niedzielę. Jeszcze nigdy nie odczułam czegoś takiego jak tamtego dnia. Warto tam być i to przeżyć. A kibiców? Oj chciałabym takich wszędzie. 

Oh Warszawo, było wspaniale.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na kwiecień 2016

Bieganie, pierwsze wiosenne starty, poprawa wyników, nowy rekord życiowy i nawet miejsce na podium. Marzec był trochę szalonym miesiącem, zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Kolejne 31 dni za mną i cały czas działam, bo jestem już dużo, dużo dalej niż jeszcze miesiąc, czy dwa temu. 


Marzec w skrócie:
- wybiegane 187 km
- poprawiony rekord na 10 km - 46:24
- pływanie raz w tygodniu
- gimnastyka, joga, a nawet rolki
- ponad 22 godziny poświęcone na aktywność fizyczną

ważniejsze treningi

Dwa starty tydzień po tygodniu pokazały mi, że to co robię ma sens. Postęp jest spory i czasem mnie samej jest ciężko uwierzyć, że jeszcze rok temu biegałam prawie 10 minut wolniej. 

W Myślenicach chciałam w pewnym sensie sprawdzić na czym stoję, a bieg w Zelowie miał to tylko potwierdzić. Udało się. Biegi skończyłam mocniejsza psychicznie, uzyskałam fajne wyniki, nową życiówkę na 10 km i pierwsze podium w kategorii. To wszystko odbiło się trochę na długich wybieganiach, choć te starałam się inaczej nadrabiać w tygodniu. Zaprzyjaźniłam się również z rolką i piłeczką do masażu. Po każdym treningu rozciągałam i rolowałam mięśnie. Przynosiło to ulgę i przyspieszało regenerację.

Gorszych chwil w miesiącu nie brakowało. Zdarzały się nieudane treningi, skończone trochę przed czasem, ale jest to po prostu normalne. Staram się nie patrzeć wstecz, tylko robić swoje.


Co w kwietniu?
Miesiąc zacznę półmaratonem w najbliższą niedzielę. Zupełnie go nie planowałam, ale trafił mi się szczęśliwy pakiet startowy i już w najbliższą niedzielę pobiegnę po raz pierwszy w Warszawie. Bardzo się cieszę, bo zawsze chciałam wybrać się na jakiś bieg do stolicy, a zwykle to odwlekałam.

Tydzień później czeka mnie jeszcze jedna połówka, na którą zapisałam się już dosyć dawno. Nie mam wobec niej szczególnych planów, więc będzie po prostu fajnym treningiem w ramach zawodów.

Przede mną ostatnie ważne treningi. Kwiecień to już finisz przygotowań do maratonu, a później już tylko dam z siebie wszystko. Nie mogę się już doczekać.

Czytaj dalej