Mój 2016 rok

Ten rok był bardzo wyjątkowy i poniekąd stał się przełomowy w mojej biegowej przygodzie. Wniósł wiele doświadczeń, mnóstwo radości i jeszcze więcej pięknych wspomnień. Zanim jednak wkroczę w nowy, chciałabym wcześniej stworzyć szybki przegląd najważniejszych wydarzeń ostatnich 366 dni.


portrait girl 2016 autumn

W 2016 roku przebiegłam 2 maratony, 4 półmaratony, 22 biegi na 10 km, 60 na 5 km i kilka pojedynczych na innych dystansach. W sumie zdobyłam około 20 medali i wybiegałam prawie 2500 kilometrów. Poprawiłam swoje wszystkie rekordy życiowe, dostałam pierwsze biegowe pucharki i kilka razy stawałam na podium. Bieganie zaczęło przynosić mi jeszcze więcej radości, coraz lepsze wyniki dodawały motywacji, a to wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to coś bez czego obecnie nie potrafię sobie wyobrazić codzienności.

2016 rok to wspaniałe wspomnienia, do których na pewno będę często wracać:


biegi zelów

  • Kwietniowy Parkrun Kraków i niespodziewane pokonanie granicy 22 min na 5 km dało mi ogromnego kopa do dalszego działania

maraton krakow 2016

medal warsaw marathon

Bełchatów biegi radość

2016 rok przyniósł mi mnóstwo wspomnień zarówno tych dobrych, jak i złych. Były chwile o których obecnie nie chcę pamiętać, ale także i takie do których z radością będę wracać. W ciągu tych 12 miesięcy upadałam i podnosiłam się wielokrotnie, ale ani razu się nie poddałam. Za każdym razem walczyłam o swoje marzenia i nie pozwoliłam ich zdeptać. Każdego dnia budowałam siebie, by być coraz wyżej i dalej. W tym roku również patrzę z uśmiechem na to, co przyniesie mi kolejny rok i wierzę, że dobrych rzeczy w 2017 roku nie zabraknie.

autumn portrait girl

PS. Zaglądajcie na INSTAGRAMA i SNAPCHATA (keepdreamsclose), tam jestem zdecydowanie częściej!
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Listopad 2016

Tak bardzo się cieszę, że ten miesiąc już za mną. Pomimo tego, że było w nim naprawdę kilka miłych wydarzeń to chyba od samego początku czekałam już na grudzień. Listopad po prostu był i tylko pojedyncze małe sukcesy sprawiły, że mogę go dobrze wspominać.


blonde girl portrait

W tym miesiącu biegałam już dużo więcej. Wszystko było uporządkowane i bez chaosu. Kilkudniowe zakwasy po sile biegowej stały się normą, a wieczorne rozciąganie i sesje jogi miłą końcówką wieczoru. Miesiąc skończyłam z 198 wybieganymi kilometrami i satysfakcją, że plan z kilkoma wyjątkami zrealizowałam.

10 kilometrowy Bieg Niepodległości w Kielcach był dobrym oderwaniem od codziennych treningów i mocnym wysiłkiem nie tylko fizycznym. Zajęcie dosyć wysokiego miejsca wśród kobiet pokazało mi, że biegam już na całkiem fajnym poziomie, a to z kolei przełożyło się na wzrost mojej motywacji ;)

Park Staszica Kielce 2016
fot. Dsz-Foto

Tydzień później miało miejsce wydarzenie na które czekam z niecierpliwością właściwie cały rok. Bełchatowska Piętnastka jest moim ulubionym biegiem i choć głównie z sentymentu tutaj startuję, to za każdym razem biega mi się coraz lepiej. W tym roku dałam z siebie wszystko, a przy tym udało mi się osiągnąć fajny wynik i nawet stanąć na podium.


To właśnie te dwa biegi sprawiły, że listopad mile wspominam. Późnojesienna aura nie sprzyjała motywacji i za właściwie każdym razem musiałam się mocno wysilić, aby wyjść na trening.

Biegów, po których wracałam do domu z uśmiechem na twarzy nie brakowało, ale były i tez takie o których nawet nie chce pamiętać. Na szczęście wiem, że to normalne. Deszczowa, ponura i zimna jesień chyba już taka jest.


Co w grudniu?

Czekam na śnieg. Na trzeszczące pod butami podłoże, spadające na nos płatki białego puchu i kilka dni wolnego. Oprócz Krakowskiego Biegu Sylwestrowego raczej nic szczególnego nie planuję. Ten miesiąc to czas na budowanie bazy pod wiosenne starty i skupienie się na treningach uzupełniających.

PS. Jestem również na SNAPCHATCIE (keepdreamsclose), INSTAGRAMIE i FACEBOOKU!
Czytaj dalej

20. Uliczny Bieg Bełchatowska Piętnastka - warto marzyć, warto walczyć!

running girl

To tutaj z radością, uśmiechem i pięknymi wspomnieniami wracam już 4 rok z rzędu. Uliczny Bieg Bełchatowska Piętnastka jest wyjątkowy, nie tylko ze względu na nietypowy dystans, ale i na to, że od tego biegu wszystko się zaczęło. Tutaj dostałam swój pierwszy medal i tutaj, debiutowałam w zawodach. Tegoroczna edycja była dla mnie szczególnie ważna i jak się później okazało niezwykle szczęśliwa.


Bełchatów jest moim miastem rodzinnym i nigdzie tak dobrze nie biega mi się jak tu. Z różnych względów musiałam odpuścić wszystkie inne bełchatowskie biegi w tym roku, dlatego na TEN czekałam szczególnie. Może i w Krakowie mam więcej biegowych znajomych, ale to tutaj mam rodzinę i to właśnie ona daje mi najwięcej sił.

running girl Bełchatów

Bełchatowska Piętnastka jest w bardzo fajnym terminie. W takim, gdy najważniejsze biegi każdy ma już właściwie za sobą. To start na koniec sezonu i tylko od biegacza zależy jak go potraktuje.

Ja już powoli przygotowuję się do nowego sezonu i nie był to mój start docelowy (chociażby dlatego, że jeszcze w piątek i sobotę walczyłam z zakwasami po sile biegowej), więc w sumie nie mogłam od siebie zbyt wiele wymagać. Spodobało mi się jednak to, że w Bełchatowskiej Piętnastce poza ogólną klasyfikacją i kategoriami wiekowymi prowadzona jest jeszcze jedna rywalizacja, skierowana  tylko do Bełchatowian. I choć kobiety traktowane są nieco gorzej niż mężczyźni (dla kobiet nagradzane są 3 miejsca, a dla mężczyzn 5) to i tak porównałam czasy zeszłorocznej trojki dziewczyn i choć wiedziałam, że to o niczym nie świadczy, pomyślałam, że fajnie byłoby spróbować się trochę wysilić.
 

Głównym moim celem było utrzymanie tempa 4:50 min/km przez cały dystans. Ciężko tutaj mówić o równym tempie, gdyż na trasie nie brakowało podbiegów i zbiegów to mimo wszystko jakieś tam założenie miałam. Stojąc na starcie trochę się bałam, bo jeszcze nigdy nie biegłam tak szybko 15 kilometrów, ale otuchy dodawał mi fakt, że jestem u siebie, tata i brat stoją na trasie, a mama w domu trzyma mocno kciuki.

Bełchatów biega 2016

Na trasie ponownie kilometry mijały bardzo szybko. Dwa pierwsze okrążenia przebiegłam na sporym luzie, uśmiechając się i zerkając co jakiś czas na zegarek. Gdy widziałam jakąś kobietę na horyzoncie starałam się ją dogonić i wyprzedzić. Gdy kończyłam drugie okrążenie Ci najlepsi wbiegali już na metę i nawet trochę im zazdrościłam.

Trzecie okrążenie było najtrudniejsze. Zmęczenie rosło, a ja wkraczałam w nieznane. Teraz miałam zrobić to, czego jeszcze nigdy nie robiłam, a trzecią piątkę jak na złość niestety rozpoczynał podbieg. Pojawiła się wtedy chwila zwątpienia i myśl o odpuszczeniu, jednak ostatecznie nie dałam się tak łatwo. Wzięłam głęboki wdech, chwyciłam za kubek wody i po chwili zegarek znów pokazywał mi to, co chciałam. 

Na zbiegu odpoczęłam, minęłam dziewczynę z żółtym numerkiem (żółte numerki miały osoby z Bełchatowa) i postanowiłam, że choćby nie wiem co, nie dam się już wyprzedzić. Ostatni kilometr ciągnął się w nieskończoność, a mnie powoli brakowało już tchu. Na szczęście kibice i myśl o tym, że zaraz będzie po wszystkim pozwoliła mi jeszcze przyśpieszyć.

decoration running

Na metę wpadłam zmęczona. Tego dnia dałam z siebie chyba wszystko. Czas jaki udało mi się osiągnąć był dla mnie wspaniały, bieg jakby idealny, a moja radość po tym wszystkim po prostu ogromna.

belchatowska pietnastka 2016 time

Na tym mogłabym skończyć opowieść o mojej już czwartej edycji Bełchatowskiej Piętnastki, bo i tak byłabym zadowolona, ale tego dnia wydarzyło coś jeszcze.

Jak się później okazało, metę przekroczyłam jako trzecia kobieta z Bełchatowa. Nie mogłam uwierzyć, że u siebie, na tak dużym biegu (ponad 1000  uczestników), gdzie 4 lata temu debiutowałam i ledwo zdołałam ukończyć 15 km, dziś stanę na podium jako trzecia z bełchatowianek. To była tak piękna wiadomość i niesamowita niespodzianka, że uśmiech do końca dnia nie schodził mi już z ust.

the best from Bełchatów

Warto wierzyć, warto marzyć i warto walczyć!

Czytaj dalej

IX Bieg Niepodległości w Kielcach - tam chce się wracać!

Są takie biegi do których wraca się dzięki miłym wspomnieniom. Do takich, gdzie wszystko zagrało i ciężko dopatrzeć się minusów. Tak określiłabym IX Bieg Niepodległości w Kielcach, gdzie byłam rok temu, w ostatnią niedzielę i na pewno chętnie znów tam pojadę.


Park Staszica Kielce
fot. Dsz-Foto

Bardzo lubię biegi upamiętniające jakieś wydarzenie. Wtedy atmosfera jest zupełnie inna, bo poza aspektem sportowym (który dla wielu jest bardzo ważny) jest jeszcze ten duchowy, gdy całości dopełniają piękne pieśni i stroje patriotyczne. Identycznie było i w tym przypadku. Zanim wszyscy ruszyliśmy przed siebie, w zadumie i skupieniu odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego. To są właśnie te chwile, gdy mam ciarki na ciele i jestem dumna z tego, że jestem Polką.

Kielce Bieg 2016
fot. Tomasz Tkaczyk

Trasę biegu znałam doskonale. Rok temu przemierzałam ją w identycznych okolicznościach. Jest bardzo urozmaicona, a duża ilość zakrętów, mocnych podbiegów i szybkich zbiegów sprawia, że czas mija niespodziewanie i mimo rosnącego zmęczenia chciałoby się jeszcze. 

To własnie tutaj odpoczywałam w tempie poniżej 4:30, a wbiegając pod górkę łapałam każdy oddech. Naprawdę nie wiem, kiedy minęło to 10 kilometrów. To jeden z niewielu biegów, gdy nie czekam na metę, bo ona sama pojawia się na horyzoncie.

Kielce Bieg Niepodległości 2016
fot. Patryk Ptak

Biegło mi się bardzo dobrze. Bez kryzysów, z radością i satysfakcja pojawiłam się na mecie ponad 4 minuty szybciej niż rok temu, kończąc swój bieg jako 14 kobieta. To był naprawdę fajny bieg, zarówno organizacyjnie jak i w moim wykonaniu. Jestem przekonana, że jeśli tylko nic nie stanie na przeszkodzie to za rok znów się tam pojawię. 

Bieg Niepodległości Kielce 2016

W tym roku na IX Biegu Niepodległości w Kielcach było wszystko. Organizatorzy do serca wzięli sobie wszelkie uwagi i nawet do darmowego pakietu startowego dorzucili upominek w postaci patriotycznej chusty z orzełkiem. Warto było tam pobiec, warto było ponownie wrócić do Kielc.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Październik 2016

Ponownie czuję tę ekscytację co kiedyś. Mam cel, mam plan i znów odkreślam dni w swoim kalendarzu. Przeliczam tygodniowe i miesięczne kilometry, kontroluję tempo, tętno i myślę o tym, gdzie będę za parę miesięcy.


autumn girl
Po maratonie zawsze mam taki nijaki okres i sporo czasu zajmuje mi powrót do normalnych treningów. Raz, że chce odpocząć, a dwa, że zanim wybiorę sobie kolejny cel musi minąć trochę czasu, ale to wcale nie znaczy, że nic nie robię. Biegam, ale mniej i spokojniej. W sumie przez cały miesiąc udało mi się wybiegać 185 kilometrów.

W październiku sporo było też biegów w których brałam udział. Nie przywiązywałam do nich szczególnej wagi, bo tak naprawdę najważniejszy miałam już za sobą. Największą motywacją była Krakowska Triada Biegowa, o czym jeszcze napiszę, ale to właśnie dzięki niej pobiegłam w Biegu Trzech Kopców (który chyba wreszcie polubiłam), a dwa tygodnie później w 3. PZU Półmaratonie Królewskim. O ile ten pierwszy nie miał dla mnie większego znaczenia, tak w tym drugim chciałam choć trochę powalczyć o wynik i mimo wielu popełnionych błędów w trakcie biegu, udało się urwać co nieco z wiosennej życiówki.

running girl kraków błonia
W ostatnim tygodniu zdecydowałam się jeszcze na start w Sieradzu. Bardzo chciałam pobiec coś szybciej, a na treningu ciężko o motywację do tego, więc ten bieg wydawał się idealny. Zajęłam dosyć wysokie miejsce wśród kobiet, sprawdziłam swoją obecną formę i spędziłam niedzielę dokładnie tak jak lubię. Tego właśnie potrzebowałam.

fot. R. Kułaga

Pod koniec października powstał też nowy plan treningowy. Ponownie zaczęłam ćwiczyć, rozciągać się i powoli wracam do większego kilometrażu. Lubię ten stan, gdy wiem po co biegam, po co to wszystko robię i że wystarcza tylko rzut okiem na kalendarz, aby po prostu wyjść na trening.

Plany na listopad?

Na pewno pobiegnę w Bełchatowskiej Piętnastce. To bieg w którym w 2013 roku debiutowałam. Moje pierwsze 15 km, mój pierwszy medal, pierwszy start i pierwsza meta. Dzięki niemu pokochałam biegi uliczne i to właśnie tam wracam już czwarty raz z ogromną ochotą. Czy coś więcej? O tym pewnie dowiemy się w trakcie :)

PS. Pamiętajcie, że jestem również na SNAPCHATCIE (keepdreamsclose), INSTAGRAMIE i FACEBOOKU!
Czytaj dalej

Moje 10 km w Sieradzu

Sieradz Bieganie

Niewielka opłata, atest trasy, szybko kończące się pakiety startowe i Artur Kozłowski jako jeden z uczestników, a to wszystko oddalone tylko niecałą godzinę drogi od Bełchatowa sprawiło, że nie zastanawiałam się długo i szybko zaplanowałam sobie niedzielę w Sieradzu.


Początek listopada połączony z dłuższym weekendem wiedziałam, że spędzę w rodzinnej miejscowości. Chciałam, aby był biegowy, bo lubię takie dni wolne i zwykle czekam na nie z jeszcze większą niecierpliwością. Postanowiłam rozejrzeć się po okolicznych biegach i w ten sposób trafiłam na 56. Biegi Ulicami Sieradza. Idealnie.

Dotarliśmy z tatą na miejsce dużo wcześniej. Bez problemu odebrałam pakiet startowy, pokręciliśmy się po biurze zawodów i okolicy w oczekiwaniu na start. Nie czułam stresu, ani ekscytacji. Dawno nie biegłam dyszki na zawodach, a bardzo chciałam sprawdzić ile mam jeszcze w sobie szybkości po maratonie. Wszystko traktowałam bardziej jako trening stąd pewnie takie samopoczucie.

Opóźniony start o 15 minut wywołał spore poruszenie i niezadowolenie wśród biegaczy. Sama bardzo tego nie lubię i uważam, że to jedna z żelaznych zasad, których organizator musi się trzymać, zwłaszcza, gdy na zewnątrz jest dosyć zimno.

Na szczęście, gdy już ruszyliśmy zapomniałam o wszystkim i skupiłam się na samym biegu. Profil trasy był bardzo urozmaicony, wiec nie miałam szczególnych założeń co do trzymania tempa. Z górki szybciej, pod górkę wolniej i tak do 4 kilometra, a później po największym podbiegu zobaczymy co się będzie działo.

mapa biegu Sieradz

Profil trasy - Sieradz

Oczywiście podbieg tak jak sądziłam dał o sobie znać i to całkiem mocno, stąd też drugie okrążenie pobiegłam już trochę wolniej niż pierwsze. Spora liczba zakrętów sprawiała, że czas szybko mijał i choć trasa była trudna, a wiejący wiatr nie pomagał, biegło mi się naprawdę fajnie. Na metę dobiegłam jako 8 kobieta i 4 w swojej kategorii wiekowej. Sic!

Biegi Ulicami Sieradza 2016

Gdy zobaczyłam wyniki trochę było mi przykro, ale wiedziałam, że to był dobry trening nie tylko fizyczny, ale i psychiczny. Po dekoracji udało mi się nawet zrobić pamiątkowe zdjęcie z olimpijczykiem i zwycięzcą tegorocznej edycji Orlen Warsaw Maraton Arturem Kozłowskim. Od samego początku śmieję się, że to był właśnie główny powód, by tutaj pobiec ;)

zwycięzca Orlen Warsaw Maraton 2016

Bieg organizacyjnie miał bardzo dużo niedociągnięć, jednak bardzo niska opłata startowa (30 zł), atest trasy, bogaty pakiet (koszulka, czapka, medal) i ciepły posiłek po biegu stawia 56. Biegi Ulicami Sieradza w nieco innym świetle. Sami organizatorzy obiecują za rok poprawę, więc jest nadzieja.

Czytaj dalej

Deszcz, wiatr, marznące dłonie i mój 3. PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Brrr... już na samą myśl o niedzielnym półmaratonie jest mi zimno. Tak bardzo na biegu nie przemarzłam chyba jeszcze nigdy, ale mimo wszystko 3. PZU Półmaraton Królewski będę miło wspominać, a wszystko dlatego, że ponownie mogłam przekroczyć linię mety z radością i nowym rekordem życiowym!


triada królewska cracovia halfmaraton medal

Prognozy pogody sprawdzałam już na tydzień przed połówką z nadzieją na sprzyjające warunki. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie i na niedzielę przypadła niestety najgorsza z możliwych opcji czyli deszcz, wiatr i odczuwalna bardzo niska temperatura.

Chyba nie do końca przemyślałam swój strój startowy, bo o ile koszulka na ramiączkach, krótkie spodenki i rękawki wydawały się w porządku to zupełnie zapomniałam, że dłonie marzną mi zawsze najszybciej. Nie wzięłam też pod uwagę zimnego wiatru i już na rozgrzewce żałowałam, że rękawiczki zostały w depozycie. W drodze na start przyszło mi nawet do głowy, by się po nie wrócić, ale ostatecznie tego nie zrobiłam. Miałam nadzieję, że w trakcie biegu szybko zrobi mi się ciepło, a wtedy będą mi tylko przeszkadzać. Oh jaka byłam głupia. Wcale nie było mi cieplej, a z kilometra na kilometr coraz bardziej traciłam czucie w dłoniach i przez całe 21,1 km marzyłam o rękawiczkach.

cracovia halfmaraton 2016
fot. Magdalena Bogdan

Poza tym, że było mi bardzo zimno to biegło mi się całkiem nieźle. Niestety nie mogłam liczyć na równe tempo, bo wąskie, uliczki, duża ilość biegaczy, zwężenia i zwalniające osoby na podbiegach zmuszały mnie do szarpania tempa. Tak naprawdę dopiero na Błoniach wszystko się rozciągnęło i było nieco luźniej.

Też będąc na Błoniach zdałam sobie sprawę z tego, że praktycznie nie mogę poruszać palcami u rąk. Były przemarznięte. Na Rynku było mi już tak zimno, że zaczęłam się nawet rozglądać czy ktoś nie wyrzucił swoich rękawiczek bym mogła z nich skorzystać. Niestety.

Wybiegając z Grockiej wpadam na pomysł, by naciągnąć rękawki na dłonie i chociaż na chwilę skryć dłonie przed wiatrem. Mimo, że całe były mokre przyniosły chwilową ulgę. Na Bulwarach niestety wiało najmocniej, a tam do przebiegnięcia były aż 4 kilometry. Wtedy już marzyłam o mecie. Nie ze zmęczenia, ale z zimna.

Cracovia Halfmaraton 2016
fot. Magdalena Bogdan

Biegłam starając się trzymać tempo w okolicach 5 min/km choć z każdym kilometrem było coraz trudniej. W momencie, gdy czułam, że biegnie mi się nieco lepiej musiałam zatrzymać się. Karetka na wąskiej ścieżce rowerowej za Galerią Kazimierz zablokowała przejście do tego stopnia, że straciłam kilkanaście sekund stojąc bezczynnie w miejscu. 

Jak już ruszyłam, ciężko mi było wrócić do poprzedniego rytmu. Na szczęście dogoniła mnie Olga i przez chwilę biegłyśmy razem. Gdy się oddaliła, spotkałam kibicująca Anetę, później Jacek na punkcie kibicowania naszego klubu dodał mi sił, a jak już za 20 kilometrem zza pleców wybiegł mi Paweł nie mogłam zostać w tyle. Mentalnie pociągnął mnie już do mety. 

Cracovia Halfmaraton 2016
fot. fotomaraton.pl

Ostatni kilometr znów biegłam poniżej 5 min/km. Cieszyłam się, że zaraz będzie po wszystkim i wreszcie będzie mi ciepło. Choć nie wszystko poszło tak jak chciałam i popełniłam błąd, który mógł mnie kosztować naprawdę wiele to i tak wynik z Półmaratonu Warszawskiego poprawiłam o nieco ponad 1,5 minuty zyskując tym samym nowy rekord życiowy.

Półmaraton Królewski jest dla mnie wyjątkowy. Rok temu przekroczyłam metę z niebywałą radością pokonując granicę, która wydawała mi się nie do przeskoczenia. Wtedy po raz pierwszy złamałam 2 godziny, a w ubiegła niedziele mogłam zrobić to o 10 minut szybciej. Po raz kolejny widzę jak dużo można osiągnąć na przestrzeni roku jeśli tylko bardzo się tego chce. I mimo tego, że nie jestem w 100% zadowolona ze swojego biegu, bo w pewnym momencie musiałam zwolnic, to wiem, że będę nad tym pracować, aż w końcu nadejdzie taki dzień, gdy wszystko pójdzie po mojej myśli.

Czytaj dalej

10. PZU Bieg Trzech Kopców miłą niespodzianką

Taki bieg tydzień maratonie? Taki, czyli jaki? No wiesz trzy Kopce, podbiegi, strome zbiegi, a przecież minął dopiero tydzień po Maratonie Warszawskim. To na pewno dobry pomysł? Wiem, wiem, ale ja nie walczę o wynik. Chcę tylko spokojnie dotrzeć do mety, przy okazji ukończyć drugi bieg do Królewskiej Triady i... (resztę już dokończyłam w myślach)*.


medal B3K 2016

Chyba większość moich znajomych wie, że nie przepadam za tym biegiem. Jest trudny, ma niestandardowy dystans, do tego sporo podbiegów i to wcale nie małych, a ja ich w sumie nie lubię. Bieg Trzech Kopców zawsze sprawiał mi dużo przykrości i chyba nigdy nie byłam w 100% z niego zadowolona.

Dwa lata temu właściwie jeszcze nie było najgorzej. Debiut, spotkanie w gronie znajomych i spokojny bieg od startu do mety pozwolił mi wyjść z jesiennego dołka, ale i tak czegoś mi w nim brakowało. Natomiast rok temu po B3K biegania po górkach miałam powyżej uszu i praktycznie obiecałam sobie, że za rok się tu nie pojawię.

I pewnie tak by było, gdyby nie tegoroczna Królewska Triada Biegowa w skład której wchodzą trzy krakowskie biegi (Cracovia Maraton, Bieg Trzech Kopców i Półmaraton Królewski), a za jej ukończenie można otrzymać wyjątkową statuetkę. Jako, że Cracovia Maraton miałam za sobą to oczywistym było, że pozostałych dwóch biegów nie mogłam sobie darować.

Królewska Triada Biegowa

Pogoda w dniu biegu była wspaniała. Pierwsza niedziela października była chyba jednym z ostatnich tak pięknych jesiennych dni. Słonecznie, bez wiatru, a z rana przyjemnie chłodno. Mimo, że trochę mi się nie chciało wstać z łózka to miałam przeczucie, że tym razem będzie fajnie.

Właściwie to nie wiedziałam ile czasu mi zajmie ukończenie 10. Biegu Trzech Kopców. Przeglądałam zapis trasy z ubiegłego roku, porównywałam obecną formę do zeszłorocznej i uśmiechałam się w duchu. Powinno być dobrze. Duża ilość podbiegów, część trasy po lesie i dopiero co ukończony maraton pozwoliły mi na luzie podejść do startu, a przy okazji mieć dobre wytłumaczenie, gdy coś pójdzie nie tak.

Nie miałam założeń poza trzymaniem tempa w okolicach 5 min/km do pierwszego długiego podbiegu, czyli okolic 5-6 kilometra na alei Waszyngtona. Na to, że później będzie już ciężko byłam przygotowana psychicznie, bo czy fizycznie dopiero mogłam przekonać się w trakcie.

runners
fot. festiwalbiegowy

Pierwsze kilometry spod kopca Kraka były z górki. Ludzie się rozpędzali, niektórzy mi uciekali, a jeszcze inni ostrożnie zbiegali. Wiele osób mnie pozdrawiało, gratulowało maratonu i pytało o samopoczucie. Uśmiechałam się, dziękowałam i mówiłam, że bardzo dobrze, bo dokładnie tak było. Zadbałam o odpowiednią regenerację po maratonie, nie śpieszyłam się z powrotem do treningów, a na pierwszy bieg wybrałam się dopiero w sobotę.

Biegłam swoje, nie patrząc na innych i spokojnie bez jakiegoś większego wysiłku dotarłam na Salwator. Bardzo cieszyłam się, że nie bolą mnie nogi, bo rok temu już od samego startu nie były po mojej stronie. Gdy wbiegłam pod Kopiec Kościuszki powoli zaczęłam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, a podwyższone tętno i słoneczna pogoda sprawiały, że coraz bardziej byłam spragniona. Na szczęście znałam tę trasę i dobrze wiedziałam, że za zakrętem będzie punkt odżywczy, a tam napiję się wody i przy okazji przetestuję pastylki Dextro Energy pozostawione przez organizatora. Przegryzłam je i zaskoczona poczułam przypływ mocy na pozostałą (trudniejszą) część trasy. Teraz czekała mnie przeplatanka zbiegów i podbiegów, później długaśny zbieg, prawie 3 kilometry pod górkę w Lasku Wolskim i dopiero upragniona meta pod Kopcem Piłsudskiego.


Wreszcie było naprawdę fajnie. Całą trasę biegło mi się TAK dobrze. Uśmiechałam się i nie spinałam zupełnie niczym. Nie miałam parcia na czas, choć wiedziałam, że i tak będzie dobry. Nogi bolały, ale to było inne zmęczenie, takie typowe, dające satysfakcję. Metę przekroczyłam w świetnym humorze, a gdy okazało się, że swój czas z zeszłego roku poprawiłam o prawie 12 minut byłam zdumiona.

Chcę więcej takich biegów. Chcę więcej takich miłych niespodzianek i jeszcze więcej radości z biegania.

*A w myślach powiedziałam, że chciałabym spróbować polubić ten bieg i... chyba się udało :)

Czytaj dalej

38. PZU Maraton Warszawski, czyli jak złamać wymarzone 4h

Aby marzenia się spełniły trzeba najpierw samemu o nie trochę zawalczyć, a myśl o przebiegnięciu maratonu poniżej 4 godzin towarzyszyła mi już od samego początku. Podczas Cracovia Maratonu z różnych względów się to nie udało, ale wyciągnęłam wnioski, nabrałam doświadczenia i wiedziałam, że Maraton Warszawski będzie zupełnie inny. To tutaj chciałam zrobić to, co na wiosnę się nie powiodło. Udowodnić sobie, że jestem w stanie, że wciąż, po dosyć długim okresie zwątpienia potrafię walczyć o swoje marzenia, a kalkulatory prognozujące czas na podstawie dotychczasowych wyników nie kłamią.


Warsaw Marathon 2016

Tydzień przed maratonem

Internet pękał w szwach od informacji dotyczących biegu, tego co robić, a czego nie i jak fajnie jest przebiec maraton. Czytałam to wszystko, ekscytowałam się, chodziłam spać przed północą, ładowałam węglowodany, ograniczyłam treningi, nie mogłam się doczekać niedzieli, a jednocześnie tak bardzo mi się nie chciało...

Dzień przed

Stres sięgał zenitu. Rano nie mogłam wstać z łóżka, a przez głowę przechodziły mi różne myśli typu 'odpuść, daj spokój'. To wszystko potęgował też fakt, że miałam dużo pracy i nawet w drodze do Warszawy kończyłam zlecony projekt. Wieczorem zastanawiałam się jeszcze czy nie zmienić planów, pobiec trochę wolniej, ale ostatecznie postawiłam na swoim, bo doskonale wiedziałam co mnie zadowoli i że później będę tylko żałować.

W dniu biegu

W niedzielę rano obudziłam się przed budzikiem i nie mogłam już usnąć. Później długo siedziałam na łóżku owinięta kołdrą i patrzyłam przed siebie nie myśląc chyba o niczym. Dobrze, że wszystko przygotowałam sobie dzień wcześniej, więc tylko wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, zjadłam lekkie śniadanie, wypiłam kawę, spakowałam swoje rzeczy i... wiedziałam już że zrobiłam wszystko, by się udało.


Tuż przed startem

Całą drogę na start właściwie przemilczałam. Myślami byłam gdzieś baaardzo daleko. Chciałam się wyciszyć i skupić już tylko na biegu. Szliśmy powoli, dookoła mnóstwo biegaczy, było chłodno, a ja rozglądałam się, obserwowałam i wczuwałam w atmosferę. Coraz bardziej nie mogłam doczekać się, aż zdejmę ciepłą bluzę i zacznę rozgrzewkę pozbywając się resztek strachu. Temperatura tego dnia była idealna, nogi niezwykle lekkie i z minuty na minutę jeszcze bardziej cieszyłam się, że tu jestem.

Swój bieg powierzyłam pacemakerom. Postanowiłam, że będę się ich trzymać od startu do mety tak, jakbym była przywiązana do nich niewidzialną linką. Zaufałam im i dzięki temu jeszcze bardziej uwierzyłam, że mogę TO zrobić. Byłam przekonana, że z nimi będzie mi łatwiej, a co więcej, nie miałam wątpliwości, że jestem do tego biegu dobrze przygotowana.

Gdy tylko ustawiłam się w tłumie rozbrzmiał "Sen o Warszawie". Uwielbiam ten moment i podobnie jak na Półmaratonie Warszawskim ponownie miałam dreszcze na całym ciele. Tym razem zamknęłam na chwilę oczy, szybko zwizualizowałam sobie trasę i zaczęłam cichutko śpiewać.

Później usłyszałam wystrzał starteru i powoli truchcikiem zmierzałam ku linii startu. Zanim jednak to zrobiłam, usłyszałam Kasię z Klubu Biegaczy Spartakus, która rzuciła mi kilka motywujących słów (bardzo dziękuję Ci jeszcze raz za to!) i wtedy już wiedziałam, że się uda. Wtedy... już się nie bałam.

fot. Fotopussle Team

Jak po sznurku do 40 kilometra
Nie mogę inaczej tego określić. Po prostu biegłam jak po sznureczku mając w zasięgu wzroku cały czas pacemakerów na 4:00. Oczywiście co jakiś czas zerkałam na zegarek, ale nie przejmowałam się jakoś specjalnie tym, czy biegniemy wolniej, czy szybciej. Oni byli bardziej doświadczeni niż ja, więc po prostu im zaufałam. Wiedziałam, że nic nie stracę, a mogę bardzo dużo zyskać. W grupie jest dużo łatwiej i tym razem zdecydowanie było. Ten bieg był naprawdę prosty. Wiele czynności wykonywałam automatycznie. Cały maraton podzieliłam na odcinki 10 kilometrowe, a te jeszcze na 4 części. Każda część kończyła się punktem z wodą. Za każdym razem łapałam 2 kubeczki, piłam łyczek lub dwa, a resztę wylewałam na klatkę piersiową. Przed każdą pełną dziesiątką brałam żel i sunęłam do przodu nie zatrzymując się. Na zbiegach opuszczałam ręce, dając im na chwilę odpocząć, a na podbiegach delikatnie zwalniałam, patrzyłam pod nogi i zaciskając pieści biegłam przed siebie. Bez większych problemów dotarłam do 40 kilometra, wzięłam kubeczek z wodą, wypiłam, minęłam matę mierzącą czas i jak na wciśnięcie magicznego guzika ZAMUROWAŁO MNIE.

fot. Fotopussle Team

2 kilometry motywacji i 195 metrów walki o marzenia
Zatrzymałam się. Zaczęłam wątpić. W głowie miałam milion przeróżnych myśli. Wiedziałam, że nie mogę się poddać, nie teraz, gdy jestem już tak blisko, ale... nie potrafiłam ruszyć. Wzięłam zapasowy żel licząc na dodatkowy zastrzyk energii, ale to wszystko było na nic. Powoli pojawiały się łzy w oczach, bo tak bardzo chciałam, a nie potrafiłam się zmotywować.

Podjechał do mnie wolontariusz na rowerze. Zaczął krzyczeć, że meta już tak blisko, że nie mogę się teraz poddać. Nie działało. Nie docierało do mnie, ani jedno jego słowo, aż nie powiedział:

 "Biegnij, bo sobie później tego nie darujesz!"

Trafił w sedno. Miał rację, nie potrafiłabym sobie tego wybaczyć. W zasięgu wzroku cały czas miałam pacemakera na 4:00. Specjalnie zwolnił, motywował wszystkich, którzy mieli jeszcze szanse złamać 4 godziny. Miałam zapas i cały czas szanse na spełnienie swojego marzenia. Ruszyłam, rowerzysta podał mi jeszcze wodę, wzięłam łyka i biegłam ile sił. Nie było łatwo. To były najtrudniejsze 2 kilometry. Gdyby nie kibice, gdyby nie Pani fotograf  i gdyby nie wolontariusz, który cały czas jechał za mną na rowerze zabrakło by mi motywacji i woli walki.

fot. Fotopussle Team

Mało tego, na 200 metrów przed metą złapały mnie takie skurcze w łydkach, że nie mogłam już biec. Ponownie się zatrzymałam. Już prawie płakałam, bo meta była w zasięgu wzroku. Tak bardzo chciałam, a już nie mogłam. Podbiegł do mnie pacemaker, krzyczał głośno, że dam radę, że nie mogę się poddać, że jeszcze zdążę. Wiedziałam, że ma rację, dlatego zacisnęłam zęby, spojrzałam jeszcze dla pewności na zegarek, bo sekundy uciekały nieubłaganie i ostatkiem sił pobiegłam. Pędziłam ile tylko sił w nogach, aby zdążyć. By przekroczyć metę poniżej 4 godzin.


Niedowierzanie, radość i łzy w oczach
Zrobiłam to! Metę Maratonu Warszawskiego przekroczyłam z czasem 3:59:38, będąc 240 kobietą i 61 w swojej kategorii wiekowej. Zatrzymując zegarek jeszcze nie do końca potrafiłam uwierzyć w to co zrobiłam.

Wielokrotnie przecierałam oczy, a te momentalnie zalewały się łzami. Ciężko opisać słowami co czułam, ale jedno jest pewne - to był wspaniały dzień i zdecydowanie mój!


Na koniec jeszcze chciałam bardzo podziękować Mateuszowi, za ułożony plan, za wprowadzanie zmian, za konsultacje, wiarę i motywację.  Bez Ciebie nie byłoby tak łatwo - BARDZO DZIĘKUJĘ! :)

Czytaj dalej

Zatrzymać się, by ruszyć dalej

Minął już ponad miesiąc od poprzedniego wpisu, a ostatnie podsumowanie pojawiło się tutaj na początku lipca. Okres wakacyjny, wyjazdy, piękna słoneczna pogoda i trochę większa ilość treningów nie za bardzo sprzyjała pisaniu, a ja też jakoś szczególnie się o to nie starałam...


girl in hat

LIPIEC - SIERPIEŃ - WRZESIEŃ


W lipcu i sierpniu kalendarz treningowy po prostu pękał w szwach. Biegałam nawet 6 razy w tygodniu, czasem zdarzało się, że i dwa razy dziennie. Miesięczny kilometraż przekraczał 250 kilometrów, a mi wciąż było mało. Nie zmuszałam się do treningów. Realizowałam plan i wszystko wychodziło samo. Wstawałam o świcie, by uniknąć upałów, albo tak organizowałam swój dzień, aby późnym wieczorem był też czas na trening.


W ciągu tych trzech miesięcy miałam okazję biegać w przeróżnych miejscach. Przemierzałam warszawskie uliczki...


 ...i odkrywałam tajemniczy lasek Bielański.


Rozkoszowałam się nadmorskim widokiem, poranną bryzą i falującym morzem...


...odwiedziłam moje ukochane bełchatowskie ścieżki i miejsca...


 ...a w pozostałe dni przypominałam sobie jak kocham krakowskie Błonia.
 

Niczego mi nie brakowało. Z uporem dzieciaka określałam kolejne dni w kalendarzu, a zbliżający się z tygodnia na tydzień maraton sprawiał, że wciąż chciałam więcej, szybciej i lepiej.

Później coś we mnie pękło. Oczekiwanych rezultatów nie było, a ja coraz częściej nie widziałam sensu w tym co robię. Przynajmniej raz w tygodniu przerywałam trening, załamywałam ręce, a po policzkach spływały mi łzy. Traciłam wiarę w siebie. Miałam wrażenie, że wszystko co udało mi się wcześniej wypracować po prostu zniknęło. Nie potrafiłam uwierzyć, że te wszystkie sukcesy na wiosnę to prawda. Brakowało mi tej pewności siebie co kiedyś i uporu w dążeniu do celu. Nie potrafiłam do tego wrócić. Zapomniałam o co w tym wszystkim chodzi. Zwyczajnie zagubiłam się.


Aż wreszcie w ubiegłą sobotę coś się zmieniło. 

Będąc częścią damskiej drużyny ITMBW na Biegu Charytatywnym miałam szansę uwierzyć, że wspólnymi siłami możemy coś osiągnąć i pomóc potrzebującym. To był ten dzień, gdy wróciła zagubiona motywacja, chęci i wiara. Mimo rosnącego zmęczenia z okrążenia na okrążenie nawet na chwilę nie pomyślałam, by odpuścić. Robiłam co mogłam i się udało. Byłyśmy najlepszą krakowską damską sztafetą. Wspólnymi siłami wybiegałyśmy 43 okrążenia, które później zostały przeliczone na posiłki dla ubogich dzieci. W drużynie siłą, a razem można naprawdę dużo, dużo więcej.


Może faktycznie, czasem dobrze jest się zatrzymać/przeczekać, a nawet zrobić krok w tył, aby móc później silniejszym ruszyć dalej. 

Czytaj dalej