Sens biegania

W bieganiu brniemy coraz dalej. Sport staje się coraz bardziej popularny, a spotkanie biegacza, gdy wychodzę na spacer jest już rzeczą normalną. Zjawisko stało się na tyle popularne, że część sytuacji zaczyna mnie po prostu irytować. 



Cofnijmy się do podstawówki czy gimnazjum. Nie uwierzę, że nikt z Was nie cieszył się, gdy skoczył w dal dalej niż poprzednim razem, wyprzedził kolegę/koleżankę w biegu na 60 m czy wraz ze swoją drużyną wygrał mecz. Do czego zmierzam?

Zauważyłam ostatnio jedną bardzo niepokojącą rzecz. Właściwie za każdym razem, gdy ktoś napisze/powie, ze mu nie poszło, ze brakło kilku sekund do podium, czy ze coś mu nie pasuje, pojawiają się komentarze typu 'A gdzie ta radość?'. Nawiązuje tutaj głównie do biegania, bo ono najbardziej mnie dotyczy.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, ze rywalizacja i chęć poprawy własnych wyników to coś złego. Sport to przecież również rywalizacja. Jeżeli komuś zależy na wynikach, poprawie własnej sprawności to niech tak będzie. Wszyscy tylko o tej radości mówią, jakby każdy bieg musiał się kończyć bananem na ustach.

A co jeśli tak nie jest? Jeśli po treningu wracam zmęczona i niezadowolona, to mam go przekreślić? Skoro bardziej niż samo bieganie cieszy mnie to, że zrobiłam 5 km po 5:30, a nie tak jak całkiem niedawno grubo przekraczając 6 min/km. Czy to nienormalne? Nie. To naturalne. Na poprawę wyników pracuje się miesiącami. Na zrzucenie kilku kilogramów również. Właśnie. To chyba tez jeden z najczęstszych powodów, dla których ludzie zaczynają biegać. I teraz pytanie, co cieszy bardziej taka osobę? To że biega, czy to, że jest jej z czasem mniej?

Zabawna jest jeszcze jedna sytuacja. Większość osób, które celebruje bieganie dla radości, przy najbliższym udanym biegu, czy pobiciu własnego rekordu cieszy się jak nigdy. Co więcej, wiele takich osób korzysta też z planów treningowych.

Oczywiście nie widzę nic w tym złego, bo to naprawdę normalne, że ludzie chcą poprawiać swoje wyniki i chcą być lepsi w tym co robią. Tylko proszę szanujmy się. Jeżeli komuś zależy na wynikach to będzie na nie pracował i nie każdy bieg musi go cieszyć. To naprawdę nic złego. Dla mnie radość na mecie, euforia z nowego fajnego wyniku jest warta wszystkich przekleństw, kropli krwi i potu na treningach.

Udostępnij ten post

18 komentarzy :

  1. Jedni wychodzą pobiegać bez zegarka, telefonu bez znajomości kilometrażu trasy, inni mają wszystko dokładnie zaplanowane i ok, wszędzie powinien być umiar. Powinni być i Ci, którzy biegają dla biegania i Ci którym zależy na wynikach ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście. Tylko niech się wszyscy wzajemnie szanują :)

      Usuń
  2. zabawne, bo ja odnoszę odwrotne wrażenie. że bieganie dla samej radości, zawody w celach towarzyskich i podniecanie się koszulką czy medalem jest czymś złym ;) pewnie prawda leży po środku. każda postawa ma swoich przeciwników i zwolenników. a że przeciwnicy zazwyczaj głośniej krzyczą stąd obydwie mamy wrażenie, że to co robimy jest w jakiś sposób niewłaściwie, chociaż mamy całkiem odmienne podejście więc na logikę któraś z nas powinna spotkać się z powszechną akceptacją. a tutaj wychodzi na to, że tak źle i tak niedobrze ;) zawsze ktoś się do czegoś przyczepi.

    ja biegam głównie dla przyjemności (chociaż ostatnio to nie wiem czy nie bardziej, żeby rozładować emocje ;)) i dla zdrowia. nie trenuję jakoś specjalnie pod kątem poprawy wyników, ale życiówki mnie cieszą. ostatnio na parkrunie wręcz byłam zdumiona. bo ani jakoś specjalnie się nie nastawiłam, ani nie przyłożyłam, ani nawet nie zmęczyłam. a o porządnych treningach też w ostatnim czasie nie było mowy. a tutaj taka niespodzianka. chociaż jednak trochę będę się bronić stwierdzeniem, że nic nie dzieje się bez przyczyny i życiówka na pewno nie spada sobie ot tak z nieba i zawsze to jest wynik pracy (nawet jeżeli sama sobie tej pracy nie uświadamiam).

    kiedyś byłam bardzo smutną osobą, straszną pesymistką i w ogóle szkoda gadać ;) teraz staram się żeby w mojej głowie przeważały pozytywne emocje. dlatego cieszę się z życiówek. a jak nie ma życiówek też się cieszę z biegu. nawet jak jestem trzecia od końca też się śmieję i żartuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do medali i koszulek - z koszulek się cieszę, bo je używam, a medale to już trochę inna bajka. Dla mnie to jak wyglądają nie ma aż takiego znaczenia. Może dlatego, że nie przywiązuję do nich zbytnio uwagi, a im mniej mam zbędnych rzeczy tym lepiej.

      Tak jak piszesz, prawda pewnie leży gdzieś po środku. Możliwe, że ja bardziej zwracam uwagę na drugą stronę, bo znajduję się po przeciwnej i u Ciebie na odwrót.

      Postem chciałam nawiązać do ogólnego szanowania się wzajemnie, a nie krytykowania tego, czy ktoś biega dla radości, czy dla wyników. Każdy niech robi to, na co ma ochotę Jeśli się cieszy to okej, ale jeśli jest niezadowolony, bo mu nie poszło to też to zaakceptujmy :)

      Usuń
  3. Co racja to racja, ostatnio wiele całkiem normalnych rzeczy jest uznawane za nienormalne :P a wszyscy wprost tryskają radością i przyjemnością tego co robią, zupełnie tak jakby nie można już było mieć gorszego humoru z tego czy innego powodu, wszystko ma sprawiać, że skaczesz z radości ;d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się, czy to czasem nie na pokaz :)

      Usuń
  4. Każdy powinien ćwiczyć, by być wolnym.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, bo podejście do biegania zmienne jest. Jak kobieta! :D
    Na początku każdy biega dla zabawy, każdy zaciesza z pierwszych kilometrów, poprawy formy, pierwszego biegu ulicznego itd. Nie znam biegacza amatora, który poszedł potruchtać pierwszy raz mając już rozpisany plan treningowy na cały sezon i estymując w trakcie biegu swoje przyszłe życiówki.

    Skąd wytykanie braku radości z biegania? Pewnie stąd, że wielu amatorów z ambicjami na początku swojej drogi mocno przekonywało swoje otoczenie, że to całe bieganie to tak dla przyjemności, że nawet jeśli coś poszło krzywo, nie ma co płakać, warto widzieć te dobre strony biegu (wrzucę tu jakiś przykład: przygotowuję się do biegu na 5 km, moim celem jest pobiec w okolicach 25 min, przykładam się do treningów. Na trzecim kilometrze łapie mnie skurcz przepony, z trudem kończę bieg, w czasie gorszym, niż zakładałam. Mogę smęcić na endo, jak to uraz sprzed x tygodni odbija mi się czkawką przepony, mogę też podnosić się na duchu, że nie było tak źle, zawsze mogłam się udusić na trasie ;p). I jeśli otoczenie przyzwyczajone jest do tego, że ktoś zawsze odnajdywał radość w każdym swoim biegu, a teraz nagle złość na siebie i niedosyt, bo po tylu tygodniach przygotowań brakło kilku sekund, to nie dziwi mnie wcale pytanie: A gdzie ta radość? Ta, do której nas przekonywałeś?

    Oczywiście, nie twierdzę, że dążenie do poprawy własnych wyników jest złe, wszak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Amatorzy chcą być coraz bardziej pro, cisną się coraz bardziej, ja mam więcej pacjentów (;p). Dopóki, tak jak piszesz, każdy zajmuje się swoim poletkiem, wszystko jest w porządku.

    Nie rozumiem śmieszności tej drugiej sytuacji - wyżej piszesz, że nawet bieganie dla zabawy siłą rzeczy doprowadza do poprawy wydolności, a co za tym idzie, poprawy wyników, nowych życiówek. Dlaczego taka osoba miałaby się nie cieszyć pucharkiem na endo? I dlaczego mają nie korzystać z planów treningowych? To jest równoznaczne z porzuceniem zabawy i poważnym, okraszonym potem i przekleństwami klepaniem rozpisanych przez kogoś kilometrów? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejście się zmienia z czasem, to prawda. Sama na początku biegałam ot tak dla przyjemności, jednak zawsze gdzieś tam w głębi chciałam poprawić swoje wyniki, aż wreszcie postanowiłam się o to bardziej postarać.

      Co do wytykania braku radości przez innych to masz w sumie rację. Przyzwyczajone otoczenie może reagować dziwnie, choć też ostatnio mam wrażenie (może i mylne), że coraz częściej radość jest usprawiedliwieniem tego, że coś nie wyszło.

      Może źle to ujęłam, ale miałam na myśli krytykowanie osób, które trenują po to, by osiągnąć jakiś wynik, po czym same robiąc życiówki skaczą do sufitu. A plany treningowe służą poprawie sprawności fizycznej prawda? Skoro osoba biega głównie dla radości, nie liczy się czas, to trochę dziwne jest później chwalenie się na lewo i prawo nowym lepszym wynikiem :)

      Usuń
    2. Jeśli radosne hasanie ma być przykrywką dla niepowodzeń, to mówimy wtedy o hipokrytach (szczególnie, jeśli przy następnej okazji ich sukces był wynikiem wielomiesięcznej orki). Odnosiłam się raczej do osób naprawdę skupionych na pozytywach płynących z biegania, ich plan treningowy nie będzie nosił nazwy "Półmaraton poniżej 2h", może będzie tylko rozpiską "co, gdzie, kiedy, z kim" - to też jakiś plan.

      Usuń
    3. Owszem to tez plan, ale większość planów treningowych skupia się na osiągnięciu danego wyniku :)

      Usuń
  6. Jejku, jak ja bym chciała wziąć udział w zawodach i po prostu otrzymać jakiś pakiet startowy. Sam numerek startowy by mnie ucieszył. No i oczywiście ten pierwszy start. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, nic nie stoi na przeszkodzie :) Wybierz jakiś start, zapisz się i pobiegniesz ;)

      Usuń
  7. Zgadzam się z Tobą w stu procentach!

    OdpowiedzUsuń
  8. No właśnie tak to jest, że z czasem niektórzy zaczynają błędnie myśleć, że ambicje stoją w sprzeczności z radością z biegania. A tu puffff, okazuje się, że można mieć i jedno, i drugie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że my o tym wiemy i coraz więcej osób również :D

      Usuń
  9. Bieganie uwalnia człowieku od życia codziennego, pozwala pokonać "potworka" który siedzi w środku głowy i każe przestać :)

    Świetny artykuł! :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)