Podsumowanie miesiąca. Plany na październik 2015

Wrzesień był potwierdzeniem tego, że warto pracować, bo wyniki zawsze przychodzą z czasem. No i przyszły. Ostatni miesiąc utwierdził mnie skutecznie w przekonaniu, że systematyczną pracą mogę wiele osiągnąć.


Wrzesień w skrócie:
- jeden bieg parkrun
- wybiegałam 175 km
- był też basen, rolki i rower
- w sumie uzbierało się ponad 28 aktywnych godzin


W pierwszą sobotę września na biegu parkrun uzyskałam czas tylko o 2 sekundy gorszy od rekordu życiowego na 5 km i co najlepsze, był to jeden z przyjemniejszych biegów. Tydzień później, na Biegu Tesco przeżyłam spore rozczarowanie. Nie byłam wtedy zadowolona z wyniku, ale szybko się podniosłam i już w kolejna sobotę zasuwałam z dziewczynami w sztafecie. Następnego dnia na luzie wybiegałam rekord życiowy w półmaratonie, który w zamyśle był treningiem.

Endomondo za moje bieganie pochwaliło mnie w tym miesiącu dwa razy. To wszystko bardzo cieszy i napędza, zwłaszcza, że nie dawałam z siebie 100%.

Gdy nie biegałam to dużo czasu poświęcałam na jogę i rolki. Joga ratuje mój kręgosłup i rozluźnia spięte mięśnie, a na rolkach jeżdżę głównie slalom. W moim planie pojawiły się również treningi na siłę biegowa, a także w końcu wybrałam się na basen.


Plany na październik:

Październik to miesiąc na który czekam już od dawna. Wiele planów nie mam, bo to właśnie w tym miesiącu skończy się mój plan treningowy, którego wisienką na torcie będzie Cracovia Półmaraton. Pobiegnę też w Biegu Trzech Kopców w najbliższa niedzielę, ale traktuję ten bieg bardzo rekreacyjnie.

Co będzie dalej? Przede wszystkim odpoczynek, a później kolejne cele, plany, marzenia..


Czytaj dalej

Półmaraton Wielicki, czyli gdy wszystko idzie po Twojej myśli

Łatwo się pisze o biegach w których dużo się działo. Takich w których radość na trasie miesza się z bólem i smutkiem. Emocji jest mnóstwo, więc można opowiedzieć o walce ze sobą, odliczaniu kilometrów do końca i wreszcie pokazać, że było warto znieść to wszystko dla tego uczucia na mecie. Sprawa się komplikuje, gdy bieg okazuje się tym idealnym. Całość przebiega dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Kryzysów nie ma, a Ty robisz tylko to, co do Ciebie należy.



I taki był właśnie mój Półmaraton w Wieliczce. Na trasie nie działo się kompletnie nic, co sprawiłoby, że zaczęłabym wątpić w siebie. Nawet podbiegi i ogromna ulewa od około 12 kilometra nic nie zmieniła. Od startu do mety biegłam jak po sznureczku. 

Wystartowałam z założeniem zrobienia dobrego treningu, tak by średnia na mecie wynosiła 6 min/km. To miał być bieg, który pokaże ile już osiągnęłam, a także doda pewności siebie przed Półmaratonem Królewskim w październiku. Na tym biegu niczym nie ryzykowałam, więc uznałam, że będzie to świetna okazja by sprawdzić jak mój organizm reaguje na żel, a także przekonać się czy różowe buty sprawdzą się na dłuższym dystansie.

Taktyka na Półmaraton Wielicki była bardzo prosta. Jako, że trasa miała urozmaicony profil, to na pierwszych kilometrach pod górkę i na płaskim miałam trzymać 6:00, z górki nie schodzić poniżej 5:30, by się nie przypalić, a nadrobione sekundy zostawić na podbiegi przy końcu trasy. Po 10 kilometrze zjeść żel, a po 16-17 nie dać się kryzysowi. Tyle.

fot. A. Rogalińska

Przyznam szczerze, że półmaratonu po prostu nie mogłam się doczekać. Odliczałam dni do niedzieli, a im bliżej godziny zero, tym bardziej skakałam z radości. Czułam, że pójdzie mi dobrze, choć trochę obawiałam się końcówki biegu i tego, że sobotni PKO Bieg Charytatywny da o sobie znać na podbiegach. Mimo to, cały czas wierzyłam we własne możliwości, a stojąc na starcie po prostu wiedziałam, że sobie poradzę.

fot. Fabryka Pana Grafika

Jak już wspomniałam, bieg przebiegał dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam. Biegłam przed siebie, „odhaczając” kolejne punkty na trasie. Uśmiechałam się do kibiców, przybijałam piątki, współczułam zmarzniętym wolontariuszom, uczyłam się pić wodę w biegu (wychodzi mi to już coraz lepiej), wyprzedzałam pojedyncze osoby, trochę żałowałam, że nie założyłam czapki z daszkiem, w międzyczasie wyciskałam koszulkę i spodenki z deszczu, poprawiałam pasek od pulsometru, wsłuchiwałam się w coraz bardziej chlupiące buty i czekałam na chwile słabości, których ostatecznie nie było.

Wynik na mecie nie był dla mnie zaskoczeniem. Pobiegłam zgodnie z planem i już z samego założenia było pewne, że poprawię swój rekord życiowy. Cieszyłam się, to oczywiste. Pamiętam wiosenny Półmaraton Marzanny, kiedy ostatkiem sił dotarłam na metę, a w ubiegłą niedzielę po prostu żałowałam, że 21 km 97,5 metra to 21 km 97,5 metra.


Postępy cieszą i zachęcają do dalszej pracy. Polubiłam ten dystans, a nowy rekord życiowy jest dla mnie tylko motywacją, by na Półmaratonie Królewskim dać z siebie 100%. Półmaraton Wielicki to tylko przedsmak. Teraz doskonale wiem, że stać mnie na więcej.

Czytaj dalej

PKO Bieg Charytatywny - liczymy okrążenia

Biegi charytatywne są wyjątkowe, bo biegamy nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Zwykle z dużą ochotą biorę w nich udział, bo bardzo lubię pomagać, a PKO Bieg Charytatywny był niesamowity i to pod wieloma względami.

 


Podobnie jak Bieg Wilczym Tropem była to akcja ogólnopolska. W wyznaczonych miastach, w całej Polsce biegaliśmy o tej samej porze i w tym samym celu. 60 pięcioosobowych zespołów w każdej miejscowości miało za zadanie przebiec w ciągu godziny jak najwięcej okrążeń na stadionie. Cel był szczytny - jedno okrążenie to jeden obiad dla dziecka.

Kiedy Agnieszka z bloga Twoje Zwycięstwo napisała do mnie, że organizuje kobiecy zespół na ten bieg od razu się zgodziłam i to z kilku względów - wreszcie będziemy mogły się poznać, spędzimy czas robiąc to co lubimy, a przy okazji pomożemy niedożywionym dzieciakom.

Tak naprawdę w sztafecie biegłam po raz pierwszy (pomijając zabawy na wf-ie), więc stres typu 'czy uda mi się podać pałeczkę', 'a co jak mi wyleci' też się pojawił. Taktykę miałyśmy prostą. Zmieniamy się co okrążenie w określonej kolejności i lecimy do przodu. Pierwsze okrążenia biegłam na czuja. Pewnie zbyt szybko jak na siebie, ale dopiero później zaczęłam sprawdzać czas na zegarku.


Z każdym kółkiem zmęczenie było coraz większe, ale atmosfera mimo to niesamowita. Sztafety mają to do siebie, że pomimo zmęczenia chcesz dać z siebie jak najwięcej, by nie zawieść reszty zespołu. I właśnie w ten sposób z moimi wspaniałymi dziewczynami wybiegałyśmy ponad 15 kilometrów w godzinę, co dało 50 okrążeń, czyli 50 obiadów dla dzieci.

Bawiłyśmy się świetnie i walczyłyśmy do samego końca. Miałyśmy fantastyczną drużynę, a na sam koniec czekała na nas jeszcze jedna miła (choć dla mnie nieco stresująca) niespodzianka. Jako zespół kobiecy wybiegałyśmy najwięcej okrążeń, za co zostałyśmy wyróżnione.


Ten bieg zapamiętam na długo. Agnieszka, Ania, Małga, Klaudia - byłyście świetne, dziękuję! 

fot. A. Łapczuk-Krygier, Richie 

Czytaj dalej

4. Bieg Tesco i mały niedosyt

Na ostatnie dwa miesiące postanowiłam odpuścić zupełnie starty, by skupić się głównie na treningach do półmaratonu. Tak brakowało mi tych emocji, że już pod koniec wakacji przebierałam nóżkami i zaczęłam rozglądać się za jakimiś biegami w okolicy. W ubiegłą sobotę trochę przeorganizowałam swoje obowiązki i udało mi się wystartować w 4. Biegu Charytatywnym Fundacji Tesco Dzieciom.



Jak już 2 tygodnie temu pisałam w podsumowaniu sierpnia, bardzo chciałam sprawdzić na jakim poziomie jest moja obecna forma i właśnie start na dystansie 10 km miał mi to wyjaśnić. Niestety nie do końca się to udało. Dlaczego? Na początku wszystko szło po mojej myśli, ale niestety do czasu.

Start był zaplanowany na godzinę 11:00, więc zdążyłam się wyspać i bez pośpiechu dotrzeć na miejsce. Czasem przed treningiem bagatelizuję rozgrzewkę, ale przed takimi biegami zawsze się do niej przykładam poświęcając przynajmniej 10-15 minut na trucht, wymachy, skipy i przebieżki. Tym razem zrobiłam podobnie, co pozwoliło mi bez problemu po wystrzale startera wbić się w odpowiedni rytm i tempo.

Niestety, albo to ja ustawiłam się w nieodpowiednim miejscu, albo inni ludzie, bo właściwie aż do 5 kilometra co chwilę kogoś mijałam. Wyprzedzałam to raz z lewej, to raz z prawej, a zdarzało się nawet i robić krok w tył by kogoś ominąć. Szkoda, że tak niewiele osób pamięta o tym, aby zostawić LEWĄ WOLNĄ. 

Do 5 kilometra było świetnie. Uśmiechałam się, bo biegło mi się lekko i dobrze. Miałam w planie zrobić trening WB2 i jak najbardziej zbliżyć się do 55 minut na dyszkę, ale przy tym całym planowaniu chyba zapomniałam o jednej bardzo istotnej rzeczy – w połowie trasy jest spory podbieg. Górki w moim planie treningowym właściwie nie istnieją. Siła biegowa sama się nie zrobi, ale ja jak to ja, aby to zrozumieć musiałam się na własnej skórze o tym przekonać.

profil trasy i tempo

Zaciskałam zęby, patrzyłam tuż pod nogi, zastanawiałam się dlaczego właściwie nie robię tych podbiegów i marzyłam o tym, by wreszcie zaczął się zbieg. Wbiegając pod górkę straciłam naprawdę sporo, dlatego później zaryzykowałam i ile sił w nogach pobiegłam w dół, by jak najwięcej odzyskać. Teraz myślę, że to mnie ostatecznie dobiło.

Na ostatnich 3 kilometrach myślałam już tylko o mecie. Nogi miałam jak z waty, a wszystko potęgowały odparzone stopy. Zauważyłam, że od kiedy staram się biegać ze śródstopia ten problem często mnie spotyka przy większych prędkościach. Na parkrunowych piątkach mniej więcej na czwartym kilometrze czuję piekło pod stopami, a tutaj po 7 km miałam wrażenie, że biegnę po rozżarzonym węglu.

fot. datasport

Przecież się nie zatrzymam, powtarzałam. Więc tak naprawdę pozostało mi tylko zacisnąć pięści i lecieć do przodu. Starałam się przyśpieszyć ile mogłam, ale nie bardzo byłam w stanie. Ósmy kilometr ciągnął się w nieskończoność do tego stopnia, że chciałam zamknąć oczy i otworzyć je jak zegarek oznajmi 9 km.

Na ostatniej prostej nawet nie wiem czy kogoś mijałam. Nie wiem czy ktoś mnie wyprzedzał. Nie wiem, kto co do mnie krzyczał. Przed oczami miałam tylko metę. Przekroczyłam linię, zatrzymałam się i złapałam barierki. Trochę mi zajęło nim doszłam do siebie.

Normalnie z wyniku 55m:40s byłabym zadowolona, ale mając w pamięci pierwsze 5 kilometrów i późniejszą górkę, która wyssała wszystkie moje zapasy energii pozostał niedosyt. Stąd mój późniejszy smutek. Doskonale wiem, że stać mnie na więcej. Mierzę wysoko, dlatego wyciągam wnioski i przy najbliższej okazji się jeszcze odegram.


Z perspektywy biegacza Bieg Tesco oceniam bardzo pozytywnie. Organizatorom nie mam nic do zarzucenia, choć trasa przez Kładkę na samym początku to według mnie bardzo nietrafiony pomysł (korek i brak możliwości wymijania). Dodatkowo ogromną atrakcją, której zupełnie się nie spodziewałam był poczęstunek po biegu – owoce, lody, woda, picie, kiełbaski z grilla i wiele innych smakołyków, a wszystko ot tak, za darmo. Świetnie, ale zastanawia mnie jedna rzecz. Skoro był to Bieg Charytatywny i dochód z niego miał być przekazany na Szpital w Prokocimiu, to czy nie lepiej by było zamiast takiej ilości produktów spożywczych rozdawanych na lewo i prawo (właściwie bez ograniczeń) przekazać dzieciom poświęcone na to środki? Wydaje mi się to logiczne i chyba nie do końca potrafię to wszystko zrozumieć.
Czytaj dalej

Sens biegania

W bieganiu brniemy coraz dalej. Sport staje się coraz bardziej popularny, a spotkanie biegacza, gdy wychodzę na spacer jest już rzeczą normalną. Zjawisko stało się na tyle popularne, że część sytuacji zaczyna mnie po prostu irytować. 



Cofnijmy się do podstawówki czy gimnazjum. Nie uwierzę, że nikt z Was nie cieszył się, gdy skoczył w dal dalej niż poprzednim razem, wyprzedził kolegę/koleżankę w biegu na 60 m czy wraz ze swoją drużyną wygrał mecz. Do czego zmierzam?

Zauważyłam ostatnio jedną bardzo niepokojącą rzecz. Właściwie za każdym razem, gdy ktoś napisze/powie, ze mu nie poszło, ze brakło kilku sekund do podium, czy ze coś mu nie pasuje, pojawiają się komentarze typu 'A gdzie ta radość?'. Nawiązuje tutaj głównie do biegania, bo ono najbardziej mnie dotyczy.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, ze rywalizacja i chęć poprawy własnych wyników to coś złego. Sport to przecież również rywalizacja. Jeżeli komuś zależy na wynikach, poprawie własnej sprawności to niech tak będzie. Wszyscy tylko o tej radości mówią, jakby każdy bieg musiał się kończyć bananem na ustach.

A co jeśli tak nie jest? Jeśli po treningu wracam zmęczona i niezadowolona, to mam go przekreślić? Skoro bardziej niż samo bieganie cieszy mnie to, że zrobiłam 5 km po 5:30, a nie tak jak całkiem niedawno grubo przekraczając 6 min/km. Czy to nienormalne? Nie. To naturalne. Na poprawę wyników pracuje się miesiącami. Na zrzucenie kilku kilogramów również. Właśnie. To chyba tez jeden z najczęstszych powodów, dla których ludzie zaczynają biegać. I teraz pytanie, co cieszy bardziej taka osobę? To że biega, czy to, że jest jej z czasem mniej?

Zabawna jest jeszcze jedna sytuacja. Większość osób, które celebruje bieganie dla radości, przy najbliższym udanym biegu, czy pobiciu własnego rekordu cieszy się jak nigdy. Co więcej, wiele takich osób korzysta też z planów treningowych.

Oczywiście nie widzę nic w tym złego, bo to naprawdę normalne, że ludzie chcą poprawiać swoje wyniki i chcą być lepsi w tym co robią. Tylko proszę szanujmy się. Jeżeli komuś zależy na wynikach to będzie na nie pracował i nie każdy bieg musi go cieszyć. To naprawdę nic złego. Dla mnie radość na mecie, euforia z nowego fajnego wyniku jest warta wszystkich przekleństw, kropli krwi i potu na treningach.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na wrzesień 2015

Sierpień był najbardziej rozbieganym miesiącem w mojej biegowej "karierze". Wszystko jest wynikiem tego, że cały czas robiłam swoje, a kilometry mogłabym rzec nabijały się same. Ostatni miesiąc wakacji wykorzystałam tak jak należy. 

 

Sierpień w skrócie:

- 3 biegi parkrun (jeszcze 9 i będzie 50!)
- wybiegane 193 km (nowy miesięczny rekord)
- ponad 90km na rolkach
- 52km na rowerze
- ponad 37godzin spędzonych aktywnie


Tak duży (jak na mnie) kilometraż jest wynikiem przykładania się do treningów. Wszystko było zaplanowane i skonsultowane. Obyło się bez typowego nabijania kilometrów, a każdorazowe wyjście na bieg miało swój cel. Wcale się nie spinałam, a wybiegałam prawie 200km. W sierpniu było też kilka treningów po których mogłam góry przenosić i mimo zmęczenia czułam się szczęśliwa. Tych gorszych biegów oczywiście nie brakowało, ale o nich nie warto wspominać. W sierpniu starałam się zadbać szczególnie o treningi uzupełniające tj. skipy, joga czy siła biegowa, jednak to wciąż mało. Znalazłam też czas na rolki i slalom, choć traktuje to bardzo rekreacyjnie. Wybrałam się również na wycieczkę rowerowa, przejeżdżając pierwszy raz w życiu 50km.

Plany na wrzesień:

W minionym miesiącu skupiłam się głównie na treningach. Realizowałam plan, odpuszczając całkowicie jakiekolwiek starty. Skoro medale (i nowe rekordy) śnią mi się ostatnio po nocach to znak, że pora gdzieś wystartować. We wrześniu chciałabym się sprawdzić na dystansie 10km, bo w zwykły dzień ciężko dać z siebie 100%, a także treningowo przebiec półmaraton. Na szczęście sezon jesiennych startów się zaczyna, więc jest w czym wybierać. 

Coś jeszcze? Więcej, dużo więcej ćwiczeń uzupełniających. Wiem, że one naprawdę pomagają.

Czytaj dalej