Pokonaj kryzys

Na biegach  prędzej czy później dotyka właściwie każdego. Oczywiście nie we wszystkich, ale zwykle w tych ważniejszych. Spotkać go można najczęściej w połowie trasy lub pod koniec. Grunt to sobie z nim odpowiednio poradzić. Mowa o kryzysie, który w większości przypadków jest wymysłem naszej głowy.

 


Bogatsza o doświadczenia z ostatnich miesięcy jestem w stanie stwierdzić, że 80-90% naszych "niedamrady" to tylko chwilowy kryzys, który mija zwykle po kilometrze, więc przy odrobinie samozaparcia jesteśmy w stanie go pokonać.


Co robię w chwilach kryzysu?

  • wspominam sytuacje, gdy w podobnych warunkach (lub gorszych) wytrzymałam/przetrwałam
  • zajmuję myśli, ustalając kolejne punkty, do których dotrę (drzewo, zakręt, kosz itp). 
  • wybieram osobę, którą wkrótce dogonię
  • mówię sobie, że jeszcze tylko jedno powtórzenie, a ostatecznie i tak robię wszystkie
  • w chwili gdy biegnę na rekord życiowy, wizja fajnego wyniku jest dla mnie największą motywacją
  • wizualizuję siebie wbiegającą na metę
  • przeliczam czas, który pozostał do końca
  • liczę do 100
  • pilnuję techniki 
  • myślę o uczuciu "po", gdy wytrzymam oraz o tym, jak będę się czuła, gdy zawalę
  • przyśpieszam 
fot. Richie

Korzystając z powyższych rad, wczoraj zrobiłam najlepszy z moich wszystkich treningów (8x1000m), a już po 6 powtórzeniu chciałam go skończyć. Podobnie było podczas jednego z dłuższych biegów, gdy przy zaplanowanych 16km, po 7km miałam dosyć. Ostatecznie zmotywowałam się do tego stopnia, że ze średniego tempa 6:30-6:20 bieg skończyłam tak jak zaplanowałam, robiąc ostatnie kilometry po 5:40-5:30.

Podobnych sytuacji było mnóstwo i w większości przypadków "niedamrady, jużniemamsiły" mijało, a ja wracałam zadowolona do domu. Jestem przekonana, że jeśli tylko jesteśmy dobrze przygotowani to reszta zwyczajnie siedzi nam w głowie.
Czytaj dalej

Mój ulubiony biegowy dystans

Mam swój ulubiony dystans, do którego mogłabym trenować tylko i wyłącznie. Zresztą, sądzę, że każdy biegacz ma taki, na którym najbardziej lubi się ścigać, na którym czuje się pewnie, wie, że sobie poradzi i gdyby tylko mógł najchętniej biegałby go codziennie.


running girl

U mnie to prosty wybór i chyba nikogo nie zdziwi, że najbardziej lubię biegać dyszki. Na tym dystansie czuję się najpewniej. Większość treningów, które wykonuję zamyka się właśnie na 10km. To dla mnie dystans uniwersalny. Wygospodarowanie czasu od 55 min po 1h 10 min na trening nie jest jakimś większym problemem (nawet, jeśli to miałoby być każdego dnia).

Myślę, że ostatecznie przekonałam się do niego podczas Biegu Nocnego, kiedy to byłam dobrze przygotowana i wybiegałam swój dotychczasowy rekord życiowy. W czerwcu startowałam jeszcze kilkakrotnie na tym dystansie i za każdym razem czułam się wspaniale.

Dlaczego 10km? 

  • Na zawodach nie muszę się bać, że zawalę, bo znam swoje możliwości. Przygotowania do takiego dystansu też nie są jakieś kosmicznie trudne (przynajmniej na moim obecnym poziomie) i sprawiają mi największą frajdę.
  • Podczas biegu na 10km nie potrzebuję wody. Tak przyzwyczaiłam swój organizm, że jest mi to zbędne. Nie muszę robić postojów na wodę, dzięki czemu nie zwalniam, tylko cały czas biegnę swoim tempem.
  • Dyszka mija stosunkowo szybko, a prędkość nie jest taka szalona jak przy 5km.
  • Pięć kilometrów często mi nie wystarcza i zwykle czuję niedosyt.  Półmaraton z kolei to wciąż duże wyzwanie, dlatego 10km jest w sam raz. 
  • To właśnie z udanych biegów na 10km cieszę się najbardziej, nawet jeśli jest to zwyczajny trening.
  • 10km - to przecież tak ładnie wygląda.

A Wy jaki dystans lubicie biegać najbardziej?


Czytaj dalej

Bądź sobą i myśl o sobie

Każdy z nas powinien czuć się dobrze z tym co robi. Wiele osób patrząc w lustro widzi głównie swoje wady. Niestety nie zawsze da sie je zwalczyć, dlatego warto je zaakceptować. Tak po prostu. Czy nie jest tak, że gdy skupimy się na zaletach zapominamy nagle o wadach?



Zamiast skupiać się na tym, że jest źle. Zróbmy tak, by było dobrze. Nie narzekajmy, nie smućmy się. Przestańmy przejmować się wszystkim wokół, a zwłaszcza rzeczami nie mającymi większego znaczenia. Nie ma sensu doszukiwać się w sobie kolejnych wad oraz rozmyślać o tym, że inni mają lepiej, bo szybciej biegają, lepiej grają, śpiewają, czy tańczą.

Zróbmy zupełnie odwrotnie. Poszukajmy zalet, pozytywów i zacznijmy coś zmieniać. Bądźmy dumni z tego co mamy. Zauważmy siebie i pomyślmy przede wszystkim o własnym szczęściu.

Komuś innemu się udało? Fajnie. Nam też się może udać, bo czemu nie? Nie zazdrośćmy. Warto popracować nad sobą, a nie porównywać się do innych. Podnieśmy głowę do góry, unieśmy kąciki ust i działajmy. Jeśli jest coś nie tak - zmieńmy to.

Często dążymy do ideału, który tak właściwie nie istnieje. Wprowadza nas to w jeszcze większy smutek i zwykle dołuje. Sama jeszcze do niedawna bardzo przejmowałam się sytuacjami na które nie miałam zupełnie wpływu. Zazdrościłam, że innym przychodzi coś łatwiej i dużo szybciej.  Nie zwracałam wtedy uwagi na jedną bardzo istotną rzecz - zawsze będzie ktoś lepszy, ładniejszy, bogatszy, silniejszy, mądrzejszy ode mnie. Takie myślenie już od samego początku stawiało mnie na przegranej pozycji, bo moje szczęście było uzależnione od innych, a nie tak jak być powinno - ode mnie.

Owszem, może innym przychodzi coś łatwiej, ale są też takie sytuacje w których to właśnie mnie wystarczy chwilka, by to osiągnąć, a inni muszą pracować nad tym bardzo długo. Tak to po prostu działa.

Z czasem zrozumiałam, że tego typu myślenie nie ma sensu. Obecnie staram się nie tracić niepotrzebnie energii na takie sytuacje. Może nie zawsze się udaje i zdarza się, że wszystko wymyka się spod kontroli, ale coraz częściej odpuszczam i po prostu mniej mnie to dotyka.

Nie chcę nikogo udawać. Nie chcę być kimś innym. Jestem sobą i chcę być prawdziwa w tym co robię. Chcę być szczęśliwa i chcę robić fajne rzeczy. Chcę spełniać swoje marzenia, realizować własne cele, a nie przygaszać się sukcesami innych. Negatywne emocje w niczym mi nie pomogą, bo to przecież pozytywy przyciągają pozytywy. Cały czas staram się doceniać to co mam, a każdy sukces jest moją nagrodą.

Ktoś kiedyś powiedział, że pokochać samego siebie to początek romansu na całe życie, w moim przypadku to początek drogi do sukcesu.

Czytaj dalej

Jestem biegaczką - fajne uczucie


Biegaczką być łatwo nie jest. Biegaczką, nie biegaczem. Kobiety mają często absurdalne pomysły, które z perspektywy czasu śmieszą i myślę, że cały właśnie w tym urok. Czy mężczyźni tak mają? Nie wiem, ale może się dowiem?*



Jak się ubrać, by jednocześnie ładnie wyglądać, a z drugiej strony również czuć się komfortowo. Czy jak założę różowe buty, to zielone skarpetki będą pasować? Związać włosy w kucyk, czy może zapleść warkocz? Zrobię kucyka, będzie wygodniej. Makijaż? Podkład odpada, ale rzęsy będą okej. Doda mi to pewności siebie i nie będę czuć się nieswojo. Tak wiem, to trening, jednak lubię czuć się dobrze. To też gwarancja, że prędzej wszystko pójdzie po mojej myśli.

Nie najlepiej się czuję. Tempo staje się coraz mniej komfortowe. Może zwolnię. Tak, zwolnię, a później najwyżej przyśpieszę, ewentualnie zrobię mniej kilometrów. Jednak nie, spróbuję jeszcze kilometr utrzymać to tempo i zobaczymy co dalej. Kilometr? Nie no, może jeszcze jeden się uda. No dobra, to już końcówka, przecież mam siłę. O! Zrobiłam cały trening według planu! Dałam radę. Dziwne, myślałam, że się nie uda.

Jestem zmęczona, mam ochotę na krótką przerwę. Kurcze, głupio zatrzymać się na trasie. Może pobiegnę tak, by minąć światła. Jak mi się poszczęści to trafię akurat, gdy zaświeci się czerwone, więc chwilkę sobie odpocznę. Podoba mi się ten plan.

Cracow

Oh nie! Znowu czerwone? Mam bieg ciągły, nie chcę stawać teraz na światłach! Poza tym, po co mam się zatrzymywać! Wyszłam pobiegać przecież. Ok, to zrobię jeszcze rundkę, może następnym razem trafię na zielone i nie będzie postoju. Udało się - zielone!

Pośpię dziś dłużej, a trening zrobię jak wstanę. O rany, jaka jestem głodna! To najpierw coś zjem, a bieganie troszkę później. Argh! Znowu za dużo zjadłam. Muszę poczekać. Obiad? Już? No dobrze. W takim razie pójdę pobiegać wieczorem. Wieczorem? Po ciemku? To może jednak jutro rano, różnica będzie niewielka. Na śniadanie zjem banana, więc będzie okej. Mam trochę wolnego czasu to się położę. Hola, hola! Nigdzie się nie kładę, idę na trening. Teraz.

Zapisać się na ten bieg czy nie zapisać. Może się zapiszę. Będę miała nowy medal. Biegasz dla medali? No jeszcze koszulka i darmowe jedzenie. Tyle? Oczywiście, że nie. Liczy się jeszcze atmosfera, ludzie i.. to czy mam blisko na start. Serio? Blisko na start? Tak, lubię wygodę. To biegniesz? Tak biegnę, a o której?

To bez sensu. Kolejny beznadziejny bieg. Wszystko idzie nie po mojej myśli. Jeszcze tydzień temu dałam radę bez problemu w tym tempie zrobić 10 kilometrów, a teraz ledwo piątkę wytrzymuję. Cofam się. Muszę odpocząć. To nie dla mnie. Może rolki? Pływanie? Rower? Ewelina, ogarnij się. Nie zawsze można zapierdzielać. Dni gorsze są normalne. To standard, a forma od tak nie znika. Uwierz w siebie, będzie dobrze, rozumiesz?


Wewnętrzne dialogi prowadzę ze sobą od samego początku biegowej przygody. Wielokrotnie rozmawiam ze sobą, motywuję się do działania albo przeklinałam w myślach. To tylko kilka anegdotek, które przyszły mi do głowy. Żyję bieganiem, to wiele dla mnie znaczy i jak widać, często jest bardzo zabawnie.

*post proszę czytać z przymrużeniem oka :)

Czytaj dalej

Ochrona przed promieniami słonecznymi


Najbliższe tygodnie to kolejna już w tym roku fala upałów. Tym razem jednak temperatury mają sięgać grubo powyżej 30°C dlatego tak ważne jest, by zachować dużą ostrożność zwłaszcza podczas naszych aktywności fizycznych.



Pisząc aktywność fizyczna mam na myśli nie tylko bieganie, ale również rolki, rower czy po prostu spacery. Wysokie temperatury nie oznaczają, że mamy rezygnować ze sportu i spędzać całe dnie w domu, bo wystarczy zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów przed wyjściem na zewnątrz aby czuć się bezpiecznie.

Bezpiecznie? Jeszcze do niedawna letnią opaleniznę uważałam za jedną z największych zalet biegania. Faktycznie, odkąd biegam to na nieopalone nogi nie muszę narzekać (chociaż będąc na plaży czy basenie, wolałabym nie mieć odznaczających się na biało "spodenek") to teraz właściwie za każdym razem wychodząc w słoneczny dzień na trening smaruję odsłonięte części ciała wodoodpornym kremem z filtrem przeciwsłonecznym (15-20 minut przed) o wartości przynajmniej 15 (a najczęściej 30) SPF. Mam wrażenie, że wiele osób to bagatelizuje, a przecież lepiej zachować ostrożność, bo już same statystyki wskazują na to, że zachorowalność na raka skóry z roku na rok wzrasta.

Przed promieniami słonecznymi możemy się chronić również:

  • trenując wtedy, gdy słońce nie świeci najmocniej- rano lub późnym wieczorem - ja niestety na poranne bieganie nie mogę sobie pozwolić, ale wieczór mam już do swojej dyspozycji (chociaż gdy tylko pogoda na to pozwala, idę na trening zaraz po pracy)
  • zakładając coś na głowę - czapka/daszek - czapka jest dobrą ochroną, jednak zatrzymuje dużo ciepła w gorące dni, ale często radzę sobie w ten sposób, że przed wyjściem z domu polewam ją wodą
  • zakładając okulary przeciwsłoneczne - w nich biegam sporadycznie, bo nie czuję się komfortowo i noszę je najczęściej wtedy, gdy nie mam czapki
  • wybierając miejsca z dużą ilością cienia - organizm się nie przegrzewa, jest dużo chłodniej i przyjemniej, dlatego w upały uciekam do lasu i parkowych alejek z dużą ilością drzew 

Trening, treningiem, ale nie zapominajmy o zdrowym rozsądku.


Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na sierpień 2015


Pierwsze sierpniowe kilometry mam już za sobą. Lipiec był skomplikowanym miesiącem, bo już sam początek to ponad tydzień przerwy. Później trochę wzlotów i upadków, ale myślę, że powoli wychodzę na prostą. 


Lipiec w skrócie:

- 2 biegi parkrun (jeden lepszy, drugi gorszy)
- przebiegłam 142km
- na rolkach przejechałam (tylko) 27km
- 23 godziny spędziłam aktywnie



Lipiec wypada niestety trochę marnie biorąc pod uwagę poprzednie miesiące. Kilometraż właściwie nienajgorszy, bo przez chorobę pierwsze 10 dni lipca praktycznie nic nie robiłam, a później jak tylko mogłam starałam się wrócić do swojego planu. Z tym planem było już bardzo różnie i nie zawsze szło po mojej myśli. Wydaje się, że taka przerwa to nie przerwa, ale mnie niestety skutecznie wybiła z rytmu. Plan się rozjechał, poweru w nogach nie było, a pewność siebie gdzieś znikła.

Na szczęście bywały też dobre dni, a do tych mogę zaliczyć urodzinowe 25. kilometrów i dwa udane biegi na 15km. Jeden ze średnią 5:51min/km pozwolił mi zdobyć na endomondo pucharek za najwięcej pokonanych kilometrów w godzinę, a drugi pokazał, że nawet gdy słońce praży, bez wody też jestem w stanie ładnie pobiec. Obydwa biegi kończyłam zwiększając tempo od 10 kilometra, a ostatni robiąc w granicach 5:30-5:22. Myślę, że takie przyśpieszanie na końcówce to dobra wróżba na przyszłość. 

Plany na sierpień:


Wierzę, że w sierpniu uda mi się wrócić do planu i zamiast wprowadzać zmiany, będę odkreślać dobrze wykonane treningi. Pora też trochę zwiększyć kilometraż niedzielnych wybiegań, przyłożyć się do skipów i ćwiczeń siłowych.

W lipcu bardzo brakowało mi rolek, udało mi się wyjść może 2-3 razy, więc mam nadzieję, że w sierpniu znajdę na to nieco więcej czasu. Chciałabym też gdzieś wystartować, ale nie mam jeszcze sprecyzowanych planów.

@keepdreamsclose



Czytaj dalej