VII Bieg Rekreacyjny w Bełchatowie


Oglądając zdjęcia z tegorocznej edycji Biegu Rekreacyjnego z sentymentu zajrzałam do relacji z poprzedniego roku. Poczatkowo nie chciałam pisać nic więcej poza wrzuceniem zdjęcia na fanpage, ale pomyślałam, że jednak parę słów warto, chociażby dla siebie na przyszłość.


Bardzo lubię to robić. Lubię dzielić się z Wami moimi biegowymi przygodami, bo wtedy przeżywam to nie tylko ja, ale i Wy chociaż przez chwilę. Przyznam się, że gdy po raz kolejny biorę udział w tej samej imprezie, wcześniej czytam jak było rok temu. Myślę też o tym co się zmieniło, jaka wtedy byłam i co czułam. Cieszę się, że piszę relacje, bo dzięki temu w każej chwili mogę cofnąć się w czasie.


Podczas tej edycji Biegu Rekreacyjnego nie miałam zamiaru się ścigać. Chciałam pobiec tak jak sama nazwa wskazuje - rekreacyjnie. Byłam po weselu kumpeli, spałam 3 godziny, ale że bardzo chciałam czerwiec zakończyć jeszcze jakimś startem uznałam, że wezmę udział.

Bieg był darmowy, kameralny, a trasa oprócz startu i mety w całości wyznaczona była po lesie. Przełaje mają swój urok - cisza, spokój, leśne dróżki, podbiegi, zbiegi, piach i zakręty. Podczas biegu czułam się trochę jak na długim wybieganiu, bo wtedy zwykle na ponad godzinę zaszywam się w lesie. 


Tego dnia nie biegłam szybko. Zaczęłam nawet tak wolno, że po pierwszym kilometrze tuż za sobą dostrzegłam pana na rowerze zamykającego bieg. Motywacja (albo duma) zadziałała do tego stopnia, że przyśpieszyłam i później już go nie widziałam. Całą trasę się uśmiechałam. Zwalniałam, zwiększałam tempo i bawiłam się bieganiem, a przy okazji testowałam picie wody w tempie półmaratonu (co wyszło dosyć śmiesznie). Momentami było też ciężko, głównie z pragnienia, jednak nie zwątpiłam nawet na chwilę. W ostatnią niedzielę czerwca chciałam czerpać tylko przyjemność z biegu.

Tato w tym roku nie brał udziału. Nie namawiałam go, bo przecież nie każdy musi to lubić. Może po prostu większą frajdę sprawia mu rower. Mimo to, był ze mną od początku do końca. Biegi na których mi kibicuje lubię najbardziej. Nawet jeśli pójdzie nie po mojej myśli, to wspominam je dobrze. Cieszę się, że po raz kolejny mi towarzyszył. 

fot. Studio Filmowe Klatka


Czytaj dalej

Kiedy pierwszy maraton?

Biegam już ponad dwa lata. Piątki, dyszki, piętnastki i półmaratony. Gdy ktoś pyta mnie o maraton odpowiadam, że wszystko w swoim czasie. Dlaczego tak zwlekam?



Maraton? 42 kilometry 195 metrów czyli dla mnie abstrakcja. Biegam średnio 45 km tygodniowo i pewnie czuję się tylko na dystansie 5 i 10 kilometrów. Przy 15tu jest jeszcze w porządku, ale półmaraton wciąż stanowi dla mnie wyzwanie.

No właśnie. Skoro 21 km to wyzwanie, to jak mam przebiec 42? Przebiec, nie przejść.  Odkąd na wiosnę, od startu do mety przebiegłam Półmaraton Marzanny postanowiłam, że już nigdy na trasie się nie zatrzymam. To był mój trzeci półmaraton i dopiero wtedy poczułam się półmaratonką. Chcę by z maratonem było identycznie. Dopóki wiem, że nie jestem w stanie przebiec więcej niż 21 kilometrów nie zrobię tego. Będę maratonką, gdy PRZEBIEGNĘ maraton, bo maratończyk to osoba która 42195 metrów pokonuje biegiem.

Kolejna sprawa to czas. Może i bym przetruchtała maraton na 5h 30min, ale to mnie zupełnie nie satysfakcjonuje. Ten dystans nie jest dla mnie aż tak wielkim marzeniem, by za wszelką cenę go ukończyć. Postanowiłam, że póki nie osiągnę na połówce czasu poniżej dwóch godzin o królewskim dystansie mogę zapomnieć.


Oczywiście kibicuje wszystkim, którzy zdecydowali się na maraton, by w ten sposób spełnić marzenie. Nie mam zamiaru nikogo krytykować, ale takie jest po prostu moje podejście. Jeżeli o mnie chodzi, to zanim zdecyduję się na maraton, zastanowię się jeszcze z 2 razy, czy to aby na pewno dobra decyzja. Stojąc na starcie, nie chcę bać się debiutu.

Czytaj dalej

Parkrun z nowym rekordem życiowym


Nowy lepszy wynik na 5 km był dla mnie wielkim marzeniem. Prób pobicia tego rekordu było mnóstwo, aż wreszcie przestałam o to walczyć i poczekałam, aż samo przyjdzie. Przyszło, niespodziewanie.


W ciągu ostatnich miesięcy na sobotnich biegach parkrun osiągałam bardzo podobne wyniki. Metę przekraczałam zazwyczaj w okolicach 26 minut. Raz biegło się lepiej, raz gorzej, ale wciąż wiele brakowało, by chociaż trochę zbliżyć się do rekordu życiowego sprzed ponad roku (25m:22s). Na szczęście nie załamywałam rąk, bo wiedziałam, że w końcu się uda. Wystarczyło cierpliwie czekać i robić swoje (realizować plan). 

Ostatnia sobota to był właśnie TEN dzień. Mój 36 bieg parkrun, nowe szybkie buty i sprzyjające warunki do biegania. Miałam też swojego zająca, który na starcie powiedział bym trzymała tempo, bo dziś mu się nie chce. Mistrz motywacji, ale to wszystko pewnie dlatego, że zupełnie nie planowaliśmy biec na rekord.

fot. M. Bogdan



Pierwsze dwa kilometry były okej. Oddech w porządku, nogi też, więc biegłam. Lekko przyśpieszyłam na górce przy Juwenii, by później się rozpędzić i chwilkę odetchnąć. Moją uwagę rozpraszał pasek do tętna, który zawsze dobrze się trzymał, a tym razem zaczął się zsuwać, aż wreszcie po 3 km zleciał kompletnie.

Po nawrotce przy Oleandry myślałam, że jestem w domu, bo została już tylko ostatnia prosta. Niestety to był najgorszy odcinek. Z jednej strony wiedziałam, że sobie poradzę, a z drugiej... bałam się, że zwolnię, albo co gorsza zrezygnuję. Mateusz cały czas mnie wspierał. Nie pozwalał zwolnić, trzymał tempo (a jednak!), uświadamiał, że jest świetnie i na pewno sobie poradzę. Jak dobrze, że mówił to normalnie, a nie krzyczał/darł się prosto do ucha, bo taki doping cholernie mnie denerwuje.

Na ostatnich 300 m było ciężko. Tak blisko mety, a moje nogi nie chciały już biec. Miałam wrażenie, że zaraz się poddam, jednak myśl o tym, że zaprzepaszczę taką okazję i później będę tylko pluć sobie w twarz zmotywowała mnie do tego stopnia, że na końcówce jeszcze przyśpieszyłam. To był najszybszy kilometr i dzięki temu metę przekroczyłam z wymarzonym wynikiem 24m:51s.


Gdy już złapałam oddech, ciężko mi było uwierzyć w to co zrobiłam. Radość była ogromna. Swój wynik poprawiłam o 30 sekund, przy okazji łamiąc 25 minut. Trzeba przyznać, że bieg był dobrze rozegrany taktycznie, bo od startu do mety zwiększaliśmy prędkość. Cieszę się też, że nie biegłam sama, psychika w ciężkich chwilach lubi płatać figle. To nie ściema, że ostatnią część trasy biegnie się właśnie głową.

Widzę, że moje ostatnie treningi przynoszą efekty i pewnie dlatego nie brakuje mi motywacji. Wynik poniżej 25 minut na 5 kilometrów otworzył mi furtkę na kolejne wyzwania, bo przecież jest o co walczyć.


Czytaj dalej

II Bieg Maleński - w upale też można się dobrze bawić

 

Niedzielne aktywne popołudnia powoli stają się tradycją. Tak się złożyło, że to już kolejny weekend, gdy gdzieś startuję. II Bieg Maleński to spontan, bo tak naprawdę, o tym, że pobiegnę zdecydowałam dzień przed. 



Czerwiec traktuję nieco luźniej, a ewentualne starty to bardziej zabawa i urozmaicenie treningów niż próby pobijania rekordów. Do mojego docelowego półmaratonu jeszcze sporo czasu, więc myślę, że to ostatni moment, gdy zamiast długich wybiegań mogę robić szybsze dziesiątki. Później nie będzie już tak kolorowo.

Bieg odbywał się w Maleni, małej wiosce nieopodal mojego rodzinnego Bełchatowa. Termometr tego dnia wskazywał prawie 30 stopni, a start (o zgrozo!) zaplanowany był na godzinę12:15, czyli w samo południe. Doskonale wiedziałam, że temperatura będzie wysoka, więc dzień wcześniej zadbałam o to, by organizm był odpowiednio nawodniony. Wypiłam ponad 2 litry wody i dzięki temu miałam psychiczną pewność, że sobie poradzę. Prawda jest taka, że jeszcze nie startowałam w taką pogodę i nie wiedziałam jak zachowa się mój organizm, dlatego postanowiłam ponownie zaufać technice i pobiec na tętno.


Pierwsze 2 km to sama przyjemność. Zaczęłam szybko, ale nie za szybko. Najpierw kilometr w słońcu, później trochę lasu, cienia i lekkiego wiaterku. Było bardzo gorąco, ale starałam się o tym nie myśleć tylko biec przed siebie. Ustalałam w głowie punkty kontrolne, wybierałam zawodników, których za jakiś czas wyprzedzę, przybijałam piątki znajomym na agrafce, wylewałam na siebie wodę i uśmiechałam do mijanych ludzi. Koło 7 kilometra miałam lekki kryzys, ale szybko się z nim uporałam. Biegłam w miarę równo, nie szarpałam tempem i dzięki temu z radością dotarłam na metę jako trzecia kobieta w swojej kategorii wiekowej.

Nawadnianie dzień przed, zraszacze i duża ilość punktów z wodą pomogły mi dotrzeć na metę w zaplanowanym czasie. Jestem zadowolona z wyniku, który uzyskałam w taką pogodę.  To wszystko tylko świadczy o tym, że może być coraz lepiej.




II Bieg Maleński to bardzo kameralna, ale mająca swój urok impreza. Oprócz reklamówki z owocami, którą otrzymaliśmy przy odbiorze pakietu startowego na mecie można było do woli jeść truskawki, banany, ciasta i ciasteczka przygotowane przez organizatorów. Dobrego humoru i towarzystwa nie brakowało, więc czułam się trochę jak na festynie rodzinnym czy u cioci na grillu. Bajka!

/E.

*Edit: Zapomniałam o czasie - 10km - 57min :)

Czytaj dalej

Po czym biegać i dlaczego?


O tym w jakich miejscach i po jakim podłożu biegamy najczęściej decyduje nasze miejsce zamieszkania. Biegamy tam gdzie lubimy, gdzie nam wygodnie i jest najbliżej. Nie zawsze zwracamy uwagę na to, po jakiej nawierzchni wykonujemy treningi, a przecież każda z nich ma swoje wady i zalety.


Asfalt za twardy, trawa nierówna, na alejkach błoto.. to gdzie biegać? Dziś kilka słów o biegowych nawierzchniach, bo przecież urozmaicenie w treningach jest bardzo ważne.

asics, running shoes

Piasek – Bieg po plaży boso, lub w lekkich butach pozwala odpocząć stopom. Niestety jest to jednocześnie jedna z najmniej stabilnych powierzchni do biegania. Sprawia, że łydki bardzo mocno pracują, co może spowodować ich przeciążenie. Bieg na plaży powinien trwać nie więcej niż 20 minut. Bieganie brzegiem morza/jeziora też nie jest najlepszą opcją, gdyż jest on nachylony, więc bardziej przeciążamy jedną stronę ciała.

Ziemia/Grunt/Szuter – Najczęściej pomiędzy łąkami i alejkami. Można na niej trenować bez obaw o przeciążenie, jednak podczas deszczu trzeba uważać, bo szybko robi się błotniście. Wysokich prędkości raczej nie osiągniemy, ale na pewno oszczędzimy kolana. To właśnie na takiej powierzchni najczęściej trenują biegacze z Etiopii i Kenii.

Blonde girl

Asfalt – na takim podłożu zwykle biegamy najwięcej. Większość zawodów organizowanych jest właśnie na nim. To jedna z najszybszych powierzchni biegowych. Dzięki obecnym technologiom zapewniającym amortyzację w odpowiednio dobranych butach biegowych ryzyko kontuzji jest dużo mniejsze, jednak zawsze istnieje. Jeśli lubisz biegać po asfalcie warto zadbać o to, by odpowiednio wzmocnić mięśnie zabezpieczające stawy i kręgosłup.

Bieżnia mechaniczna – Pokryta jest elastyczną miękką taśmą, która amortyzuje i minimalizuje wstrząsy. Jest dobrym rozwiązaniem, gdy na zewnątrz pada deszcz, lub jest zimno i nie masz ochoty moknąć. Na takiej bieżni zwykle biegamy szybciej, bo nie musimy pokonywać oporu powietrza i nierówności terenu. Bieganie w takim miejscu może się okazać niestety dosyć nudne.

bieżnia

Tartan - Ta nawierzchnia pozwala na szybkie i dynamiczne bieganie. Często właśnie tutaj zawodowcy i wyczynowcy biją swoje rekordy. Świetne miejsce na treningi szybkościowe, jednak nie polecane na rozbiegania. Jest to jedna z najlepszych powierzchni do biegania, bo pochłania najwięcej wstrząsów, ale ciągłe kręcenie się w kółko jest męczące psychicznie, a dodatkowo powoduje przeciążenie jednej strony ciała.

Trawa – to mięciutka i łagodna powierzchnia amortyzująca. Bieganie po trawie powoduje mniejsze przeciążenie mimo, że wymaga włożenia w to większego wysiłku. Poleca się również bieganie boso po trawie, które świetnie kształtuje technikę biegu.

grass

Każda z nawierzchni ma swoje plusy i minusy. Podobno jest tak, że organizm może dostosować się do każdej. Jeżeli o mnie chodzi to staram się przynajmniej połowę treningów wykonywać na trawie lub po gruntowych ścieżkach, a pozostałe już z konieczności po asfalcie. Dzięki temu kolana są mi wdzięczne, a ja mogę spokojnie realizować swój plan treningowy. 

A wy, po jakiej powierzchni najczęściej biegacie?

/E.
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na czerwiec 2015

 

Maj był kolejnym dobrym miesiącem. Decyzja o ułożeniu planu treningowego, który odpowiednio ma mnie przygotować do jesiennego półmaratonu to strzał w dziesiątkę. Póki co, jestem zmotywowana, uśmiechnięta i zadowolona z każdego zakończonego tygodnia.



Maj w skrócie:

 

- 2 biegi parkrun, w tym jeden w Londynie
- sprawdziłam się na Teście Coopera
- przebiegłam 168 km (podobnie jak w zeszłym miesiącu)
- przejechałam 60km na rolkach
- łącznie spędziłam ponad 33 godziny w ruchu




Tak jak już wspomniałam, w maju zaczęłam realizację nowego planu treningowego. Wszystko jest dopasowane do moich możliwości i trybu życia. Nie ze wszystkich biegów jestem w 100% zadowolona, ale za każdym razem staram się robić co w mojej mocy. Dzięki temu, przez ostatnie dwa tygodnie nie opuściłam ani jednego treningu. Tygodniowy kilometraż przekracza 40km, a ja wierzę, że mój cel jest osiągalny.

Na kalendarzu widać też kilka pucharków, jednak są to niewiele znaczące rekordy (nieoficjalne "życiówki" tj. 1 km w 4:33). W maju starałam się też jak najwięcej ćwiczyć. We wtorki skipy, w środy treningi ogólnorozwojowe, a w weekendy dowolność. W dni niebiegowe, gdy pogoda dopisywała jeździłam na rolkach. Zwykle było to kilka km na rozgrzewkę, a później godzina slalomu. Myślę, że nawet mam się już czym pochwalić.


Plany na czerwiec:


Na pewno kontynuacja planu treningowego. Konsekwentne wykonywanie treningów przyniesie zamierzone efekty, więc póki zdrowie pozwala zrobię co w mojej mocy. 

Chciałabym też bardziej zadbać o treningi ogólnorozwojowe. Uważam, że takich ćwiczeń jest cały czas za mało, dlatego w czerwcu poświecę na to przynajmniej dwa (a najlepiej trzy) dni w tygodniu .

Planuję również dwa starty. Jeden będzie dla mnie totalną nowością i na samą myśl o tym zastanawiam się czy to aby na pewno dobra decyzja, a drugi.. to już zwykła dziesiątka po lesie.

Poza tym rolki i dalsze postępy w slalomie.
 
photo, photography, zdjęcia, podsumowanie, 2015, maj
@keepdreamsclose

/E.


Czytaj dalej