O tym, że górki można polubić, czyli 3. Bieg Swoszowicki


Bieg Swoszowicki był jednym z pierwszych startów, który zaplanowałam sobie na rok 2015. Szukałam kameralnego biegu w okolicach Krakowa z urozmaiconą trasą (niekoniecznie po asfalcie) i przystępnym wpisowym. Ten wydawał się odpowiedni, więc zapisałam się w pierwszym terminie, a później prawie o nim zapomniałam.



To nie był mój docelowy start, ani okazja na wykręcenie fajnego czasu. Bieg Swoszowicki potraktowałam po prostu jako ciekawszą formę treningu. Wszystko ze względu na to, że dokładnie tydzień temu rozpoczęłam nowy plan treningowy i to właśnie jego realizacja jest moim priorytetem.
Stojąc na starcie, nie miałam pojęcia po ilu minutach przekroczę metę, zwłaszcza, że profil trasy był urozmaicony, a ja po mocnym czwartkowym treningu nie do końca wiedziałam na co mnie stać. Ostateczne założenie było takie, że pobiegnę na tętno nie przekraczając 180 (chyba, że będzie podbieg, wtedy może być trochę wyższe).

Od początku się pilnowałam. Nie chciałam po raz kolejny popełniać tych samych błędów, bo przecież na początku zawsze tłum niesie. Pierwszy kilometr był prawie płaski, tętno jeszcze niskie, a nogi chciały gnać do przodu. Na szczęście zachowałam zdrowy rozsądek i delikatnie zwolniłam.

W połowie drugiego kilometra - pierwszy lekki podbieg, a po nim zbieg, który pozwolił się troszkę rozpędzić. Ta radość nietrwała jednak długo, bo trzeci kilometr rozpoczęła górka, na którą tak bardzo czekałam. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to to, że teraz wreszcie zacznie się prawdziwa zabawa.

profil trasy i tempo

Trochę zwolniłam, jednak cały czas biegłam i przesuwałam się do przodu. Mimo, że oddech był cięższy, tętno skoczyło o kilka kresek do góry, to w moim ciele nic nie protestowało. Z każdym krokiem byłam coraz bliżej, cieszyłam się w duchu i uśmiechałam.

Po mniej więcej dwóch kilometrach pod górkę nastąpił najprzyjemniejszy moment - szybciutko w dół i tak do 8 kilometra. Serio, biegło mi się wspaniale. Powtarzałam to w myślach chyba z pięćdziesiąt razy. 

Pogoda również dopisała. Chłodno, około 12-15 stopni, lekka mżawka, bez wiatru, czyli do biegania idealnie. Całą trasę nie zawracałam sobie głowy tempem jakim biegnę. Wyświetlacz w zegarku ustawiłam na tętno i jedyne co kontrolowałam to właśnie bicie serducha. 

Ósmy kilometr przywitał mnie podbiegiem, który niestety nie wywołał euforii, ale gdy zobaczyłam ile osób zwalnia, bądź przechodzi do marszu to tak się zmotywowałam, że szybko dotarłam na samą górę. Później do mety już tylko przyśpieszałam, mijając parę osób po drodze. Ostatni kilometr przebiegłam nawet sporo poniżej 5 min/km, ale wtedy to już frunęłam. Dosłownie.

czas na mecie 56:30
Z taką satysfakcją i radością dawno nie ukończyłam biegu. Był to od samego początku do końca przemyślany start. 10 kilometrów i wszystko poszło tak jak powinno. Zero kryzysów, zwątpień, czy walki ze sobą. Biegło mi się tak, jak na najlepszym treningu, a podbiegi, które powinny dawać w kość - dostarczały radości. 3.Bieg Swoszowicki to zaraz za Biegiem Nocnym mój najlepszy start w tym roku. Tak mogę biegać, a raczej.. tak właśnie CHCĘ biegać. 

/E.
Czytaj dalej

Test Coopera wiosna 2015


Udział w oficjalnym Tescie Coopera planowałam mniej więcej od dwóch lat, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie w efekcie czego rezygnowałam. Tym razem wreszcie się udało i w sobote 16 maja pojawiłam się na stadionie AWF w Krakowie podczas Ogólnopolskiego Testu Coopera.



Test Coopera to 12 minutowa próba wysiłkowa podczas której mamy za zadanie pokonać jak najdłuższy dystans. Później na podstawie sporządzonych tabelek swój wynik możemy porównać z ogólnymi standardami uwzględniającymi wiek i płeć. Często właśnie w ten sposób biegacze  lubią sprawdzać swoją kondycję pomiędzy sezonami. Dużym plusem jest też to, że Ogólnopolskie Testy Coopera, poza tym, że są zupełnie darmowe organizowane są zarówno na wiosnę, jak i na jesień.

To był mój pierwszy biegowy Test Coopera, wcześniejszy jaki robiłam był w liceum na basenie. Kazano mi się wtedy dobrze rozgrzać, skoncentrować i dać z siebie jak najwięcej. Pamiętam, że po wyjściu z wody nogi miałam jak z waty, bo był to naprawdę spory wysiłek. Wynik? Jak najbardziej zadowalający. 

A jak było podczas biegu na stadionie?

Stojąc na lini startu miałam wrażenie, że stres był większy niż przed Biegiem Nocnym. Dodatkowo wiedziałam, że nie jestem w 100% wypoczęta, bo tuż przed testem (jak co sobotę, gdy jestem w Krakowie) wzięłam udział w biegu parkrun i aby znowu sobie coś udowodnić, ostatnie kilkaset metrów pobiegłam bardzo szybko, co pewnie odbiło się nieco na ostatecznym wyniku z Testu.

W ciągu 12 minut wybiegałam 2440m, czyli właściwie nie tak źle, ale mogło być lepiej. Oczywiście pojawiły się ponownie standardowe błedy - zbyt szybki start, efektem czego po pierwszym okrążeniu zwalniam i biegnę dalej tym samym tempem, a na 2 minuty przed końcem maksymalnie przyśpieszam. Podczas biegu czułam się o dziwo dobrze, bo bolące nogi i cięższy oddech to przecież norma.


Test Coopera to kolejne nowe doświadczenie, a przy okazji dyplom i pamiątkowa koszulka. Teraz będę miała do czego odnieść się w przyszłości i myślę, że na jesień sprawdzę się ponownie, ale tym razem już bez szarżowania na parkrunie tuż przed.

/E.
Czytaj dalej

Biegowa sobota czyli II Gminna „ZaDyszka”


Decyzję o udziale w II Gminnej „ZaDyszce” bardzo odwlekałam w czasie. Do samego końca nie wiedziałam czy brać w niej udział, a jeśli tak, to na jaki dystans się zdecydować. Do wyboru miałam 10km lub 3,4km, a że dyszki biegam częściej to został ten krótszy.



Bieg potraktowałam to jako sprawdzian własnych możliwości i chciałam dać z siebie jak najwięcej. Tak sobie to wbiłam do głowy, że zamiast nastawiać się na dobry wynik wystartowałam z zamiarem zajęcia jak najwyższego miejsca.

Trasa była identyczna jak w zeszłym roku – pętla (lub trzy) wokół Kurnosa i meta tuż obok szkoły. Okolica jest mi bardzo dobrze znana, bo często właśnie tutaj, gdy wracam do Bełchatowa wykonuję swoje weekendowe treningi.

Plan na bieg był taki, by trzymać się 5 min/km i później ewentualnie przyśpieszyć. Plan, a rzeczywistość niestety nie często idą w parze. Po wystrzale startera ruszyłam za tłumem. Biegło mi się niesamowicie lekko, a gdy przekroczyłam pierwszy kilometr nie mogłam uwierzyć, że zegarek wskazał 4:37. Ucieszyłam się i jednocześnie przestraszyłam, bo dobrze wiedziałam, że to dla mnie zbyt szybkie tempo i na pewno wkrótce będę tego żałować. Wytrzymałam 1,5km i miałam dosyć. Nie miałam wyjścia, zwolniłam do 5:10 i tym tempem dobiegłam już do mety.


Jak się okazało, ostatecznie byłam 5 kobietą na 33. Wynik jak dla mnie niesamowity, biorąc pod uwagę dosyć wysoką temperaturę i wiatr. Do tej pory ciężko mi uwierzyć, że wytrzymałam takie tempo. Cieszę się, bo jest to kolejny dowód na to, że forma wzrasta.

Tak się złożyło, że tego dnia ustanowiłam też kilka nieoficjalnych rekordów, co podbudowało mnie bardzo psychicznie. Niestety tym razem na biegu nie miałam własnych kibiców, więc swoją radością mogłam podzielić się dopiero po powrocie do domu.


II Gminna „ZaDyszka” podobnie jak zeszłoroczna była imprezą charytatywną, a dochód został przeznaczony na rehabilitację chorego Rafałka. Lubię wspierać takie inicjatywy, gdy tylko mam okazję, bo oprócz radości, którą czerpię podczas biegu, pomagam innym.

/E.
Czytaj dalej

Highbury Fields Parkrun


Na biegi Parkrun przychodzę od listopada 2013 średnio dwa razy w miesiącu. Bardzo lubię w ten sposób rozpoczynać sobotę, bo wtedy trening biegowy mam już właściwie z głowy, a przy okazji spotykam się ze znajomymi i spędzam miło poranek. Do tej pory za każdym razem biegałam w Krakowie (ukończyłam w sumie 32 biegi), ale cały czas zastanawiałam się jak Parkrun wygląda w innych lokalizacjach. Przy okazji majówki w Londynie miałam świetną okazję się o tym przekonać, odwiedzając Highbury Fields Parkrun.




Pierwszy Parkrun (Bushy) powstał w 2004 roku właśnie w Londynie. Niestety do macierzystej lokalizacji miałam ponad godzinę drogi, a że plany na sobotę zawierały również inne atrakcje, zdecydowałam się na tę najbliżej mnie. (W Londynie nie brakuje Parkrunów. W odległości mniej więcej 15 minut biegiem od miejsca w którym mieszkałam miałam do wyboru trzy różne lokalizacje, a wybierając Highbury Fields Parkrun kierowałam się głównie łatwością trafienia do niego.)

W parku pojawiłam się 15 minut wcześniej, aby spokojnie rozejrzeć się po okolicy i rozgrzać. Zauważyłam, że większość uczestników biegu gromadziło się w mejscu mety, składając swoje rzeczy w "depozycie", a mniej więcej na 5 minut przed 9.00 wszyscy razem (wraz z wolontariuszami i koordynatorami) zaczęli przemieszczać się na start.

Przed samym biegiem jeden z koordynatorów przywitał biegaczy, przedstawia trasę, pozdrawiił First Timer’ow (nowych biegaczy w lokalizacji), osoby spoza UK oraz uczestników mających swój jubileusz – 50, 100 parkrun.

Trasa Highbury Fields Parkrun

Start Highbury Fields Parkrun wyznacza drzewo znajdujące się w południowo-wschodniej części parku w pobliżu tylnej części budynku basenu. Ten bieg jest wyjątkowy, bo składa się z pięciu pętli wokół niewielkiego, ale bardzo urokliwego parku. Trasa, lekko pofałdowana przypomina odwróconą literkę D i przebiega w całości po asfalcie. Wyjątkiem jest meta, która mieści się na trawie i aby do niej dotrzeć wcześniej należy pokonać około 50 metrów.




Pogoda tego dnia była idealna do biegania. 15 stopni, pochmurno i bez wiatru. Nie miałam szczególnych planów na ten bieg. Przyszłam aby się przebiec i sprawdzić jak to wszystko wygląda gdzieś indziej. Jako, że trasa zawierała podbiegi ciężko było utrzymać cały czas równe tempo, więc raz zwalniałam wbiegając pod górkę, a następnie puszczałam luźno nogi i rozpędzałam się w dół. Wszystko razy pięć. 

Bałam się, że takie kręcenie w kółko będzie nudne, ale o dziwo 5 kilometrów minęło bardzo szybko. Już po drugim okrążeniu cieszyłam się, że mam ze sobą zegarek z GPSem, bo dzięki temu byłam pewna, że nie pominę ani jednego okrążenia. W innej sytuacji musiałabym się bardzo pilnować. 

Raczej nie lubię pętli i staram się ich unikać, ale tym razem było bardzo fajnie. Taka trasa ma też swoje zalety, bo dzięki okrążeniom wolontariusze i koordynatorzy mogą nas cały czas dopingować. Możliwe, że to właśnie dlatego czas mija tak szybko. 



Ostatecznie uzyskałam bardzo zadowalający mnie wynik 26:33. Najszybszy mężczyzna przybiegł w czasie 17:21, a kobieta 19:06. W 185 edycji Highbury Fields Parkrun wzięło udział w sumie 146 biegaczy.

Po biegu nie było wody do picia, ani ciepłej herbaty, czego mi trochę brakowało, bo regularnie biegając w Krakowie przywykłam do tego już w takim stopniu, że myślałam, że tak jest po prostu wszędzie. Szkoda również, że grupowej fotki na koniec nikt nie zrobił (albo za szybko się zmyłam).



Podobało mi się. Turystyka parkrunowa to całkiem ciekawy pomysł. Może nie specjalnie, ale przy okazji wyjazdów na pewno będę planować sobotnie starty w biegach parkrun. Właściwie, to już się nie mogę doczekać, gdy odwiedzę kolejną lokalizację.

/E.

Czytaj dalej