XII Krakowski Półmaraton Marzanny - dogoniłam szczęście


Półmaraton Marzanny to był mój docelowy start na wiosnę 2015. Jeden z najważniejszych i najbardziej wyczekiwanych do tej pory. Miał mi pomóc ponownie uwierzyć w siebie, zbudować formę i wrócić do regularnych treningów.




Zapisałam się w listopadzie, więc miałam mnóstwo czasu na przygotowania. Tak też zrobiłam i końcówka 2014 roku była bardzo intensywna. Niestety na tyle intensywna, że nabawiłam się kontuzji, która przez dobry miesiąc wykluczyła mnie z treningów, a później z obawy przed jej powrotem bardzo długo przeciągałam moment powrotu. Dopiero na pięć tygodni przed startem powstał plan, który pomógł mi przygotować się do zaplanowanego półmaratonu. 

Bałam się. Bałam się Marzanny. W snach wszystko szło nie po mojej myśli. Nie do końca też wiedziałam czego się mogę spodziewać i jak wysoko stawiać poprzeczkę mimo, że od dwóch miesięcy regularnie trenowałam. Postanowiłam też, że choćby nie wiem co, chcę przebiec półmaraton od startu do mety, a gdy się zatrzymam po prostu zejdę z trasy. 

Kolejną rzeczą, pewnie też wpływającą na mój niepokój było to, że zrezygnowałam z telefonu. Oprócz tego, że jest to dodatkowe obciążenie, to opaska na rękę stała się dla mnie w ostatnim czasie nie do zniesienia. Skoro nie brałam telefonu, a odtwarzacza muzyki nie mam, oczywistym się stało, że rezygnuję z muzyki. W pamięci cały czas też miałam ostatni półmaraton, gdy przerwa na toaletę totalnie wybiła mnie z rytmu, a ostatnie kilometry mogłyby nie istnieć. Miałam mnóstwo obaw, ale na szczęście z tym wszystkim nie zostałam sama, bo przez całą trasę miałam towarzystwo i wsparcie.

Start był o 11, a ja już od 7 nie mogłam spać. Wyjątkowo też, bo zupełnie inaczej niż zwykle, w biurze zawodów pojawiłam się godzinę wcześniej. Pogoda jak dla mnie była idealna. Cieszyłam się, że nie świeci słońce i jest tylko 5 stopni na plusie. Wiatr? Może i chwilami przeszkadzał, ale biegnąc w tłumie nie czuje się aż tak tego.

Razem z Mateuszem ustawiliśmy się za balonikiem 2:09, co wydawało się najlepszą opcją. Na zegarek spojrzałam tylko raz, przekraczając linię startu włączając stoper. Później właściwie o nim zapomniałam, bo umowa była taka, że wynik sprawdzę dopiero na mecie.


maratomania.pl

Pierwsze kilometry mijały bardzo szybko. Była siła i chęci na rozmowy. Przy 5 kilometrze nie mogłam uwierzyć, że to już i punkt z wodopojem wydawał mi się zupełnie niepotrzebny. Tempo było dobre, wiedziałam, że je utrzymam i mimo, że czasem sama z siebie chciałam przyśpieszyć, to na szczęście miał mi kto zwrócić uwagę, by tak nie robić.

I tak, właściwie nawet nie wiem kiedy dotarliśmy do Rynku, mając za sobą 11 kilometrów. Czułam, że siły mnie opuszczają, ale Mateusz wciąż utwierdzał mnie w przekonaniu, że mam ich bardzo dużo, a ludzie wokół zdecydowanie mniej i idzie mi bardzo dobrze. Wierzyłam mu, nie patrzyłam na zegarek, a balonik był cały czas przede mną w tej samej odległości, więc musiał mieć rację.

Po 15 kilometrze było już ciężko. Przy zbiegu na Bulwary czułam spore zmęczenie, ale nie poddawałam się. Zostało już niewiele, bo 5km, a tyle biegam na parkrunie, więc na pewno dam radę. Wbiegając na Salwator przeszło mi przez myśl, że tutaj mieszkam, więc może jednak wrócę do domu. To było tylko chwilowe, przecież chciałam PRZEBIEC Marzannę.


fot. Dominika Izdebska

Na ostatnich 2-3 kilometrach prowadziłam ze sobą już tylko wewnętrzny monolog, składający się ze słów motywujących do walki. Moment kryzysowy nastąpił na Błoniach i tutaj wielkie podziękowania dla Mateusza, bo gdyby nie on i jego doping, na pewno przeszłabym do marszu. Na ostatniej prostej spotkałam Marię z ITMBW, tym razem udało się przybić piątkę, pojawił się uśmiech na twarzy i kryzys minął.

W oddali widziałam już tylko metę, a ta z sekundy na sekundę znajdowała się coraz bliżej. Zaczęliśmy przyśpieszać, mijać ludzi, słów zagrzewających do walki nie brakowało, a najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa spotkanej dziewczyny „Biegniemy po szczęście, jest już tak blisko! Gonimy je!”.


maratomania.pl

Dogoniłam szczęście. Przekroczyłam metę zmęczona, ale szczęśliwa. Dałam z siebie 100%. Takiej satysfakcji z biegu nie miałam jeszcze chyba nigdy. Wynik jaki uzyskałam (2g:11m:52s) jest bardzo podobny do tego z zeszłego roku, jednak znaczy zdecydowanie więcej. 

Organizacyjnie mogłabym wiele zarzucić, jednak minęło już wiele czasu i patrzę na to bardziej przychylnie. Całą trasę piłam tylko wodę, nie chciałam cukru, bananów izotoników, dlatego najbardziej na mecie brakowało mi jedzenia. Wystarczyłby banan, batonik, cokolwiek. Pewnie gdyby nie tak długa kolejka do depozytu (którą przeczekałam na hali) nie czułabym głodu, bo nawet po drodze kupiłabym sobie coś do jedzenia czy skorzystała z posiłku regeneracyjnego. Niestety, gdy opuściłam biuro zawodów, kuchnia polowa się już zwijała. Czy coś jeszcze? Punktów dopingowych było niewiele, to pewnie wina pogody, ale wielka szkoda. A koszulka z pakietu? Identycznie jak ta z zeszłego roku, wyląduje na dnie szafy.

fot. Dominika Izdebska

To wszystko nie ma tak naprawdę teraz dużego znaczenia, bo dla mnie liczył się sam bieg, w którym nie poddałam się nawet na chwilę. Walczyłam do samego końca. PRZEBIEGŁAM 21km 75m bez muzyki, endomondo i kontrolowania czasu. Tego jeszcze nigdy nie dokonałam, stąd ta satysfakcja. Jestem z siebie bardzo duma. Półmaraton Marzanny dla mnie był taki, jaki być powinien. Wiem, że największą pracę wykonałam sama, ale wsparcie na trasie miało ogromne znaczenie (dziękuję!). 

Ten bieg pomógł mi ponownie uwierzyć w siebie oraz w to, że jestem w stanie biec bez przerw na marsz tak długie dystanse. Teraz jestem pewna, że mogę jeszcze wiele osiągnąć i na pewno będę o to walczyć.

/E.

Czytaj dalej

Puma Faas 500


Pumy Faas 500 mam mniej więcej od połowy kwietnia 2014. Kupiłam je zaraz po Elbrus Ancona skuszona wieloma pozytywnymi opiniami w sieci. Jako, że Nike Revolution 2 odeszły w zapomnienie konieczna mi była druga para, bo jestem zdania, iż biegacz powinien mieć co najmniej dwie.




Puma Faas 500



Producent zapewnia, że są to buty dla supinatorów i osób o neutralnym typie stopy. Mają bardzo dobrą amortyzację przez co chronią stopę przed urazami czy kontuzjami. 

Nie wiem jak zachowują się w śniegu, ale w czasie deszczu szybko przemakają (zwłaszcza czubki) i robią się momentalnie ciężkie. Schną również dużo dłużej niż inne moje buty. Gdy temperatury są wysokie (około 30 stopni) stopa bardzo się grzeje. Siateczka jest drobna, przez co wentylacja w moim odczuciu jest ograniczona.

Miękki zapiętek to jeden z największych plusów. Nie ugniata, nie obciera, świetnie przylega. Myślę, że wszystkie biegowe buty powinny mieć taki.


Puma Faas 500

Przebiegłam w nich około 400-500 km, wykonałam bardzo różne treningi, a buty są ciągle w bardzo dobrym stanie. Nie ma przetarć, zdartej siatki, wytartej podeszwy, a po praniu wyglądają jak nowe. Spotkałam się z opiniami, że sznurówki się rozwiązują, ale mnie nie zdarzyło się to ani razu. Myślę, że to po prostu kwestia odpowiedniego zasznurowania.

System BioRide ma zapewniać bardziej wygodny i komfortowy bieg. Może i faktycznie tak jest, bo but jest niesamowicie wygodny, ale ja.. nie potrafię w nich biegać. Mam wrażenie, że mnie hamują. Podeszwa jest gruba i miękka. Zakładając je, czuję się tak jakbym miała pod stopami poduszki. Nie ma tej pewności kroku co w Asicsach. 


Puma Faas 500

Dochodzę jeszcze do jednego wniosku, a mianowicie, że dobrze się w nich biega poniżej 5 min/km stąd mój dyskomfort. Takie tempo osiągam niezwykle rzadko (ostatnio na Biegu Wilczym Tropem i faktycznie było bardzo lekko). 

Cóż... ile ludzi tyle opinii. Jedno jest pewne, Puma Faas 500 nie są dla mnie i zakładam je bardzo okazyjnie. Ratują mnie najczęściej w sytuacji, gdy inne buty mam mokre/brudne. Latem często w nich jeżdżę na rowerze, albo po prostu spaceruję.

/E.



Recenzje innych butów na blogu:

Kalenji Ekiden 50
Nike Revolution 2
Elbrus Ancona


Czytaj dalej

Bieg Wilczym Tropem 2015 - magiczny moment


W ubiegłą niedzielę (1 marca 2015 roku) miałam okazję wziąć udział w ogólnopolskiej  akcji upamiętniającej Żołnierzy Wyklętych – Biegu Wilczym Tropem 2015. Wyjeżdżając z domu nawet nie przypuszczałam jak pozytywne skutki mi on przyniesie.



Bieg odbył się w Piotrkowie Trybunalskim (nieopodal mojej rodzinnej miejscowości) na symbolicznym dystansie 1963 metrów, co było nawiązaniem do daty śmierci ostatniego Żołnierza Wyklętego zamordowanego w 1963 roku.

Jako, że bieg zaplanowany był na niedzielę, do tego na stosunkowo krótkim dystansie, to tydzień wcześniej poprzestawiałam swój plan treningowy w ten sposób, by móc w nim pobiec i nie zaburzyć całości (z reguły w niedzielę robię długie wybiegania).



Bieg Wilczym Tropem to typowo rodzinny bieg, a głównym celem było propagowanie postaw patriotycznych, krzewienie kultury fizycznej i rekreacji, integracja społeczeństwa oraz promocja regionu. Udział w nim był darmowy, a każdy z uczestników miał dostać pakiet startowy w formie koszulki lub pamiątkowego medalu. Frekwencja podobno przerosła organizatorów stąd takie rozwiązanie.

Mimo tego, że organizacji mam dużo do zarzucenia (niby brakło koszulek, a wiele osób nie mających zamiaru brać udziału w biegu dostało po kilka sztuk, na mecie zostałam poinformowana, że po biegu będzie wręczanie nagród, a i tak ich nie było, do tego w biurze panowało spore zamieszanie) to i tak jestem zadowolona.



Dlaczego?

 

Po raz pierwszy "stanęłam" na podium, co było dla mnie ogromną niespodzianką, bo w całym biegu wystartowało aż 446 biegaczy. Takiego wyniku zupełnie się nie spodziewałam. Owszem zamysł był taki, że dam z siebie jak najwięcej, ale nie, że wpadnę jako 3 kobieta na metę. Co z tego, że nie było dyplomów/nagród/pucharów to i tak start w Biegu Wilczym Tropem dał mi mnóstwo motywacji do dalszej pracy, a o radości już nawet nie wspomnę.


/E.


Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca i plany na marzec 2015


Początek lutego rozpoczęłam z jedną główną myślą - "to będzie dobry miesiąc". Każdego dnia starałam się tego trzymać, a w chwilach zwątpienia powtarzałam to zdanie, aż uwierzyłam. Wyleczona kontuzja, dni coraz dłuższe, wiosna coraz bliżej. Musiało być przecież dobrze. 


Czy było?


- 2 biegi parkrun i coraz bardziej zadowalające wyniki (zwłaszcza ostatni)
- 127 km w biegu (w porównaniu do ubiegłego miesiąca (67km) jest sukces!)
- prawie 6 km na rolkach (czy ktoś mi teraz powie, że rolki są sportem sezonowym?)
- dwa wyjazdy na snowboard (wyraźnie widzę swoje postępy, teraz jazda to czysta przyjemność)
- prawie 23 godziny spędzone aktywnie




Na miesięcznym zestawieniu robi się coraz bardziej zielono. Niedzielne biegi są dłuższe, a wszystkie treningi odpowiednio zaplanowane. Nie brakuje również ćwiczeń uzupełniających (gimnastyka i treningi obwodowe). 

Na miesiąc przed Półmaratonem Marzanny postanowiłam skupić się przede wszystkim na bieganiu. Powstał też plan, który powiesiłam na ścianie, aby odpowiednio się zmobilizować. Czy późno? Zależy. Myślę, że lepsze to niż nic, a i tak pozytywnie wpłynie na moją formę.


Plany na marzec 2015?


Biegowe zdecydowanie. Jako, że Półmaraton Marzanny będzie punktem kulminacyjnym miesiąca, wszystkie treningi podporządkowane są właśnie pod niego. Ostatnie sobotnie 20-to kilometrowe wybieganie dodało mi dużo pewności siebie, więc jestem dobrej myśli. Na bieg zapisałam się z zamiarem uzyskania jak najlepszego wyniku, jednak o dobrej zabawie na pewno nie zapomnę.

Po półmaratonie planuję ruszyć ze spełnianiem kolejnego marzenia. Potrzebna jest mi tylko odpowiednia pogoda, bo.. resztę już mam. Więcej o tym wkrótce :)

@keepdreamsclose

/E.

Czytaj dalej