To się działo naprawdę - mój 2015 rok

Z uśmiechem spoglądam wstecz i wspominam minione 12 miesięcy. Wydarzyło się tak wiele, że nie sposób wszystko spamiętać, jednak najważniejsze fakty są wciąż żywe.



Rok 2015 nie rozpoczął się szczęśliwie. Ból w paśmie biodrowo-piszczelowym nie pozwalał mi normalnie trenować i dopiero pod koniec stycznia mogłam wrócić do biegania. Kontuzja pozwoliła mi wyciągnąć ważne wnioski i dała nieco inne spojrzenie na bieganie.

Zaczynałam praktycznie od zera, ale z innym myśleniem. Wtedy jeszcze tempo poniżej 6 minut na kilometr było dla mnie ogromnym wysiłkiem. Mimo, że miałam świadomość, że kiedyś biegałam szybciej, to cieszyłam się, bo nie musiałam już przerywać biegu marszem.

Prawie miesiąc przerwy bardzo pozytywnie wpłynął na moje myślenie. Zaczęłam bieganie postrzegać nieco inaczej. To był ten czas, gdy bieganie dla samego biegania przestało mi już wystarczać i zapragnęłam  być w tym coraz lepsza.

W między czasie podjęłam też współpracę z Mateuszem. Chciałam, by ktoś miał wgląd w moje treningi, potrzebowałam konsultacji, rady i odpowiedniego wsparcia. Taki układ daje mi dużą motywację i jak się okazuje skutki są bardzo pozytywne. Bardzo dużo mu zawdzięczam.

W 2015 roku startów nie brakowało, ale jest tylko kilka takich, które zapamiętam na długo:


- Półmaraton Marzanny był  moim pierwszym startem w tym roku i jednym z najważniejszych. Mimo, że nie poprawiłam rekordu życiowego, to poprawiłam swoją pewność siebie. Ten start, dał mi ogromną nadzieję na przyszłość.

- Kwietniowy Bieg Nocny to kolejny i tym samym ostatni najważniejszy wiosenny start. Wreszcie coś ruszyło, pobiegłam szybciej niż zwykle, poprawiłam swój czas na 10 km i uświadomiłam sobie, że mogę naprawdę wiele osiągnąć.

- II Cracovia Półmaraton Królewski - największym marzeniem roku 2015 było złamanie dwóch godzin w półmaratonie. Ciągle to nade mną wisiało i bardzo ciężko było mi uwierzyć, że to zrobię. Mimo wszystko nie poddawałam się i już w maju zaczęłam walczyć o swoje. Dzielnie trenowałam przez kolejne miesiące i stopniowo, im bliżej półmaratonu, tym więcej się działo. Zaczynałam biegać coraz szybciej, z większą lekkością i mniejszą zadyszką. Poprawiałam swoje oficjalne i nieoficjalne rekordy, złamałam 25 minut na 5 km, a stojąc na starcie 24 października byłam pewna swego. Spełniłam największe marzenie 2015 roku przekraczając metę z wynikiem 1h:57m:10s.

Kolejne miesiące, to kolejne sukcesy. Nakręciłam się. Nie chciałam zwalniać.

- Na kieleckim Biegu Niepodległości zrobiłam życiówkę na 10 km, którą nieoficjalnie poprawiłam podczas Bełchatowskiej Piętnastki, łamiąc prawie 50 minut na dyszkę.

- Piątki również były dla mnie szczęśliwe. Od listopada regularnie na Biegach Parkrun urywałam kolejne sekundy, osiągając do tej pory najlepszy czas 23m:43s.

Sezon jesienny dał mi ogrom motywacji i jeszcze więcej radości. Dał też świadomość, że jestem w stanie biegać szybciej, mogę przełamywać bariery, a niemożliwe nie istnieje, jeśli tylko włoży się w to odpowiednio dużo serca i wysiłku.


Poza bieganiem pokochałam snowboard i slalom na rolkach. Uświadomiłam sobie jak ważne są treningi uzupełniające, rozciąganie i odpowiednia rozgrzewka. Nauczyłam się odpowiednio trenować i słuchać swojego organizmu. 2015 był dla mnie szczęśliwy, pozwolił spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy, nauczył wyciągać wnioski i przekraczać granice. Jestem dobrej myśli i z uśmiechem patrzę na kolejne 12 miesięcy.

Czytaj dalej

A w maju pobiegnę w Cracovia Maraton...

Pakiet startowy na Cracovia Maraton dostałam już w sierpniu, ale ostateczną decyzję o tym, że biegnę podjęłam dopiero w listopadzie. Wygrana w konkursie była tak naprawdę dla mnie tylko zachętą.



Wiedziałam, że nie mogę po prostu wstać z łózka i przebiec maratonu. Potrzebuję do tego odpowiedniego przygotowania. Część z Was pewnie pamięta jak kilka miesięcy temu napisałam, że na maraton jest jeszcze za wcześnie (klik). To był czerwiec. Półmaraton wciąż był dla mnie wyzwaniem, a marzenie o złamaniu 2 godzin bardzo odległe.

Od tamtego czasu minęło już prawie pół roku i myślę, że wiele się zmieniło. Dojrzałam, biega mi się dużo lepiej i lżej. Kilkakrotnie poprawiłam swoje rekordy życiowe, przebiegłam półmaraton poniżej dwóch godzin i prawie złamałam 50 minut na 10 km. Teraz, gdy myślę o 20 kilometrach uśmiecham się. Bardzo lubię ten dystans.


Dlaczego maraton?
Nie dlatego, że inni przebiegli, więc ja też chcę. Nie dlatego, że to już czas, pora czy presja, bo tyle już biegam. Czekałam, bo nie chciałam by maraton był czymś, co skreślę z listy zadań do zrobienia i więcej już do tego nie wrócę. Decyzja o maratonie dojrzewała we mnie długo. Musiałam nabrać pewności siebie, oswoić się z dłuższymi dystansami i nauczyć godzić prawdziwe treningi z resztą swojego życia. Nie chcę też, by maraton oznaczał dla mnie jedynie pokonanie dystansu. Potrzebuję odpowiedniej motywacji, by zrobić to najlepiej jak potrafię. O czasie nie chcę jeszcze mówić, ale myślę, że poprzeczka ustawiona jest na odpowiedniej wysokości, a ja dzięki mądrym i konsekwentnym treningom osiągnę to, co sobie zaplanowałam.

Do maja jeszcze dużo czasu, choć i ten minie pewnie bardzo szybko. Przede mną 21 tygodni przygotowań. Plan jest gotowy, więc cotygodniowe długie niedzielne biegi będą dla mnie codziennością i wcale nie myślę o nich jako o złu koniecznym. Tak naprawdę to cieszę się i nie mogę doczekać pierwszych trzydziestu kilometrów. Chcę przebiec Cracovia Maraton, by znów przesunąć granicę i zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam. Lubię wyzwania i maraton na pewno nim będzie, a przy odrobinie chęci i samozaparcia wierzę, że mu sprostam.


Trzymajcie kciuki!
Czytaj dalej

Bieg po marzenia - II Cracovia Półmaraton Królewski

O złamaniu 2 godzin na dystansie 21 km 97,5 m marzyłam od dawna. To był mój cel numer jeden już od pierwszego półmaratonu. Wraz z upływem czasu stał się trochę bardziej odległy, bo nie byłam w stanie odpowiednio się przygotować. Dopiero w tym sezonie postawiłam wszystko na jedną kartę i albo teraz, albo... teraz.


Tauron Arena Kraków

O swoich przygotowaniach i założeniach pisałam w poprzednim wpisie. Wszystko było jasne, a cel precyzyjny. Czy wierzyłam, że to zrobię? Czy spodziewałam się tego co mnie czeka?

Przyznam, bałam się publikować ostatni post. Z prostej przyczyny - nie chciałam tłumaczyć się, gdyby czasem coś nie poszło. Jestem pewna, że wiele osób tak robi, by po wszystkim po prostu pochwalić się nowym lepszym/gorszym wynikiem i nie być rozliczanym z własnych założeń. Bardzo chciałam to zrobić, a jakikolwiek inny wynik powyżej 2 godzin byłby po prostu moją porażką. Dodając post na bloga postanowiłam zrobić sobie na przekór i trochę też innym, by pokazać, że warto wierzyć w siebie i wyznaczać sobie jasne cele. Mówiąc głośno o swoich założeniach też da się je osiągnąć (pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest to łatwiejsze, bo motywacja rośnie).

Na tydzień przed półmaratonem złapałam zapalenie ucha. Ból na szczęście nie był jeszcze na tyle silny, bym nie mogła normalnie funkcjonować. Mało tego, po powrocie z biegania w środę miałam skurcze w łydkach.  W międzyczasie pojawiły się też inne mniejsze lub większe, wymyślone, bądź nie schorzenia. Na szczęście w sobotę wszystko grało, a robiąc rozgrzewkę i później już stojąc na starcie, wiedziałam, że to jest TEN dzień. Ten dzień, gdy wreszcie złamię 2 godziny w półmaratonie.


Trasa 2. Cracovia Półmaratonu Królewskiego była bardzo przyjazna biegaczom.  Właściwie płaska, tylko z kilkoma niewielkimi podbiegami. Wiodła przez miejsca, które doskonale znam z codziennych treningów. Wiedziałam czego się mogę spodziewać, a mimo to przez ostatnie dni zarówno mapę jak i profil trasy dokładnie studiowałam układając sobie w głowie wszystko po kolei. Śmieję się teraz, że tyle czasu spędziłam na analizowaniu i wizualizacji, a w moim biegu nie było jakiejś większej filozofii. Po prostu: utrzymaj jak najdłużej tempo 5:35 bez względu na wiatr czy podbiegi, a po 15 km możesz przyśpieszyć. 

Najbardziej obawiałam się startu i tego, że przez tłum nie uda mi się utrzymać zamierzonego tempa. W sumie to nawet jakoś bardzo się nie pomyliłam, bo do mniej więcej 3 kilometra mijałam ludzi biegnąc po krawężniku/trawie. Później troszkę się wszystko rozciągnęło, ale na Rondzie Grzegórzeckim znowu zrobiło się ciasno i musiałam wyprzedzać tym razem niestety pod górkę. Na zbiegu na szczęście wszystko nadrobiłam.


Trasy na Bulwarach również się bałam, bo znowu wąsko, czyli korek, mijanie, a do tego jeszcze punkt z wodą. Uznałam, że nie będę sobie zaprzątać nim głowy i biegłam trawnikiem.  Na 6 kilometrze wybiegając na Aleje miałam wielką ochotę przyśpieszyć. Wiedziałam, że przede mną jeszcze 15 km, dlatego powtarzałam przez prawie dwa kilometry non stop „zwolnij, zwolnij, nie zepsuj tego, zostaw siły na później”. Tak też dobiegłam do Błoń.

Na Błoniach wykręciłam podczas przygotowań już wiele kółek, dlatego cały półmaraton podzieliłam na dwie części – trasa do Błoń i z Błoń do mety.  Gdy dobiegłam cieszyłam się, że tu jestem. To była chyba najprzyjemniejsza część 2. Cracovia Półmaratonu. Nawet, gdy znalazłam się w odległości 5 minut marszem od domu, nie pomyślałam o powrocie (biegnąc w marcu Marzannę ledwo się powstrzymałam, by nie skończyć półmaratonu przed metą).


Pomiędzy 10-11 kilometrem zjadłam żel, a później już tylko Rynek, Smok Wawelski, ponownie Bulwary i..  21 kilometr. Nie pomyślałabym, że trasa od 12 do 21 kilometra minie mi aż tak szybko. Zegarek cały czas pokazywał to co sobie założyłam. Nie musiałam nawet jakoś specjalnie przyśpieszać, by utrzymać tempo. Momentami dziwiłam się, że tak łatwo mi to przychodzi. Było dobrze. Nic nie dodaje motywacji tak jak to, że wszystko idzie po Twojej myśli. Cieszyłam się, bo czułam się po prostu świetnie. Jedynie pod stopami palił się już ogień, ale na szczęście był do zniesienia.

Ostatni kilometr to już formalność. Tam czekało mnóstwo kibiców zagrzewających do walki, dlatego udało mi się jeszcze na koniec trochę przyśpieszyć. Znajomi z różnych stron krzyczeli "Ewelina, dalej, dalej do mety już blisko", więc po prostu frunęłam. Tak jak 21 kilometrów minęło w oka mgnieniu, to ostatnie 100 metrów do mety ciągnęło się w nieskończoność. Meta owszem robiła wrażenie, ale po wbiegnięciu na halę czułam się trochę ogłuszona. Zatrzymałam się, spojrzałam na zegarek i... miałam łzy w oczach. Zrobiłam to.



Naprawdę to zrobiłam. Przebiegłam półmaraton poniżej dwóch godzin z prawie 3 minutowym zapasem. Z jednej strony wiedziałam, że się uda, a z drugiej ciężko mi było w to wszystko uwierzyć mając w pamięci wiosenny półmaraton z czasem o około 15 minut gorszym. Odetchnęłam. Wreszcie miałam to za sobą i co najlepsze zapracowałam na to. Nie boję się tego powiedzieć, bo to nie przypadek, nie szczęście, czy talent, tylko serce jakie włożyłam w przygotowania.


To był piękny dzień. Marzenia się spełniają.

Czytaj dalej

Droga do marzeń

Stało się.  Jestem już właściwie na finiszu pięciomiesięcznego planu treningowego przygotowującego do półmaratonu.  Czas zleciał niesamowicie szybko, jednak nie na tyle, bym nie zdążyła się odpowiednio przygotować.



Cel już na początku maja ustanowiłam sobie jasny. Chcę zrobić to, czego nie udało mi się za pierwszym razem - złamać dwie godziny w półmaratonie.  Z perspektywy czasu i doświadczenia jakie zdobyłam, wiem, że startując w Marzannie w 2013 roku po prostu nie byłam na taki wynik gotowa. Na szczęście teraz jest zupełnie inaczej.

Przygotowania specjalnie zaczęłam na tyle wcześnie, aby  jeszcze przed wakacjami wdrążyć się w plan treningowy i skrupulatnie go wykonywać.  Wcześniej też, zaplanowałam swój sezon startowy tak, aby wszystko od samego początku dopięte było na ostatni guzik.

Plan najpierw ułożyłam sama, a później skonsultowałam go z Mateuszem, który cały czas czuwał nad wszystkim. Moje zostały soboty i niedziele, a wtorki i czwartki już według zaleceń. Mimo tego, że plan treningowy został spisany, to zdarzały się sytuacje, że na bieżąco po konsultacjach wprowadzaliśmy zamiany. Wszystko zależało od obecnego stanu zdrowia/samopoczucia czy sytuacji.

W czwartki najczęściej robiłam drugi zakres, we wtorki i soboty pierwszy z elementami siły biegowej, a w niedzielę wybieganie (minimum 15km). Dodatkowo, co 3 tygodnie we wtorek zamiast OWB1 biegałam interwały/rytmy. Poniedziałki i środy były do mojej dyspozycji. Wtedy zwykle jeździłam na rolkach i/lub ćwiczyłam jogę. Piątek natomiast w większości przypadków był dniem wolnym.

Plan treningowy był na tyle elastyczny i dopasowany do moich możliwości, że nawet po ponad tygodniowej przerwie spowodowanej chorobą udało mi się podnieść i wrócić na właściwe tory. Warto też wspomnieć, że przez cały ten okres wcale nie było tak kolorowo, zwłaszcza na początku, gdy organizm nie był przyzwyczajony do cięższych treningów, a ja nie widząc efektów (na które było zwyczajnie za wcześnie) byłam zrezygnowana. Na szczęście miałam w sobie trochę determinacji, dzięki czemu dalej realizowałam plan i czekałam na „lepsze jutro”, które nadeszło w odpowiednim czasie.


Podczas planu treningowego poprawiłam swoje wszystkie wyniki. Niektóre z nich tylko treningach, ale na tyle często, że nie jest to tylko przypadek czy błąd GPS. Wskoczyłam na wyższy poziom i myślę, że sobie na to zapracowałam. Poprawiłam technikę, nauczyłam się trzymać równe stałe tempo przez cały dystans, a prędkość, która kiedyś wydawała się nie do wytrzymania przez ponad 8km, teraz staje się coraz bardziej przyjazna.

Sobotni Półmaraton Królewski będzie dla mnie wisienką na torcie za te 5 miesięcy przygotowań. Jestem pełna nadziei, że wszystko pójdzie po mojej myśli i nic nie stanie na drodze do spełnienia marzeń. Najważniejszą pracę już wykonałam, teraz zostaje mi „tylko” ten cel zrealizować. Trzymajcie kciuki!


Czytaj dalej

Moc biegania ze śródstopia

Od mniej więcej półtora miesiąca biegam wyłącznie ze śródstopia. Przyzwyczaiłam się już do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie powrotu do walenia piętą o asfalt. Ta zmiana nie przyszła nagle, bo potrzebowałam trochę czasu i bardzo się cieszę, że spróbowałam.

 


Plan treningowy do Półmaratonu Królewskiego zaczęłam realizować na kilka miesięcy przed nim. Postanowiłam się do niego odpowiednio przyłożyć i sprawdzić ile jestem w stanie osiągnąć. O samym planie jeszcze napiszę, a dziś chciałabym wspomnieć o bardzo istotnej zmianie na którą się zdecydowałam, czyli poprawie techniki, a tym samym przejściu na śródstopie.

Jak to się zaczęło?
Banalnie. Kupiłam buty z mniejszą amortyzacją. Zakładałam je tylko na szybsze 5-8 kilometrowe biegi i miało mnie to zachęcić do pracy nad aspektem technicznym. Od razu przyznam, było ciężko. Nie wiedziałam jak się za to zabrać, miałam wrażenie, że to co robię jest bardzo nienaturalne, a o samym komforcie nie wspomnę. Mimo to, wizja poprawnej sylwetki podczas biegu i wynikające z tego korzyści skutecznie motywowała.

Pracę nad zmianą zaczęłam najpierw od biegania na palcach przez 200-500 m pod sam koniec treningu. Stopa nie chciała naturalnie lądować na śródstopiu, więc postanowiłam biegać ten odcinek na palcach. Było dziwnie, ale taki właśnie był początek.


Z czasem wplatałam coraz więcej takich „przebieżek” zwykle na rozgrzewkę i rozluźnienie. Z treningu na trening coraz bardziej się z tym oswajałam i stopniowo, ale nie na siłę wydłużałam dystans. Biegając zdarzało się, że zapominałam o technice i wracałam do biegania z pięty, ale gdy tylko sobie o tym przypomniałam, starałam się poprawiać.

Im dłużej próbowałam, tym częściej stawiałam sobie wyzwania typu: „dziś przebiegnę 2 km”, „spróbuję pięć”, ”może uda się 10?” aż wreszcie przebiegłam tak półmaraton. Minęło 1,5 miesiąca i mogę stwierdzić, że przychodzi mi to już naturalnie.

Czy warto?
Zdecydowanie odpowiadam, że tak. Przede wszystkim podczas biegu czuję się lekko. Stawiając kroki, nie walę z całej siły o podłoże tylko zwyczajnie odbijam się i sunę do przodu, a co za tym idzie ekonomia biegu jest dużo lepsza. Nie wytracam prędkości, tylko ją zwiększam/utrzymuję, bo przednia część stopy zdecydowanie lepiej radzi sobie z amortyzacją niż pięta. Sylwetka podczas biegu układa się inaczej i co ważne, nie wyglądam już jak wymęczony zgarbiony biegacz z tekstem na czole „o jesu długo jeszcze?”. Praktycznie zapomniałam też o bólu kolan i jestem przekonana, że lepsze wyniki, to również zasługa biegania ze śródstopia.



Co jest ważne:
Nie da się przejść na bieganie ze śródstopia z dnia na dzień. Na zmianę techniki potrzebowałam trochę czasu. Decydując się na to wiedziałam, że muszę szczególnie zadbać o ćwiczenia uzupełniające, bo bez nich szybko nabawiłabym się kontuzji. Biegając z pięty obrywają nasze kolana, a biegając ze śródstopia większe obciążenie ma ścięgno Achillesa. U mnie sprawdziły się ćwiczenia całego ciała minimum 2 razy w tygodniu (plus joga), rozciąganie po treningu i skipy.

Na przejście z biegania z pięty na śródstopie zdecydowałam się przede wszystkim dlatego, że zapragnęłam prędkości, a bieganie rekreacyjne nie dostarczało mi już takiej radości. Lubię próbować nowych rzeczy, a jeżeli jest jeszcze coś, co może pozytywnie wpłynąć na moje wyniki, to z chęcią to sprawdzę, bo przecież nic nie tracę. Nie mam zamiaru nikogo namawiać do biegania naturalnego, ale odradzać również nie będę. U mnie zdało egzamin.


Czytaj dalej

Jestem biegaczką - fajne uczucie


Biegaczką być łatwo nie jest. Biegaczką, nie biegaczem. Kobiety mają często absurdalne pomysły, które z perspektywy czasu śmieszą i myślę, że cały właśnie w tym urok. Czy mężczyźni tak mają? Nie wiem, ale może się dowiem?*



Jak się ubrać, by jednocześnie ładnie wyglądać, a z drugiej strony również czuć się komfortowo. Czy jak założę różowe buty, to zielone skarpetki będą pasować? Związać włosy w kucyk, czy może zapleść warkocz? Zrobię kucyka, będzie wygodniej. Makijaż? Podkład odpada, ale rzęsy będą okej. Doda mi to pewności siebie i nie będę czuć się nieswojo. Tak wiem, to trening, jednak lubię czuć się dobrze. To też gwarancja, że prędzej wszystko pójdzie po mojej myśli.

Nie najlepiej się czuję. Tempo staje się coraz mniej komfortowe. Może zwolnię. Tak, zwolnię, a później najwyżej przyśpieszę, ewentualnie zrobię mniej kilometrów. Jednak nie, spróbuję jeszcze kilometr utrzymać to tempo i zobaczymy co dalej. Kilometr? Nie no, może jeszcze jeden się uda. No dobra, to już końcówka, przecież mam siłę. O! Zrobiłam cały trening według planu! Dałam radę. Dziwne, myślałam, że się nie uda.

Jestem zmęczona, mam ochotę na krótką przerwę. Kurcze, głupio zatrzymać się na trasie. Może pobiegnę tak, by minąć światła. Jak mi się poszczęści to trafię akurat, gdy zaświeci się czerwone, więc chwilkę sobie odpocznę. Podoba mi się ten plan.

Cracow

Oh nie! Znowu czerwone? Mam bieg ciągły, nie chcę stawać teraz na światłach! Poza tym, po co mam się zatrzymywać! Wyszłam pobiegać przecież. Ok, to zrobię jeszcze rundkę, może następnym razem trafię na zielone i nie będzie postoju. Udało się - zielone!

Pośpię dziś dłużej, a trening zrobię jak wstanę. O rany, jaka jestem głodna! To najpierw coś zjem, a bieganie troszkę później. Argh! Znowu za dużo zjadłam. Muszę poczekać. Obiad? Już? No dobrze. W takim razie pójdę pobiegać wieczorem. Wieczorem? Po ciemku? To może jednak jutro rano, różnica będzie niewielka. Na śniadanie zjem banana, więc będzie okej. Mam trochę wolnego czasu to się położę. Hola, hola! Nigdzie się nie kładę, idę na trening. Teraz.

Zapisać się na ten bieg czy nie zapisać. Może się zapiszę. Będę miała nowy medal. Biegasz dla medali? No jeszcze koszulka i darmowe jedzenie. Tyle? Oczywiście, że nie. Liczy się jeszcze atmosfera, ludzie i.. to czy mam blisko na start. Serio? Blisko na start? Tak, lubię wygodę. To biegniesz? Tak biegnę, a o której?

To bez sensu. Kolejny beznadziejny bieg. Wszystko idzie nie po mojej myśli. Jeszcze tydzień temu dałam radę bez problemu w tym tempie zrobić 10 kilometrów, a teraz ledwo piątkę wytrzymuję. Cofam się. Muszę odpocząć. To nie dla mnie. Może rolki? Pływanie? Rower? Ewelina, ogarnij się. Nie zawsze można zapierdzielać. Dni gorsze są normalne. To standard, a forma od tak nie znika. Uwierz w siebie, będzie dobrze, rozumiesz?


Wewnętrzne dialogi prowadzę ze sobą od samego początku biegowej przygody. Wielokrotnie rozmawiam ze sobą, motywuję się do działania albo przeklinałam w myślach. To tylko kilka anegdotek, które przyszły mi do głowy. Żyję bieganiem, to wiele dla mnie znaczy i jak widać, często jest bardzo zabawnie.

*post proszę czytać z przymrużeniem oka :)

Czytaj dalej

Zegarek z GPS, a biegacz


Ponad dwa lata regularnych treningów, lepsze wyniki i wyższe poprzeczki. Bieganie z dnia na dzień stało się moją pasją. Zaczęłam coraz częściej inwestować w buty i strój, ale ciągle brakowało jednej rzeczy – zegarka z GPS.



Na swoje pierwsze biegi zabierałam zwyczajny zegarek ze wskazówkami, głównie dlatego, że nie miałam innego. Często też przed wyjściem z domu zerkałam tylko na godzinę, brałam ze sobą mp3 i po powrocie obliczałam orientacyjny czas spędzony poza domem. Dążyłam do przebiegnięcia jak najdłuższego dystansu (który wcześniej skrupulatnie wyznaczałam na google maps), więc informacja o dokładnym czasie była mi zbędna. 

Po kilku miesiącach biegania zmieniły się moje preferencje i cele, dlatego zaczęłam dokładniej rejestrować swoje treningi. W tym celu pożyczyłam telefon z GPS i co jakiś czas na endomondo pojawiały się nowe pucharki. Podobało mi się. Co prawda, na sygnał często musiałam czekać nawet do 10 minut, a zaznaczana trasa częściej przypominała zygzaki niż prostą, to jednak motywacja rosła. Tuż przed swoim pierwszym półmaratonem zmieniłam telefon, kupiłam opaskę do biegania i od tego czasu już na każdy trening zabierałam telefon dbając o to, by w odpowiednim momencie wcisnąć start i stop.

Wraz z początkiem 2015 roku muzyka przestała być nieodłącznym elementem moich treningów. Doceniłam wygodę biegania bez opaski na ramieniu, więc telefon coraz częściej zostawał w domu. Chcąc mieć jakąś dokładniejszą informację o swoim treningu kupiłam pierwszy zegarek ze stoperem i od tej pory biegałam już tylko z nim.


Brak zapisu GPS nie był dużym problem, ale czułam się trochę tak, jakbym cofnęła się w czasie. Ponownie po powrocie do domu wyznaczałam przebiegniętą trasę na google maps, dodawałam czas z zegarka i w ten sposób analizowałam treningi. Nie trudno się domyślić, że z czasem coraz bardziej brakowało mi dokładnych informacji o swoim biegu. Owszem, bywały dni, że zabierałam ze sobą telefon (głównie z zamiarem zrobienia później zdjęcia), ale za każdym razem tak mi przeszkadzał, że już po pierwszym kilometrze żałowałam swojej decyzji. 

Przełom nastąpił podczas jednego z treningów interwałowych, gdy opaska z telefonem zsuwała mi się właściwie przy każdym szybszym powtórzeniu, a ja zamiast skupić się na utrzymaniu odpowiedniego tempa i poprawnej postawy poprawiałam etui. Decyzję podjęłam właściwie już podczas tego biegu, więc późniejszy zakup zegarka z GPS był tylko formalnością. I tak też, wraz z początkiem kwietnia 2015 roku stałam się szczęśliwą posiadaczką Garmina Forerunner 220. Od tej pory jest on moim nieodłącznym towarzyszem treningów i nie wyobrażam sobie obecnie lepszego narzędzia treningowego.

Nike Girl

Po prawie 4 miesiącach użytkowania mogę stwierdzić, że pieniądze przeznaczone na zakup Garmina były jednymi z najlepiej zainwestowanych w moim życiu. Komfort biegania z zegarkiem jest nieporównywalny. Oprócz tego, że mam dokładny zapis trasy, widzę poszczególne międzyczasy to mogę kontrolować tempo na każdym etapie biegu. Wyraźnie widzę swoje postępy i wiem co jeszcze mogę poprawić. 

Bardzo zależało mi na tym, by mój zegarek miał opcję mierzenia tętna. Swój obecny plan opieram w dużej mierze właśnie na nim i okazuje się, że to naprawdę działa. Zapis HR okazuje się bardzo przydatną informacją, chociażby po to, by uniknąć tzw. „zajechania” organizmu. Pasek na klatce piersiowej w niczym mi nie przeszkadza, a podczas biegu praktycznie o nim zapominam. Chciałam też, aby dostępna była możliwość układania własnych interwałów zarówno czasowych jak i odległościowych. Przeliczanie czasu jaki pozostał mi do końca powtórzenia mając do dyspozycji jedynie stoper podczas dużego wysiłku często bywa frustrujące. Nie da się również ukryć, że przy wyborze dużą uwagę zwracałam na design. Skoro wydaję prawie tysiąc złotych na zegarek to niech mi się też podoba. Uwielbiam go, jest piękny.

Zegare z GPS

Nie muszę chyba wspominać o kolejnej bardzo istotnej zalecie posiadania zegarka z GPS jaką jest chęć do działania. Z ręką na sercu przyznaję, że odkąd mam Garmina 220 na treningi wychodzę z ogromną radością, a „nie chce mi się” właściwie nie istnieje. Zegarek z GPS dał mi ogromnego kopa motywacyjnego. Zaczęłam poprawiać swoje wyniki, przestałam niepotrzebnie się denerwować na zsuwającą opaskę z ręki i przede wszystkim wreszcie mam kontrolę nad swoim treningiem.

Myślę, że na pewnym etapie biegania, gdy chce się skupić na poprawie wyników zegarek wiele ułatwia. Jest on jak trener cyfrowy wyciągający pomocną dłoń do osiągnięcia Twoich celów. Dzięki niemu mamy dokładniejsze pomiary naszej trasy/tempa/tętna i nieocenioną pomoc w utrzymaniu odpowiedniej intensywności naszych treningów. O komforcie noszenia zegarka zamiast telefonu chyba nie muszę wspominać. Zegarek z GPS to oprócz wygody wielka motywacja. Dla mnie to po prostu strzał w dziesiątkę.

Jesli ktoś ma ochotę zapoznać się dokładniej z funkcjami Garmina Forerunner 220 to w sieci może znaleźć mnóstwo recenzji. Ja mogę polecić te trzy, które bardzo pomogły mi w wyborze:

Czytaj dalej

Biegam w lesie

 

Podczas powrotów do rodzinnej miejscowości właściwie każdy trening wykonuję w lesie. Mam do niego tak blisko, że aż grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Również w Krakowie, ale już tylko podczas długich niedzielnych wybiegań część trasy planuję po leśnych ścieżkach.


Running Girl, Forest

Dlaczego? Głównym powodem jest to, że biegając po twardym podłożu szybciej możemy nabawić się kontuzji, a wtedy całe nasze biegowe plany legną w gruzach. Co zatem robić? Przenieść się na miękkie podłoże, a najlepiej leśne ścieżki, które lubię najbardziej.


Las to praktycznie same zalety! Spójrzcie sami:


  • Biegając w lesie nie wdychasz spalin, a obecność drzew i odległość od ruchliwych ulic sprawia, że nasz organizm się lepiej dotlenia.
  • Las to teren urozmaicony. Nie brakuje w nim podbiegów i zbiegów, więc przy okazji możemy ćwiczyć (jakże istotną) siłę biegową.  Często jest to wymagający, ale bardzo przyjemny trening, zwłaszcza podczas długich wybiegań.
  • Bieganie po miękkim podłożu odciąża stawy. Po powrocie z długich leśnych wybiegań jeszcze nigdy nie bolały mnie kolana, ani kręgosłup, więc to chyba o czymś świadczy.
  • Zwłaszcza teraz, gdy temperatury w dzień są wysokie,  las jest świetnym schronieniem. Tutaj znajdziemy chłód i ulgę (a także pyszne owoce!).
  • Jesteśmy bliżej natury.  Możemy się poddać refleksji,  odpocząć psychicznie podziwiając otoczenie
     i wsłuchując się w odgłosy natury.

Running girl, Forest

Kocham biegać po lesie i wracam do niego, gdy tylko mam okazję.


Niezależnie od tego czy biegasz w gorący letni dzień, w czasie deszczu, czy w środku zimy to naprawdę warto wybrać się na przebieżkę do lasu. Leśne podłoże sprawia, że nasze mięśnie pracują inaczej, a wykonywane ruchy wydają się bardziej sprężyste.  Dodatkowo za każdym razem zapewniamy sobie piękną i spokojną scenerię.


Czytaj dalej

30 dni z jogą - relaks i wsparcie mojego biegania


Joga towarzyszy mi od samego początku biegowej przygody. Ratuje moje mięśnie, wzmacnia kręgosłup i relaksuje. Kilka spokojnych sekwencji poprawia nastrój i ogólną elastyczność. Gdy ćwiczę jogę regularnie, nie narzekam na ból pleców, nie przeciągam się co 5 minut w pracy i ogólnie czuję się lżej.



Joga polega na angażowaniu mięśni, wzmacnianiu korpusu i zwiększaniu funkcjonalnego zakresu ruchów. Pomaga zachować równowagę mięśniową i utrzymać naturalną postawę. Zauważyłam, że gdy ćwiczę jogę regularnie nie doskwierają mi urazy. Każda kontuzja, którą miałam spotykała mnie w czasie, gdy z jogą miałam niewiele wspólnego.

Na początku marca zdecydowałam się podjąć wyzwanie "30 dni Jogi z Adriene". Potrzebowałam jakiejś motywacji, by ćwiczyć ją regularnie. Chciałam coś zmienić na wiosnę, a jednocześnie sprawdzić czy będzie to miało jakiś wpływ na moje bieganie.

Adriene jest aktorką i joginką. To niesamowicie pozytywna osoba z dużym poczuciem humoru. Ma bardzo przyjemny głos, wspaniały uśmiech i po prostu nie sposób jej nie lubić. Swoją przygodę z jogą zaczęła w młodości jako tancerka i to właśnie taniec nauczył ją integracji ciała, umysłu i serca. Joga przypomina jej, że aby wszystko było w porządku musimy żyć, działać i oddychać świadomie.

Źródło: www.yogawithadriene.com

Już po pierwszych kilku dniach wiedziałam, że to był strzał w dziesiątkę. Codziennie, lub co drugi dzień tuż przed snem wyciągałam matę do ćwiczeń i próbowałam zregenerować się po całym dniu. 

Te 30 dni z Adriene okazało się świetną przygodą. Uwielbiam jej słuchać, ma miły dla ucha kojący głos. Wszystko dokładnie tłumaczy, czasem zażartuje. Widać jaką radość sprawia jej joga i stara się nią nas zarazić (skutecznie). Dla mnie to było niesamowite przeżycie i każdemu z Was polecam spróbować.

Na jej kanale na youtube oprócz zestawów przygotowanych na to 30 dniowe wyzwanie można znaleźć mnóstwo różnych filmików trwających od 12-60 minut, a każdego tygodnia pojawia się coś nowego. Wybór jest spory, dlatego podlinkuję kilka ulubionych:

  • Total Body Yoga - zestaw skupia się na budowaniu wewnętrznej siły i zwiększeniu akcji serca. Część ćwiczeń to typowa stabilizacja (30 min)
  • Half Hour Half Moon Practice - to 15 dzień wyzwania, rozciągamy plecy i nogi, zwłaszcza łydki, a dodatkowo przez kilka minut pracujemy nad równowagą. To jedna z przyjemniejszych sesji, a czas mija niesamowicie szybko (29 min)
  • Gentle Yummy Yoga - relaks, odpoczynek dla górnych części ciała, a skupienie się na dolnych. Po tej sekwencji czułam się bardzo wypoczęta. Zestaw idealny, gdy potrzebujesz czegoś łatwego, luźnego i spokojnego (16-20 min)
  • Playful Yoga Practice - budowanie siły, elastyczności i praca nad oddechem. Doskonalenie pozycji downward dog, rozciąganie łydek, rąk (19 min)
  • Yoga for Weight Loss - Balance Practice - rozciąganie całego ciała, wzmacnianie mięśni, praca nad oddechem i równowagą. Jeden z dłuższych, ale też i szybko mijających zestawów (57 min)

Muszę przyznać, że każda sesja z Adriene jest dla mnie wspaniała. Zestawy obecnie wykonuję od 2 do 3 razy w tygodniu. Najczęściej wybieram te najnowsze, ale też wracam do wcześniejszych. Odkąd ćwiczę jogę szybko zauważyłam jak bardzo uelastyczniło się moje ciało, w pracy przestałam się co chwilę przeciągać, zniknął ból kręgosłupa i cały czas się uśmiecham. Czuję się wypoczęta i zrelaksowana, a wszystko za sprawą tego, że w jodze bardzo ważne jest oddychanie. To właśnie długie głębokie wdechy uwalniają napięcie, redukują stres i niepokój, bo zwiększamy dopływ tlenu do naszego organizmu.


Mocno wierzę, że na poprawę moich wyników biegowych oprócz regularnych treningów duży wpływ ma właśnie joga. Lepsza równowaga mięśni, przekłada się na lepszą formę, a co za tym idzie szybsze bieganie i mniej kontuzji. Jak już wspomniałam joga wiąże się z oddechem. Podczas ćwiczeń oddychamy wolno i głęboko. Wykorzystujemy górną, środkową i dolną część płuc, czyli cały czas pracujemy nad zwiększaniem pojemności płuc, a większa pojemność płuc to też lepsza wytrzymałość, czyli lepsze wyniki.  

To co, rozkładamy matę? :)

Czytaj dalej

Kiedy pierwszy maraton?

Biegam już ponad dwa lata. Piątki, dyszki, piętnastki i półmaratony. Gdy ktoś pyta mnie o maraton odpowiadam, że wszystko w swoim czasie. Dlaczego tak zwlekam?



Maraton? 42 kilometry 195 metrów czyli dla mnie abstrakcja. Biegam średnio 45 km tygodniowo i pewnie czuję się tylko na dystansie 5 i 10 kilometrów. Przy 15tu jest jeszcze w porządku, ale półmaraton wciąż stanowi dla mnie wyzwanie.

No właśnie. Skoro 21 km to wyzwanie, to jak mam przebiec 42? Przebiec, nie przejść.  Odkąd na wiosnę, od startu do mety przebiegłam Półmaraton Marzanny postanowiłam, że już nigdy na trasie się nie zatrzymam. To był mój trzeci półmaraton i dopiero wtedy poczułam się półmaratonką. Chcę by z maratonem było identycznie. Dopóki wiem, że nie jestem w stanie przebiec więcej niż 21 kilometrów nie zrobię tego. Będę maratonką, gdy PRZEBIEGNĘ maraton, bo maratończyk to osoba która 42195 metrów pokonuje biegiem.

Kolejna sprawa to czas. Może i bym przetruchtała maraton na 5h 30min, ale to mnie zupełnie nie satysfakcjonuje. Ten dystans nie jest dla mnie aż tak wielkim marzeniem, by za wszelką cenę go ukończyć. Postanowiłam, że póki nie osiągnę na połówce czasu poniżej dwóch godzin o królewskim dystansie mogę zapomnieć.


Oczywiście kibicuje wszystkim, którzy zdecydowali się na maraton, by w ten sposób spełnić marzenie. Nie mam zamiaru nikogo krytykować, ale takie jest po prostu moje podejście. Jeżeli o mnie chodzi, to zanim zdecyduję się na maraton, zastanowię się jeszcze z 2 razy, czy to aby na pewno dobra decyzja. Stojąc na starcie, nie chcę bać się debiutu.

Czytaj dalej

O tym, że górki można polubić, czyli 3. Bieg Swoszowicki


Bieg Swoszowicki był jednym z pierwszych startów, który zaplanowałam sobie na rok 2015. Szukałam kameralnego biegu w okolicach Krakowa z urozmaiconą trasą (niekoniecznie po asfalcie) i przystępnym wpisowym. Ten wydawał się odpowiedni, więc zapisałam się w pierwszym terminie, a później prawie o nim zapomniałam.



To nie był mój docelowy start, ani okazja na wykręcenie fajnego czasu. Bieg Swoszowicki potraktowałam po prostu jako ciekawszą formę treningu. Wszystko ze względu na to, że dokładnie tydzień temu rozpoczęłam nowy plan treningowy i to właśnie jego realizacja jest moim priorytetem.
Stojąc na starcie, nie miałam pojęcia po ilu minutach przekroczę metę, zwłaszcza, że profil trasy był urozmaicony, a ja po mocnym czwartkowym treningu nie do końca wiedziałam na co mnie stać. Ostateczne założenie było takie, że pobiegnę na tętno nie przekraczając 180 (chyba, że będzie podbieg, wtedy może być trochę wyższe).

Od początku się pilnowałam. Nie chciałam po raz kolejny popełniać tych samych błędów, bo przecież na początku zawsze tłum niesie. Pierwszy kilometr był prawie płaski, tętno jeszcze niskie, a nogi chciały gnać do przodu. Na szczęście zachowałam zdrowy rozsądek i delikatnie zwolniłam.

W połowie drugiego kilometra - pierwszy lekki podbieg, a po nim zbieg, który pozwolił się troszkę rozpędzić. Ta radość nietrwała jednak długo, bo trzeci kilometr rozpoczęła górka, na którą tak bardzo czekałam. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to to, że teraz wreszcie zacznie się prawdziwa zabawa.

profil trasy i tempo

Trochę zwolniłam, jednak cały czas biegłam i przesuwałam się do przodu. Mimo, że oddech był cięższy, tętno skoczyło o kilka kresek do góry, to w moim ciele nic nie protestowało. Z każdym krokiem byłam coraz bliżej, cieszyłam się w duchu i uśmiechałam.

Po mniej więcej dwóch kilometrach pod górkę nastąpił najprzyjemniejszy moment - szybciutko w dół i tak do 8 kilometra. Serio, biegło mi się wspaniale. Powtarzałam to w myślach chyba z pięćdziesiąt razy. 

Pogoda również dopisała. Chłodno, około 12-15 stopni, lekka mżawka, bez wiatru, czyli do biegania idealnie. Całą trasę nie zawracałam sobie głowy tempem jakim biegnę. Wyświetlacz w zegarku ustawiłam na tętno i jedyne co kontrolowałam to właśnie bicie serducha. 

Ósmy kilometr przywitał mnie podbiegiem, który niestety nie wywołał euforii, ale gdy zobaczyłam ile osób zwalnia, bądź przechodzi do marszu to tak się zmotywowałam, że szybko dotarłam na samą górę. Później do mety już tylko przyśpieszałam, mijając parę osób po drodze. Ostatni kilometr przebiegłam nawet sporo poniżej 5 min/km, ale wtedy to już frunęłam. Dosłownie.

czas na mecie 56:30
Z taką satysfakcją i radością dawno nie ukończyłam biegu. Był to od samego początku do końca przemyślany start. 10 kilometrów i wszystko poszło tak jak powinno. Zero kryzysów, zwątpień, czy walki ze sobą. Biegło mi się tak, jak na najlepszym treningu, a podbiegi, które powinny dawać w kość - dostarczały radości. 3.Bieg Swoszowicki to zaraz za Biegiem Nocnym mój najlepszy start w tym roku. Tak mogę biegać, a raczej.. tak właśnie CHCĘ biegać. 

/E.
Czytaj dalej

Highbury Fields Parkrun


Na biegi Parkrun przychodzę od listopada 2013 średnio dwa razy w miesiącu. Bardzo lubię w ten sposób rozpoczynać sobotę, bo wtedy trening biegowy mam już właściwie z głowy, a przy okazji spotykam się ze znajomymi i spędzam miło poranek. Do tej pory za każdym razem biegałam w Krakowie (ukończyłam w sumie 32 biegi), ale cały czas zastanawiałam się jak Parkrun wygląda w innych lokalizacjach. Przy okazji majówki w Londynie miałam świetną okazję się o tym przekonać, odwiedzając Highbury Fields Parkrun.




Pierwszy Parkrun (Bushy) powstał w 2004 roku właśnie w Londynie. Niestety do macierzystej lokalizacji miałam ponad godzinę drogi, a że plany na sobotę zawierały również inne atrakcje, zdecydowałam się na tę najbliżej mnie. (W Londynie nie brakuje Parkrunów. W odległości mniej więcej 15 minut biegiem od miejsca w którym mieszkałam miałam do wyboru trzy różne lokalizacje, a wybierając Highbury Fields Parkrun kierowałam się głównie łatwością trafienia do niego.)

W parku pojawiłam się 15 minut wcześniej, aby spokojnie rozejrzeć się po okolicy i rozgrzać. Zauważyłam, że większość uczestników biegu gromadziło się w mejscu mety, składając swoje rzeczy w "depozycie", a mniej więcej na 5 minut przed 9.00 wszyscy razem (wraz z wolontariuszami i koordynatorami) zaczęli przemieszczać się na start.

Przed samym biegiem jeden z koordynatorów przywitał biegaczy, przedstawia trasę, pozdrawiił First Timer’ow (nowych biegaczy w lokalizacji), osoby spoza UK oraz uczestników mających swój jubileusz – 50, 100 parkrun.

Trasa Highbury Fields Parkrun

Start Highbury Fields Parkrun wyznacza drzewo znajdujące się w południowo-wschodniej części parku w pobliżu tylnej części budynku basenu. Ten bieg jest wyjątkowy, bo składa się z pięciu pętli wokół niewielkiego, ale bardzo urokliwego parku. Trasa, lekko pofałdowana przypomina odwróconą literkę D i przebiega w całości po asfalcie. Wyjątkiem jest meta, która mieści się na trawie i aby do niej dotrzeć wcześniej należy pokonać około 50 metrów.




Pogoda tego dnia była idealna do biegania. 15 stopni, pochmurno i bez wiatru. Nie miałam szczególnych planów na ten bieg. Przyszłam aby się przebiec i sprawdzić jak to wszystko wygląda gdzieś indziej. Jako, że trasa zawierała podbiegi ciężko było utrzymać cały czas równe tempo, więc raz zwalniałam wbiegając pod górkę, a następnie puszczałam luźno nogi i rozpędzałam się w dół. Wszystko razy pięć. 

Bałam się, że takie kręcenie w kółko będzie nudne, ale o dziwo 5 kilometrów minęło bardzo szybko. Już po drugim okrążeniu cieszyłam się, że mam ze sobą zegarek z GPSem, bo dzięki temu byłam pewna, że nie pominę ani jednego okrążenia. W innej sytuacji musiałabym się bardzo pilnować. 

Raczej nie lubię pętli i staram się ich unikać, ale tym razem było bardzo fajnie. Taka trasa ma też swoje zalety, bo dzięki okrążeniom wolontariusze i koordynatorzy mogą nas cały czas dopingować. Możliwe, że to właśnie dlatego czas mija tak szybko. 



Ostatecznie uzyskałam bardzo zadowalający mnie wynik 26:33. Najszybszy mężczyzna przybiegł w czasie 17:21, a kobieta 19:06. W 185 edycji Highbury Fields Parkrun wzięło udział w sumie 146 biegaczy.

Po biegu nie było wody do picia, ani ciepłej herbaty, czego mi trochę brakowało, bo regularnie biegając w Krakowie przywykłam do tego już w takim stopniu, że myślałam, że tak jest po prostu wszędzie. Szkoda również, że grupowej fotki na koniec nikt nie zrobił (albo za szybko się zmyłam).



Podobało mi się. Turystyka parkrunowa to całkiem ciekawy pomysł. Może nie specjalnie, ale przy okazji wyjazdów na pewno będę planować sobotnie starty w biegach parkrun. Właściwie, to już się nie mogę doczekać, gdy odwiedzę kolejną lokalizację.

/E.

Czytaj dalej

Jak biegać świadomie - według Erica Ortona


„Niewiarygodny Cel” zaczęłam czytać podczas kontuzji. Nie mogłam biegać, więc szukałam pocieszenia i wypełnienia czasu, który mogłabym poświęcić na trening. Książka zmieniła wiele w moim podejściu do biegania. Pomogła się podnieść i sprawiła, że zapragnęłam dalej walczyć o swoje marzenia.




Całość napisana jest w nietypowy sposób. Autor zabiera czytelnika do swojej miejscowości – Jackson Hole na kilkodniowy obóz biegowy, podczas którego wprowadza nas we wszystkie elementy swojej techniki biegania. Uczy nas m.in. prawidłowej postawy podczas biegu, diety i treningu mentalnego. Opowiada o tym jak pracuje ciało i jak istotne jest rejestrowanie wszystkich reakcji organizmu podczas wysiłku. 

Orton pokazuje, że w bieganiu poza treningami, motywacją bardzo ważna jest świadomość. Świadomość tego co robimy. Każdy powinien w 100% rozumieć swoje ciało, jak pracują mięśnie, jak oddychamy, odżywiamy się i o czym myślimy w trakcie. Właśnie od tych wszystkich składników zależą nasze wyniki.

Eric powtarza, że trening mentalny jest tak samo ważny jak technika i siła. Grunt to uświadomić sobie co chce się osiągnąć:

„Dzięki świadomej postawie podczas treningów poznasz możliwości swojego ciała 
 - i bardziej mu zaufasz. 
Żaden cel nie będzie już wydawał ci się nieosiągalny. 
Będziesz wiedział, że jesteś dobry i że możesz być jeszcze lepszy”

Pod koniec zaprezentowany jest 5-cio miesięczny plan treningowy dopasowany do odpowiedniego poziomu zaawansowania. Nie brakuje również gotowych zestawów ćwiczeń pozwalających pracować nad prawidłową techniką biegu i wzmacnianiem górnych części ciała czy korpusu. Sama z nich bardzo często korzystam i na ich podstawie ułożyłam swój zestaw treningowy, który wykonuję dwa razy w tygodniu. 




Czytając Niewiarygodny cel momentami czułam się (dosłownie) jak na obozie treningowym z Erickiem. To jest właśnie jedna z tych książek , gdy po przeczytaniu, zakładam buty i.. idę biegać.

Dzięki tej pozycji uświadomiłam sobie swój cel. Zrozumiałam jeszcze lepiej swoje ciało, ustaliłam nowe priorytety i ostatecznie nie zrezygnowałam mimo przeciwności. Teraz wiem, jak biegać świadomie. Jak żyć świadomie i świadomie realizować swój cel. To co niemożliwe, to porażka, bo wszystko jest w zasięgu mojej ręki. Jestem przekonana, że niewiarygodny cel, o którym wspomina autor jest do osiągnięcia na każdym poziomie umiejętności i doświadczenia. 




/E.


Inne recenzje książek na blogu:




Czytaj dalej

Snowboard, dlaczego tak to lubię?

 

Na snowboardzie spędziłam już ponad 22 godziny (3 wyjazdy, w tym jeden dwudniowy). Przejechanych kilometrów w przeróżnych warunkach jest mnóstwo. Nie pomyślałabym, że jazda na desce może sprawiać aż tyle radości. 

 


Od czasu ostatniego wpisu dotyczącego moich początków na snowboardzie zdobyłam już wiele doświadczenia. Teraz jeżdżąc (no właśnie! jeżdżąc, nie ślizgając się) czuję się pewnie, osiągam większe prędkości i mniej się męczę. Upadków już prawie nie ma, a przyjemności z jazdy jest coraz więcej. Nie wiem jak to wygląda z boku, ale słowa "Ej ziomuś, Ty już ładnie śmigasz!" chyba coś znaczą.


Dlaczego tak lubię snowboard?


 

1. Ćwiczenia aerobowe

Jazda na desce poprawia ogólną kondycję oraz spala kalorie. Poza tym jest świetną odskocznią od tradycyjnych treningów. Tutaj nie ma nudy.

2. Równowaga i elastyczność

Sport ten wymaga sporych umiejętności utrzymywania równowagi i balansu ciałem. Ważne jest, aby płynnie i szybko zmieniać kierunek jazdy. Wielokrotnie trzeba włożyć mnóstwo energii, by utrzymać się na krawędzi deski nie wywracając się.

3. Wzmacnianie mięśni

Wbrew pozorom w czasie jazdy zaangażowane są nie tylko nogi. Równie intensywnie pracują mięśnie grzbietu, brzucha, a podczas podnoszenia się również ramiona i barki.

4. Pozytywne emocje

Jazda na desce kojarzy mi się z wolnością i odrobiną szaleństwa. Nawet w początkowym okresie nauki daje mnóstwo radości i satysfakcji. Nie bez powodu sporty zimowe cieszą się coraz większą popularnością.

5. Pewność siebie, brak nudy

Opanowanie nowych umiejętności, to świetny sposób na zwiększenie pewności siebie, a stawianie sobie nowych wyzwań nie pozwala się nudzić.


Tak jak już wspominałam w poprzednim wpisie - początki są bardzo trudne. Gdy nauczyłam się już dobrze jeździć na tylnej krawędzi, przyszła kolej na przednią. Czułam się wtedy tak, jakbym zaczynała od początku. Wielokrotnie wątpiłam w to, że mi się uda, bo liczba upadków wcale nie malała, a kolana obrywały najbardziej. Jednak nie dawałam za wygraną. Po jakimś czasie mój trud przyniósł zamierzony efekt - przechodzenie z tylnej na przednią krawędź deski nie sprawia mi już problemu, a jazda na snowboardzie wygląda już całkiem nieźle. 
 

Z deską nie wolno walczyć, tylko trzeba nauczyć się wykorzystywać jej właściwości.


/E.
Czytaj dalej

Czym jest szczęście?


Szczęście dla każdego z nas jest czymś innym. Odbieramy je nieco inaczej, mamy swoje definicje i poglądy. Nie ma też jednej oficjalnej recepty na to jak stać się szczęśliwym człowiekiem, ale wiem, co może pomóc w odnalezieniu złotego środka. Wystarczy przez chwilkę zastanowić się i wypisać rzeczy/czynności, które sprawiają radość. Nawet te najdrobniejsze.

 

 

Nic trudnego prawda? 


Szczęście to nowe buty do biegania. 
Możliwość podróżowania. 
Ciepły letni deszcz. 
Wiatr we włosach. 
Wodoodporny tusz do rzęs. 
Pływanie w chłodnej morskiej wodzie. 
Wycieczki rowerowe z tatą. 
Zakupy z mamą. 
Bańki mydlane. 
Śmieszne kłótnie z siostrą. 
Niedzielny bieg. 
Kubełek lodów. 
Zadowolenie klientów. 
Karuzela. 
Nowy strój kąpielowy.  
Sukienka, w której wyglądam jak księżniczka. 
Radość rodziców, gdy wracam do domu. 
Miłość. 
Buziak na dobranoc. 
Wspólne gotowanie z chłopakiem. 
Długie spacery. 
Snowboard. 
Kąpiele z bąbelkami. 
Karaoke. 
Życiówka. 
Udane zdjęcia. 
Wschód słońca. 
Jacuzzi. 
Zrealizowany cel.
Śmiech. 
Grube skarpetki. 
Gorąca herbata z miodem i cytryną. 
Słodkie truskawki. 
Lód przynoszący ulgę obolałym mięśniom.   
Wysprzątane mieszkanie.   
Miłe wiadomości­
Uśmiech nieznajomego. 
Nussbeisser. 
Długie spacery. 
Adrenalina. 
Jazda na rolkach. 
Zapach nowej książki. 
Chodzenie boso.
Oglądanie bajek z dzieciństwa.
Pewność siebie.
Zjeżdżanie/zbieganie z górki.
Premia. 
Miękki koc. 
Umiejętność przebaczania. 
Odwaga. 
Ulubiona piosenka. 
Gofry z bitą śmietaną. 
Patrzenie na spadające gwiazdy i wypowiadanie życzeń. 
Widok drugiego szczęśliwego człowieka. 
Udzielanie pomocy. 
Whisky z colą. 
Urocze niespodzianki. 
Wolny weekend. 
Spotkanie ze znajmoymi. 
Promienie słońca. 
Kwitnące kwiaty. 
Spontaniczne wycieczki. 
Nowy medal. 
Spełnianie marzeń…




Te słowa przyszły mi na myśl w ciągu pierwszych 10-15 minut i mogłabym to kontynuować w nieskończoność, a i tak te bardziej prywatne zachowałam dla siebie. Zauważcie, że to wszystko jest wokół każdego z nas. 

Radości można się nauczyć.

Szczęście to po prostu odpowiedni sposób patrzenia na świat.



/E.
Czytaj dalej