To się działo naprawdę - mój 2015 rok

Z uśmiechem spoglądam wstecz i wspominam minione 12 miesięcy. Wydarzyło się tak wiele, że nie sposób wszystko spamiętać, jednak najważniejsze fakty są wciąż żywe.



Rok 2015 nie rozpoczął się szczęśliwie. Ból w paśmie biodrowo-piszczelowym nie pozwalał mi normalnie trenować i dopiero pod koniec stycznia mogłam wrócić do biegania. Kontuzja pozwoliła mi wyciągnąć ważne wnioski i dała nieco inne spojrzenie na bieganie.

Zaczynałam praktycznie od zera, ale z innym myśleniem. Wtedy jeszcze tempo poniżej 6 minut na kilometr było dla mnie ogromnym wysiłkiem. Mimo, że miałam świadomość, że kiedyś biegałam szybciej, to cieszyłam się, bo nie musiałam już przerywać biegu marszem.

Prawie miesiąc przerwy bardzo pozytywnie wpłynął na moje myślenie. Zaczęłam bieganie postrzegać nieco inaczej. To był ten czas, gdy bieganie dla samego biegania przestało mi już wystarczać i zapragnęłam  być w tym coraz lepsza.

W między czasie podjęłam też współpracę z Mateuszem. Chciałam, by ktoś miał wgląd w moje treningi, potrzebowałam konsultacji, rady i odpowiedniego wsparcia. Taki układ daje mi dużą motywację i jak się okazuje skutki są bardzo pozytywne. Bardzo dużo mu zawdzięczam.

W 2015 roku startów nie brakowało, ale jest tylko kilka takich, które zapamiętam na długo:


- Półmaraton Marzanny był  moim pierwszym startem w tym roku i jednym z najważniejszych. Mimo, że nie poprawiłam rekordu życiowego, to poprawiłam swoją pewność siebie. Ten start, dał mi ogromną nadzieję na przyszłość.

- Kwietniowy Bieg Nocny to kolejny i tym samym ostatni najważniejszy wiosenny start. Wreszcie coś ruszyło, pobiegłam szybciej niż zwykle, poprawiłam swój czas na 10 km i uświadomiłam sobie, że mogę naprawdę wiele osiągnąć.

- II Cracovia Półmaraton Królewski - największym marzeniem roku 2015 było złamanie dwóch godzin w półmaratonie. Ciągle to nade mną wisiało i bardzo ciężko było mi uwierzyć, że to zrobię. Mimo wszystko nie poddawałam się i już w maju zaczęłam walczyć o swoje. Dzielnie trenowałam przez kolejne miesiące i stopniowo, im bliżej półmaratonu, tym więcej się działo. Zaczynałam biegać coraz szybciej, z większą lekkością i mniejszą zadyszką. Poprawiałam swoje oficjalne i nieoficjalne rekordy, złamałam 25 minut na 5 km, a stojąc na starcie 24 października byłam pewna swego. Spełniłam największe marzenie 2015 roku przekraczając metę z wynikiem 1h:57m:10s.

Kolejne miesiące, to kolejne sukcesy. Nakręciłam się. Nie chciałam zwalniać.

- Na kieleckim Biegu Niepodległości zrobiłam życiówkę na 10 km, którą nieoficjalnie poprawiłam podczas Bełchatowskiej Piętnastki, łamiąc prawie 50 minut na dyszkę.

- Piątki również były dla mnie szczęśliwe. Od listopada regularnie na Biegach Parkrun urywałam kolejne sekundy, osiągając do tej pory najlepszy czas 23m:43s.

Sezon jesienny dał mi ogrom motywacji i jeszcze więcej radości. Dał też świadomość, że jestem w stanie biegać szybciej, mogę przełamywać bariery, a niemożliwe nie istnieje, jeśli tylko włoży się w to odpowiednio dużo serca i wysiłku.


Poza bieganiem pokochałam snowboard i slalom na rolkach. Uświadomiłam sobie jak ważne są treningi uzupełniające, rozciąganie i odpowiednia rozgrzewka. Nauczyłam się odpowiednio trenować i słuchać swojego organizmu. 2015 był dla mnie szczęśliwy, pozwolił spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy, nauczył wyciągać wnioski i przekraczać granice. Jestem dobrej myśli i z uśmiechem patrzę na kolejne 12 miesięcy.

Czytaj dalej

6 rzeczy, których nauczyło mnie bieganie

Bieganie nauczyło mnie wielu rzeczy. Nie sposób je wszystkie od razu wymienić, dlatego dziś skupię się na sześciu - dla mnie najważniejszych.



  1. Cierpliwość - dobrze wiem, że nie ma dróg na skróty, a efekty przyjdą z czasem. Raz jest pod górkę, ale później zawsze jest lżej. W chwilach, gdy coś idzie nie po mojej myśli nie poddaję się tylko szukam rozwiązania, podnoszę się i ruszam dalej.

  2. Regeneracja - organizm to nie maszyna, potrzebuje paliwa i regeneracji. Nie da się zrobić dobrego treningu na głodzie, tak samo, jak nie da się efektywnie biegać przy 4-5 godzinach snu.

  3. Liczę się Ja - oglądanie się na innych do niczego mnie nie zaprowadzi. Każdy jest inny, ma inny cel i inny organizm. Jeśli mam do kogoś się porównywać, to tylko do siebie.

  4. Organizacja czasu - trochę to trwało nim się jej nauczyłam, ale przyszło z czasem. Teraz nie mam problemu z pogodzeniem treningów, pracy i życia prywatnego. Na wszystko znajdę czas, jeśli tylko bardzo tego chcę.

  5. Wiara w siebie - pozytywne nastawienie i wiara w to, że się uda bardzo pomaga. Takie myślenie pozwala zwalczyć stres, a często nawet odnieść sukces. Wiem, że jestem w stanie zrobić o wiele więcej niż mi się wydaje.

  6. Marzenia się spełniają - jeśli tylko bardzo chcemy i dążymy do tego całym sercem, to je spełnimy. Dzięki odpowiednim planom i działaniom wszystko jest w naszym zasięgu.

PS. Chciałam Wam życzyć Wesołych Świąt i nie zapominajcie o tym, co ważne. 



Czytaj dalej

#50 Biegów Parkrun - jubileuszowy sukces

Uśmiecham się, gdy wspominam swój pierwszy krakowski parkrun i to przez ile tygodni zwlekałam zanim po raz pierwszy pojawiłam się starcie. To było ponad 2 lata temu, a całkiem niedawno (bo w ubiegłą sobotę) ukończyłam już swój 50 bieg. 


ITMBW
#50 bieg i w nagrodę rekord życiowy!

Parkrun był właściwie moim pierwszym biegiem z pomiarem czasu i największe obawy jakie miałam to takie, że nie przebiegnę 5 kilometrów mimo, że na treningach robiłam to już wielokrotnie. Oczywiście niepotrzebnie się bałam, bo sam bieg był bardzo udany, a atmosfera krakowskiego parkrun tak mi się spodobała, że zostałam już na stałe. 

Podczas tych #50 biegów przeżywałam lepsze i gorsze chwile. Bywały wzloty i upadki. Raz byłam w formie, a raz na dnie, ale mimo wszystko prawie każdy parkrun wspominam dobrze. 

W ciągu ostatnich dwóch lat poprawiłam znacznie swoje wyniki, przebiłam wiele rekordów życiowych, nauczyłam się biegać szybciej i oswoiłam ze startami. Jeszcze całkiem niedawno tempo poniżej 6 min/km było wyzwaniem, a dzięki biegom parkrun stopniowo przesuwałam tę granicę. Pamiętam też jak bardzo marzyłam o zrobieniu 5 kilometrów poniżej 25 minut. Przez ponad rok nie mogłam przekroczyć tej granicy, aż wreszcie ruszyło i w ostatnią sobotę (chyba w nagrodę za te 50 biegów) pękło nawet 24.

parkrun

Przy okazji sobotnich spotkań poznałam wiele wspaniałych osób o podobnych zainteresowaniach. Z wieloma z nich utrzymuję kontakt, wymieniam doświadczenia, biegam i spotykam się. Teraz przychodząc na krakowskie błonia w sobotni poranek czuję się jak w domu. Znajome twarze, uśmiechy i dużo pozytywnej energii unoszącej się wokół.  Parkrun wpisałam już na stałe w swój plan treningowy i często zdarza się nawet tak, że opóźniam weekendowe wyjazdy do domu, by móc przebiec poranne 5 km. 

parkrun

O tym, że warto przychodzić na parkrun nie muszę już chyba wspominać, bo po takiej ilości biegów w jakich wzięłam udział to chyba oczywiste, że warto. Wszystkich serdecznie zachęcam do brania udziału i całym sercem polecam  krakowską lokalizację. Mamy szybką trasę, dokładnie wymierzoną, wspaniałą atmosferę, a na mecie jest nawet czym ugasić pragnienie. Całokształt tworzymy my, ale dużą zasługę mają również koordynatorzy i wolontariusze. Bez nich parkrun by nie istniał.

Parkrun

Często zastanawiam się jak wyglądają trasy i atmosfera parkrun w innych miejscach w Polsce czy na świecie. Do tej pory udało mi się odwiedzić jedynie Highbury Fields w Londynie, ale powoli układam swoją małą listę z kolejnymi lokalizacjami które też chciałabym odwiedzić... :)

fot. A. Łapczuk-Krygier, Richie Krk, A. Golec, fb.com/parkrunkrakow
Czytaj dalej

A w maju pobiegnę w Cracovia Maraton...

Pakiet startowy na Cracovia Maraton dostałam już w sierpniu, ale ostateczną decyzję o tym, że biegnę podjęłam dopiero w listopadzie. Wygrana w konkursie była tak naprawdę dla mnie tylko zachętą.



Wiedziałam, że nie mogę po prostu wstać z łózka i przebiec maratonu. Potrzebuję do tego odpowiedniego przygotowania. Część z Was pewnie pamięta jak kilka miesięcy temu napisałam, że na maraton jest jeszcze za wcześnie (klik). To był czerwiec. Półmaraton wciąż był dla mnie wyzwaniem, a marzenie o złamaniu 2 godzin bardzo odległe.

Od tamtego czasu minęło już prawie pół roku i myślę, że wiele się zmieniło. Dojrzałam, biega mi się dużo lepiej i lżej. Kilkakrotnie poprawiłam swoje rekordy życiowe, przebiegłam półmaraton poniżej dwóch godzin i prawie złamałam 50 minut na 10 km. Teraz, gdy myślę o 20 kilometrach uśmiecham się. Bardzo lubię ten dystans.


Dlaczego maraton?
Nie dlatego, że inni przebiegli, więc ja też chcę. Nie dlatego, że to już czas, pora czy presja, bo tyle już biegam. Czekałam, bo nie chciałam by maraton był czymś, co skreślę z listy zadań do zrobienia i więcej już do tego nie wrócę. Decyzja o maratonie dojrzewała we mnie długo. Musiałam nabrać pewności siebie, oswoić się z dłuższymi dystansami i nauczyć godzić prawdziwe treningi z resztą swojego życia. Nie chcę też, by maraton oznaczał dla mnie jedynie pokonanie dystansu. Potrzebuję odpowiedniej motywacji, by zrobić to najlepiej jak potrafię. O czasie nie chcę jeszcze mówić, ale myślę, że poprzeczka ustawiona jest na odpowiedniej wysokości, a ja dzięki mądrym i konsekwentnym treningom osiągnę to, co sobie zaplanowałam.

Do maja jeszcze dużo czasu, choć i ten minie pewnie bardzo szybko. Przede mną 21 tygodni przygotowań. Plan jest gotowy, więc cotygodniowe długie niedzielne biegi będą dla mnie codziennością i wcale nie myślę o nich jako o złu koniecznym. Tak naprawdę to cieszę się i nie mogę doczekać pierwszych trzydziestu kilometrów. Chcę przebiec Cracovia Maraton, by znów przesunąć granicę i zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam. Lubię wyzwania i maraton na pewno nim będzie, a przy odrobinie chęci i samozaparcia wierzę, że mu sprostam.


Trzymajcie kciuki!
Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na grudzień 2015

Wraz z końcem października odetchnęłam z ulgą. Poprawiłam wszystkie wszystkie swoje wiosenne wyniki i byłam z nich bardzo zadowolona. Stwierdziłam, że skoro tak pozytywnie zakończyłam sezon to teraz mogę odpoczywać. Tak też było - mniejszy kilometraż, więcej odpoczynku, a przy okazji jeszcze kilka miłych niespodzianek.


Październik w skrócie:

- 2 nowe rekordy życiowe, poprawione dwukrotnie (jeden nieoficjalnie)
- 122 wybiegane kilometry
- rower, rolki i kilka wyjść na basen
- dużo jogi i ćwiczeń
- 19 godzin spędzonych aktywnie


Nie przypuszczałam, że listopad będzie dla mnie równie szczęśliwy co październik. W podsumowaniu poprzedniego miesiąca wspominałam, że chciałabym jeszcze poprawić swój czas na dyszkę. Trochę się porozglądałam i udało się - w drugą niedzielę listopada pojechałam do Kielc na Bieg Niepodległości. Do Krakowa wróciłam zadowolona i zmotywowana, bo kwietniowy rekord na 10 km poprawiłam o prawie 3 minuty. Dwa tygodnie później na Bełchatowskiej Piętnastce urwałam (choć nie oficjalnie) kolejne 2 minuty.

Bardzo chciałam też poprawić swój wynik na 5 km. Wiedziałam, że jest taka szansa, bo tempo w okolicach 5 min/km staje się dla mnie coraz bardziej komfortowe, a przecież warto co jakiś czas podnosić sobie poprzeczkę. To też się udało, nawet dwukrotnie.

Przez ostatnie 30 dni ćwiczyłam jogę prawie codziennie. Często trwało to tylko 5-10 minut przed samym snem. Nie liczyłam tego nawet jako trening. Po prostu trochę ruchu dla lepszego samopoczucia, rozluźnienia mięśni i relaksu.

Listopad był dla mnie kolejnym bardzo pozytywnym miesiącem w tym roku.

Plany na grudzień:

Wreszcie podjęłam decyzję nad czym będę pracować całą zimę i wiosnę. Plan został ułożony, a nawet już wstępnie realizowany. Bardzo się cieszę i wisienki na torcie nie mogę się już doczekać. O tym, co wybrałam, na co się zdecydowałam i co mną kierowało podczas podejmowania decyzji - w kolejnym wpisie. 


Czytaj dalej

Bełchatowska Piętnastka - w domu najlepiej

To był bieg na który czekałam od dawna. Wielokrotnie już powtarzałam, że to właśnie w domu biega mi się najlepiej. Właściwie każdy bieg wspominam dobrze i za każdym razem chcę tu wrócić za rok. Tym razem było szczególnie, bo wynikiem zaskoczyłam nie tylko siebie, ale też innych.


running medal

19. Uliczny Bieg "Bełchatowska Piętnastka" to był prawdopodobnie już mój ostatni start w tym roku. Zapisałam się na niego nie myśląc zupełnie o wyniku jaki osiągnę. Po prostu chciałam tam być. Przebiec 15 kilometrów, odwiedzić znajome miejsca i poczuć tę atmosferę. To właśnie od tego biegu wszystko się zaczęło. To tutaj, przekraczając linię mety 2 lata temu dostałam swój pierwszy medal. Ten medal wciąż ma dla mnie ogromne znaczenie. Tamtego dnia po raz pierwszy wzięłam udział w biegu, pokonałam swój wtedy najdłuższy dystans i zapragnęłam więcej.

Na ten dzień nie miałam szczególnych założeń.  Bardzo chciałam choć delikatnie poprawić swój wynik z zeszłego roku, ale dobrze wiedząc, że ostatnio biega mi się coraz lepiej i że tym razem nic nie ryzykuję postanowiłam sprawdzić na ile tak naprawdę mnie stać.


Na starcie ustawiłam się z Olą, którą wreszcie miałam okazję poznać. Tak się zagadałyśmy, że wystrzał ze startera dosłownie mnie zaskoczył. Z tego wszystkiego nie zwróciłam nawet uwagi na to, że linia startu jest troszkę przesunięta do tyłu i zegarek włączyłam dopiero parę sekund później. Na szczęście w niczym mi to nie przeszkodziło, szybko pożegnałam się z Olą, wyprzedziłam kilka osób, znalazłam komfortowe dla siebie tempo i później już tylko biegłam przed siebie.


W chwili gdy pierwszy, drugi i trzeci kilometr pokonałam w tempie 5:08/km troszkę się przestraszyłam. To nieco szybsze tempo niż biegłam ostatnio w Kielcach 10 km, ale nie chciałam już zwalniać.  Było dobrze. Było bardzo, bardzo dobrze.  Pierwsza piątka minęła szybciutko, z drugą było bardzo podobnie, a zaczynając trzecią wiedziałam, że robię coś niesamowitego. To był kolejny bieg, kiedy każdy kilometr to satysfakcja i ogromna radość. Owszem wraz z dystansem zmęczenie rosło, ale nie do tego stopnia bym musiała walczyć ze sobą. Tempo, które kiedyś stanowiło dla mnie problem, tamtego dnia było przyjemnością.


Cieszyłam się. Byłam u siebie, nie czułam presji, nie walczyłam o wynik. Robiłam tylko to, co kocham. Było jeszcze coś, co dodawało mi sił na każdym okrążeniu. Coś wyjątkowego, o czym każdy biegacz/sportowiec marzy. Bieg miał trzy pętle po 5 kilometrów, a ja każdą piątkę podzieliłam na dwie części – okolice pierwszego kilometra i połowa trzeciego. Dlaczego? To właśnie w tych miejscach czekał na mnie tata z bratem. Naprawdę, jeszcze nigdzie indziej, na żadnym biegu nie czułam czegoś takiego. Każde wypowiedziane przez nich słowo było na wagę złota. Nie myślałam wtedy o zmęczeniu. Cieszyłam się, że jestem tutaj, a oni razem ze mną. Że będą na mecie, że będą ze mnie dumni. Wsparcie bliskich jest niesamowicie ważne. To właśnie za to kocham biegać u siebie.


Bieg ukończyłam z pięknym jak dla mnie wynikiem. Czas z zeszłego roku poprawiłam o ponad 15 minut. Co więcej, wiele kilometrów pokonałam poniżej 5min/km. A na sam koniec nawet Garmin mnie pochwalił, bo według niego prawie złamałam 50 minut na 10 kilometrów. Ten bieg zapamiętam na długo. To był piękny dzień i już dziś, odliczam dni do przyszłej edycji Bełchatowskiej Piętnastki.


Czytaj dalej

Marszobieg blokadą biegowych postępów

Ostatnio myślałam trochę w swoich początkach, o tym ile już osiągnęłam i jak dużo jeszcze mogę. Jednym z moich większych sukcesów biegowych, było pozbycie się nawyku przechodzenia do marszu w trakcie biegu. Wydaje się banalne, ale przebyłam dosyć długą i krętą drogę zanim z tego zrezygnowałam.



Z początku, gdy jakoś szczególnie nie zależało mi na osiągnięciu danego wyniku, tylko pokonaniu określonego dystansu i czerpaniu z tego wyłącznie przyjemności, było okej. Przerywałam każdy bieg marszem i wracałam zadowolona do domu. Nie istotne było czy tempo wynosiło 6:30, 6:00 czy 5:30/km. Po kilometrze, maksymalnie dwóch musiałam się zatrzymać i przejść do marszu. Przerwa następowała nie ze zmęczenia, nie z bólu, tylko tak o, po prostu. Po jakimś czasie jednak, gdy taka aktywność nie dostarczała mi już satysfakcji, a na pierwszy plan często wysuwał się wynik, miałam problem.

Większość planów treningowych dla początkujących biegaczy zawiera marszobiegi. Minuta biegu, minuta marszu i tak w kółko razy X. Sama z nich korzystałam i uważałam za najlepsze rozwiązanie, jednak z perspektywy czasu myślę, że to duży błąd. Schemat marszobiegów utkwił mi w głowie do tego stopnia, że nie potrafiłam się ich pozbyć. Ich zadaniem było przygotowanie organizmu do wysiłku jakim jest bieg ciągły, a u mnie skutek był taki, że może i wysiłek trwał dłużej to z przerw zrezygnować nie potrafiłam.

Tyle się mówi o psychice podczas biegu. Tylko dlaczego nie uwzględniają tego plany treningowe dla początkujących? Zaczynając od marszobiegów zaprogramowałam swój mózg na to, że potrzebuję przerwy w biegu, bo inaczej nie ruszę dalej. Mój plan treningowy do pierwszych 10 km był na tyle długi, że weszło mi to w nawyk, a jak wiadomo nawyków bardzo ciężko się pozbyć.

Z pomocą przyszła mi kontuzja. Brzmi absurdalnie? Nie do końca. Przerwa pozwoliła mi przemyśleć wiele spraw, wyciągnąć wnioski i zacząć od nowa. Każdy kolejny trening po powrocie był biegiem ciągłym. Dałam sobie szansę, a za punkt honoru postawiłam przebiegnięcie całego PółmaratonuMarzanny. Zrobiłam to i uwierzyłam, że mogę. Ten bieg bardzo pozytywnie wpłynął na moją psychikę. Przezwyciężyłam wciąż powracające myśli o przechodzeniu do marszu i ostatecznie się ich pozbyłam.


Od tamtego czasu, moje wyniki się poprawiają. Podczas biegu nie myślę o już przerwach, o tym, że może chwilkę odpocznę, odzyskam siły i ruszę dalej. Dzięki temu nie tracę cennych sekund, a radość czerpię jeszcze większą. Ciężko mi opisać jak się czułam, gdy po raz pierwszy przebiegłam cały parkrun, 10 km, czy półmaraton. To było coś więcej niż szczęście i satysfakcja. To była wygrana z własnymi słabościami.  

Po ponad dwóch latach biegania, mogę stwierdzić, że biegać zaczęłabym trochę inaczej. W swoje treningi nie wplatałabym już marszu, nie przyzwyczajałabym organizmu do odpoczynku po minucie czy dwóch, tylko cały czas dążyłabym do wydłużenia samego biegu. Mam wrażenie, że moje prawdziwe, właściwe bieganie dopiero się zaczęło - w momencie, gdy każdy bieg, stał się biegiem.
Czytaj dalej

Kielecki Bieg Niepodległości - szczęśliwa dyszka na jesień

Odkąd na treningach zaczęłam biegać szybciej niż wynosi moja aktualna życiówka na dyszkę zaczęłam się zastanawiać jaka właściwie byłaby teraz. Wiedziałam, że nie dowiem się tego dopóki nie pobiegnę w jakimś biegu, więc zaczęłam szukać czegoś z atestem w okolicach (albo i nie) na 10 km. Udało się. Chciałam to zrobić na początku listopada, by nie mieszać za bardzo w swoich planach i tak też, zapisując się w dodatkowej turze na 8.Kielecki Bieg Niepodległości zaczęłam wprowadzać swój plan w życie.


fot. Run4fun

To był mój pierwszy bieg na który, aby dotrzeć musiałam najpierw przejechać ponad 100 km. Na szczęście trasa Kraków-Kielce jest dobrze skomunikowana, więc z dotarciem na miejsce nie było najmniejszego problemu. W Kielcach spędziłam 3 lata i perspektywa biegania po uliczkach, po których kilka lat temu codziennie spacerowałam wywoływała u mnie ekscytację. Nie skłamię, gdy powiem, że biegu nie mogłam się zwyczajnie doczekać.

Już od samego startu się uśmiechałam. Z każdym kolejnym kilometrem odkrywałam Kielce na nowo. Mimo, że okolice mniej więcej znałam, to tego dnia wszystko wydawało mi się takie wyjątkowe. Pogoda była wspaniała. Ciepło, może trochę zbyt wietrznie, ale myślę, że do biegania w sam raz.

Mój plan minimum to były 53 minuty, czyli średnie tempo 5:18 min/km. Biegło mi się tak lekko i dobrze, że już po pierwszym kilometrze zweryfikowałam swoje plany i zaufałam samopoczuciu. Było wspaniale. Kilometry mijały, a ja leciałam do przodu. W okolicach 4-5 kilometra trochę zwolniłam. Myślałam, że brakuje mi sił, albo, że zegarek się gubi, bo wbiegam do lasu, ale dopiero po czasie zdałam sobie sprawę, że to jest ten podbieg, który miał być w połowie trasy. Ucieszyłam się, bo jak jest podbieg, to będzie i zbieg, więc okazja by nieco przyśpieszyć. Siódmy, ósmy kilometr... ostatni podbieg i kilometr do mety.  

Ten znów się dłużył.  Park Staszica, gdzie zlokalizowana była meta wydawał się nagle taki ogromny. Zostało 400 metrów do mety, postanowiłam delikatnie przyśpieszyć, by mieć to szybciej za sobą. 300, 200... tuż przed zakrętem zauważyłam Mateusza, który krzyknął mi parę słów, a później już tylko 100 metrów pod górkę i jest! - 52:02


Wynik mnie nieco zaskoczył. Wszystko przez to, że nie potrafię się na tyle skupić, by w trakcie biegu przeliczyć czas jaki osiągnę na mecie, a zwykłe działania wydają się niewykonalne. Stawiałam na czas w okolicach 53 minut, a otarłam się o 51. Biegło mi się naprawdę dobrze. Powiedziałabym, że do tego stopnia, że nawet brak oznaczeń kilometrów na trasie, górki i momentami spory wiatr nie przeszkodził w niczym. Kielecki Bieg Niepodległości oceniam bardzo pozytywnie i jestem przekonana, że jeszcze tu wrócę.
Czytaj dalej

Spać, by lepiej biegać

Odpowiednia ilość snu przynosi wiele korzyści zarówno dla ciała jak i umysłu. Dodaje energii, przyśpiesza regenerację i poprawia nastrój. Szkoda, że mimo tych zalet tak wiele osób nie wysypia się.



Dobry trening i wygodne łóżko to prawdopodobnie najważniejsze elementy wpływające pozytywnie na przygotowania biegacza do biegu. Aby normalnie funkcjonować człowiek potrzebuje dużej ilości snu, a sportowcy podobno jeszcze więcej.  Zwiększając kilometraż,  zwiększamy obciążenie i aby wszystko było w porządku organizm musi się regenerować i właśnie do tego służy sen.

Sama zauważyłam, ze odkąd chodzę spać przed północą, a tym samym dostarczam organizmowi minimum 7 godzin snu, moje wyniki znacznie się poprawiły. Jestem wyspana, pełna energii, a regeneracja przebiega zdecydowanie szybciej. Przed ważnym startem potrafię spać nawet 8-10 godzin i dzięki temu mam pewność, że pod tym względem nic nie zawaliłam. Dlaczego sen jest taki ważny? Spójrzmy: 

Sen, a waga:
Brak snu wzmaga nasz apetyt. Gdy śpimy mniej, wzrasta hormon odpowiedzialny za uczucie głodu i jednocześnie spada ilość hormonu informującego o tym, że jesteśmy najedzeni. Śpiąc mniej, jemy więcej. Dłuższy sen pozwala zachować równowagę.

Sen, a wytrzymałość:
Brak snu osłabia zdolność organizmu do przechowywania glikogenu, więc podczas treningu szybciej zabraknie nam energii. Przed ważnym startem często dzień wcześniej dbamy o dostarczenie odpowiedniej ilości węglowodanów. Dobra ilość snu pozwoli zachować odpowiednią ilość glikogenu w organizmie potrzebną podczas wyścigu. Gdy się niewysypiamy, ilość glikogenu zostaje uszczuplona i jest dużo bardziej prawdopodobne, że spotkamy ścianę/kryzys.

Sen, a regeneracja:
Ludzki hormon wzrostu, który naprawia mięśnie, jest wydzielany przede wszystkim w czasie głębokiego snu.  Zmniejszając ilość snu stężenie hormonu jest mniejsze, a co za tym idzie jesteśmy bardziej narażeni na kontuzje i urazy. Melatonina również wspomaga regenerację mięśni, a bez  odpowiedniego snu jej poziom szybko spadnie.

Sen, a podatność na choroby/kontuzje:
Niewystarczające snu ma również negatywny wpływ na funkcjonowanie układu odpornościowego. Kiedy dużo trenujesz, śpisz mało obniżasz odporność organizmu, a więc chorujesz.

Sen, a koncentracja: 
Brak snu obniża koncentrację, która jest bardzo pomocna podczas biegów. Większa ilość snu polepszy koncentrację i pomoże zrealizować zamierzoną strategię.


Oczywiście najlepiej jakby doba miała 48 godzin, wtedy starczyłoby czasu na sen, na pracę i przyjemności. Niestety tak nie jest, ale rezygnowanie ze snu kosztem mniejszej wydajności mnie nie przekonuje. Sen to dla mnie priorytet. Nie mam wątpliwości, że jest on równie ważny jak treningi i odżywianie.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na listopad 2015

Piękniejszego października nie mogłam sobie wyobrazić. To był wymarzony miesiąc. Wszystko było tak jak sobie zaplanowałam. Miałam wrażenie, że oglądam film, którego scenariusz napisałam parę miesięcy wcześniej.


Październik w skrócie:

- rekordy życiowe właściwie na każdym dystansie
- 3 biegi: Bieg Trzech Kopców, Bieg Włosika, 2. Cracovia Półmaraton
- wybiegałam 161 km
- trochę basenu, rolek, dużo skipów i jogi
- ponad 22 godziny spędzonych aktywnie


Miesiąc zaczęłam życiówką. Już w pierwszą sobotę października poprawiłam swój rekord na piątkę o 12 sekund. Kolejnego dnia wzięłam udział w Biegu Trzech Kopców i ten bieg niestety nie był już dla mnie taki szczęśliwy. W kolejny weekend zarówno podczas biegu parkrun (5km) jak i późniejszego Biegu Włosika (ok 4km) utrzymałam równe tempo w okolicach 5:05 min/km, co dodało mi dużo pewności siebie.

W trzecim tygodniu czekał mnie 2. Cracovia Półmaraton Królewski i to był najważniejszy start w tym sezonie. Tego dnia wszystko poszło po mojej myśli, a marzenie o półmaratonie poniżej 2 godzin się spełniło. Ostatni tydzień to już spokojne treningi, mniejszy kilometraż i nic na siłę.

Październik był moim dotychczas najlepszym biegowym miesiącem. Wszystko nad czym pracowałam przez ostatnie pół roku przyniosło efekty. Cieszę się, że tak wiele udało mi się osiągnąć. W tym miejscu chciałam wspomnieć o Mateuszu, bo poprawa wyników to również jego zasługa. To on pomógł mi opracować plan i gdy tylko szło coś nie tak, szukał odpowiedniego rozwiązania. Bardzo dziękuję ;)

Plany na listopad:

Najważniejszy start sezonu mam już za sobą. W listopadzie chciałabym jeszcze powalczyć na dystansie 5 kilometrów i jeśli tylko znajdę jakiś bieg z atestem na dyszkę z odpowiadającym mi terminem to również. Oprócz tego już tradycyjnie wezmę udział w Bełchatowskiej Piętnastce pod koniec miesiąca. To jeden z moich ulubionych biegów i głównie z sentymentu w nim startuję, bo to właśnie od niego 2 lata temu wszystko się zaczęło. Powoli klarują się też moje plany na nowy sezon, ale dam sobie jeszcze miesiąc na spokojne podjecie decyzji.

@keepdreamsclose

Czytaj dalej

Bieg po marzenia - II Cracovia Półmaraton Królewski

O złamaniu 2 godzin na dystansie 21 km 97,5 m marzyłam od dawna. To był mój cel numer jeden już od pierwszego półmaratonu. Wraz z upływem czasu stał się trochę bardziej odległy, bo nie byłam w stanie odpowiednio się przygotować. Dopiero w tym sezonie postawiłam wszystko na jedną kartę i albo teraz, albo... teraz.


Tauron Arena Kraków

O swoich przygotowaniach i założeniach pisałam w poprzednim wpisie. Wszystko było jasne, a cel precyzyjny. Czy wierzyłam, że to zrobię? Czy spodziewałam się tego co mnie czeka?

Przyznam, bałam się publikować ostatni post. Z prostej przyczyny - nie chciałam tłumaczyć się, gdyby czasem coś nie poszło. Jestem pewna, że wiele osób tak robi, by po wszystkim po prostu pochwalić się nowym lepszym/gorszym wynikiem i nie być rozliczanym z własnych założeń. Bardzo chciałam to zrobić, a jakikolwiek inny wynik powyżej 2 godzin byłby po prostu moją porażką. Dodając post na bloga postanowiłam zrobić sobie na przekór i trochę też innym, by pokazać, że warto wierzyć w siebie i wyznaczać sobie jasne cele. Mówiąc głośno o swoich założeniach też da się je osiągnąć (pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest to łatwiejsze, bo motywacja rośnie).

Na tydzień przed półmaratonem złapałam zapalenie ucha. Ból na szczęście nie był jeszcze na tyle silny, bym nie mogła normalnie funkcjonować. Mało tego, po powrocie z biegania w środę miałam skurcze w łydkach.  W międzyczasie pojawiły się też inne mniejsze lub większe, wymyślone, bądź nie schorzenia. Na szczęście w sobotę wszystko grało, a robiąc rozgrzewkę i później już stojąc na starcie, wiedziałam, że to jest TEN dzień. Ten dzień, gdy wreszcie złamię 2 godziny w półmaratonie.


Trasa 2. Cracovia Półmaratonu Królewskiego była bardzo przyjazna biegaczom.  Właściwie płaska, tylko z kilkoma niewielkimi podbiegami. Wiodła przez miejsca, które doskonale znam z codziennych treningów. Wiedziałam czego się mogę spodziewać, a mimo to przez ostatnie dni zarówno mapę jak i profil trasy dokładnie studiowałam układając sobie w głowie wszystko po kolei. Śmieję się teraz, że tyle czasu spędziłam na analizowaniu i wizualizacji, a w moim biegu nie było jakiejś większej filozofii. Po prostu: utrzymaj jak najdłużej tempo 5:35 bez względu na wiatr czy podbiegi, a po 15 km możesz przyśpieszyć. 

Najbardziej obawiałam się startu i tego, że przez tłum nie uda mi się utrzymać zamierzonego tempa. W sumie to nawet jakoś bardzo się nie pomyliłam, bo do mniej więcej 3 kilometra mijałam ludzi biegnąc po krawężniku/trawie. Później troszkę się wszystko rozciągnęło, ale na Rondzie Grzegórzeckim znowu zrobiło się ciasno i musiałam wyprzedzać tym razem niestety pod górkę. Na zbiegu na szczęście wszystko nadrobiłam.


Trasy na Bulwarach również się bałam, bo znowu wąsko, czyli korek, mijanie, a do tego jeszcze punkt z wodą. Uznałam, że nie będę sobie zaprzątać nim głowy i biegłam trawnikiem.  Na 6 kilometrze wybiegając na Aleje miałam wielką ochotę przyśpieszyć. Wiedziałam, że przede mną jeszcze 15 km, dlatego powtarzałam przez prawie dwa kilometry non stop „zwolnij, zwolnij, nie zepsuj tego, zostaw siły na później”. Tak też dobiegłam do Błoń.

Na Błoniach wykręciłam podczas przygotowań już wiele kółek, dlatego cały półmaraton podzieliłam na dwie części – trasa do Błoń i z Błoń do mety.  Gdy dobiegłam cieszyłam się, że tu jestem. To była chyba najprzyjemniejsza część 2. Cracovia Półmaratonu. Nawet, gdy znalazłam się w odległości 5 minut marszem od domu, nie pomyślałam o powrocie (biegnąc w marcu Marzannę ledwo się powstrzymałam, by nie skończyć półmaratonu przed metą).


Pomiędzy 10-11 kilometrem zjadłam żel, a później już tylko Rynek, Smok Wawelski, ponownie Bulwary i..  21 kilometr. Nie pomyślałabym, że trasa od 12 do 21 kilometra minie mi aż tak szybko. Zegarek cały czas pokazywał to co sobie założyłam. Nie musiałam nawet jakoś specjalnie przyśpieszać, by utrzymać tempo. Momentami dziwiłam się, że tak łatwo mi to przychodzi. Było dobrze. Nic nie dodaje motywacji tak jak to, że wszystko idzie po Twojej myśli. Cieszyłam się, bo czułam się po prostu świetnie. Jedynie pod stopami palił się już ogień, ale na szczęście był do zniesienia.

Ostatni kilometr to już formalność. Tam czekało mnóstwo kibiców zagrzewających do walki, dlatego udało mi się jeszcze na koniec trochę przyśpieszyć. Znajomi z różnych stron krzyczeli "Ewelina, dalej, dalej do mety już blisko", więc po prostu frunęłam. Tak jak 21 kilometrów minęło w oka mgnieniu, to ostatnie 100 metrów do mety ciągnęło się w nieskończoność. Meta owszem robiła wrażenie, ale po wbiegnięciu na halę czułam się trochę ogłuszona. Zatrzymałam się, spojrzałam na zegarek i... miałam łzy w oczach. Zrobiłam to.



Naprawdę to zrobiłam. Przebiegłam półmaraton poniżej dwóch godzin z prawie 3 minutowym zapasem. Z jednej strony wiedziałam, że się uda, a z drugiej ciężko mi było w to wszystko uwierzyć mając w pamięci wiosenny półmaraton z czasem o około 15 minut gorszym. Odetchnęłam. Wreszcie miałam to za sobą i co najlepsze zapracowałam na to. Nie boję się tego powiedzieć, bo to nie przypadek, nie szczęście, czy talent, tylko serce jakie włożyłam w przygotowania.


To był piękny dzień. Marzenia się spełniają.

Czytaj dalej

Droga do marzeń

Stało się.  Jestem już właściwie na finiszu pięciomiesięcznego planu treningowego przygotowującego do półmaratonu.  Czas zleciał niesamowicie szybko, jednak nie na tyle, bym nie zdążyła się odpowiednio przygotować.



Cel już na początku maja ustanowiłam sobie jasny. Chcę zrobić to, czego nie udało mi się za pierwszym razem - złamać dwie godziny w półmaratonie.  Z perspektywy czasu i doświadczenia jakie zdobyłam, wiem, że startując w Marzannie w 2013 roku po prostu nie byłam na taki wynik gotowa. Na szczęście teraz jest zupełnie inaczej.

Przygotowania specjalnie zaczęłam na tyle wcześnie, aby  jeszcze przed wakacjami wdrążyć się w plan treningowy i skrupulatnie go wykonywać.  Wcześniej też, zaplanowałam swój sezon startowy tak, aby wszystko od samego początku dopięte było na ostatni guzik.

Plan najpierw ułożyłam sama, a później skonsultowałam go z Mateuszem, który cały czas czuwał nad wszystkim. Moje zostały soboty i niedziele, a wtorki i czwartki już według zaleceń. Mimo tego, że plan treningowy został spisany, to zdarzały się sytuacje, że na bieżąco po konsultacjach wprowadzaliśmy zamiany. Wszystko zależało od obecnego stanu zdrowia/samopoczucia czy sytuacji.

W czwartki najczęściej robiłam drugi zakres, we wtorki i soboty pierwszy z elementami siły biegowej, a w niedzielę wybieganie (minimum 15km). Dodatkowo, co 3 tygodnie we wtorek zamiast OWB1 biegałam interwały/rytmy. Poniedziałki i środy były do mojej dyspozycji. Wtedy zwykle jeździłam na rolkach i/lub ćwiczyłam jogę. Piątek natomiast w większości przypadków był dniem wolnym.

Plan treningowy był na tyle elastyczny i dopasowany do moich możliwości, że nawet po ponad tygodniowej przerwie spowodowanej chorobą udało mi się podnieść i wrócić na właściwe tory. Warto też wspomnieć, że przez cały ten okres wcale nie było tak kolorowo, zwłaszcza na początku, gdy organizm nie był przyzwyczajony do cięższych treningów, a ja nie widząc efektów (na które było zwyczajnie za wcześnie) byłam zrezygnowana. Na szczęście miałam w sobie trochę determinacji, dzięki czemu dalej realizowałam plan i czekałam na „lepsze jutro”, które nadeszło w odpowiednim czasie.


Podczas planu treningowego poprawiłam swoje wszystkie wyniki. Niektóre z nich tylko treningach, ale na tyle często, że nie jest to tylko przypadek czy błąd GPS. Wskoczyłam na wyższy poziom i myślę, że sobie na to zapracowałam. Poprawiłam technikę, nauczyłam się trzymać równe stałe tempo przez cały dystans, a prędkość, która kiedyś wydawała się nie do wytrzymania przez ponad 8km, teraz staje się coraz bardziej przyjazna.

Sobotni Półmaraton Królewski będzie dla mnie wisienką na torcie za te 5 miesięcy przygotowań. Jestem pełna nadziei, że wszystko pójdzie po mojej myśli i nic nie stanie na drodze do spełnienia marzeń. Najważniejszą pracę już wykonałam, teraz zostaje mi „tylko” ten cel zrealizować. Trzymajcie kciuki!


Czytaj dalej

Moc biegania ze śródstopia

Od mniej więcej półtora miesiąca biegam wyłącznie ze śródstopia. Przyzwyczaiłam się już do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie powrotu do walenia piętą o asfalt. Ta zmiana nie przyszła nagle, bo potrzebowałam trochę czasu i bardzo się cieszę, że spróbowałam.

 


Plan treningowy do Półmaratonu Królewskiego zaczęłam realizować na kilka miesięcy przed nim. Postanowiłam się do niego odpowiednio przyłożyć i sprawdzić ile jestem w stanie osiągnąć. O samym planie jeszcze napiszę, a dziś chciałabym wspomnieć o bardzo istotnej zmianie na którą się zdecydowałam, czyli poprawie techniki, a tym samym przejściu na śródstopie.

Jak to się zaczęło?
Banalnie. Kupiłam buty z mniejszą amortyzacją. Zakładałam je tylko na szybsze 5-8 kilometrowe biegi i miało mnie to zachęcić do pracy nad aspektem technicznym. Od razu przyznam, było ciężko. Nie wiedziałam jak się za to zabrać, miałam wrażenie, że to co robię jest bardzo nienaturalne, a o samym komforcie nie wspomnę. Mimo to, wizja poprawnej sylwetki podczas biegu i wynikające z tego korzyści skutecznie motywowała.

Pracę nad zmianą zaczęłam najpierw od biegania na palcach przez 200-500 m pod sam koniec treningu. Stopa nie chciała naturalnie lądować na śródstopiu, więc postanowiłam biegać ten odcinek na palcach. Było dziwnie, ale taki właśnie był początek.


Z czasem wplatałam coraz więcej takich „przebieżek” zwykle na rozgrzewkę i rozluźnienie. Z treningu na trening coraz bardziej się z tym oswajałam i stopniowo, ale nie na siłę wydłużałam dystans. Biegając zdarzało się, że zapominałam o technice i wracałam do biegania z pięty, ale gdy tylko sobie o tym przypomniałam, starałam się poprawiać.

Im dłużej próbowałam, tym częściej stawiałam sobie wyzwania typu: „dziś przebiegnę 2 km”, „spróbuję pięć”, ”może uda się 10?” aż wreszcie przebiegłam tak półmaraton. Minęło 1,5 miesiąca i mogę stwierdzić, że przychodzi mi to już naturalnie.

Czy warto?
Zdecydowanie odpowiadam, że tak. Przede wszystkim podczas biegu czuję się lekko. Stawiając kroki, nie walę z całej siły o podłoże tylko zwyczajnie odbijam się i sunę do przodu, a co za tym idzie ekonomia biegu jest dużo lepsza. Nie wytracam prędkości, tylko ją zwiększam/utrzymuję, bo przednia część stopy zdecydowanie lepiej radzi sobie z amortyzacją niż pięta. Sylwetka podczas biegu układa się inaczej i co ważne, nie wyglądam już jak wymęczony zgarbiony biegacz z tekstem na czole „o jesu długo jeszcze?”. Praktycznie zapomniałam też o bólu kolan i jestem przekonana, że lepsze wyniki, to również zasługa biegania ze śródstopia.



Co jest ważne:
Nie da się przejść na bieganie ze śródstopia z dnia na dzień. Na zmianę techniki potrzebowałam trochę czasu. Decydując się na to wiedziałam, że muszę szczególnie zadbać o ćwiczenia uzupełniające, bo bez nich szybko nabawiłabym się kontuzji. Biegając z pięty obrywają nasze kolana, a biegając ze śródstopia większe obciążenie ma ścięgno Achillesa. U mnie sprawdziły się ćwiczenia całego ciała minimum 2 razy w tygodniu (plus joga), rozciąganie po treningu i skipy.

Na przejście z biegania z pięty na śródstopie zdecydowałam się przede wszystkim dlatego, że zapragnęłam prędkości, a bieganie rekreacyjne nie dostarczało mi już takiej radości. Lubię próbować nowych rzeczy, a jeżeli jest jeszcze coś, co może pozytywnie wpłynąć na moje wyniki, to z chęcią to sprawdzę, bo przecież nic nie tracę. Nie mam zamiaru nikogo namawiać do biegania naturalnego, ale odradzać również nie będę. U mnie zdało egzamin.


Czytaj dalej

Bieg Trzech Kopców - dwa wdechy i do góry

Sentyment i dobre wspomnienia to główne powody dla których zdecydowałam się na udział w tegorocznej edycji Biegu Trzech Kopców. W zeszłym roku to właśnie ten start pomógł mi podnieść się z jesiennej biegowej chandry i później było już tylko lepiej.



Od samego początku traktowałam ten bieg rekreacyjnie. Co prawda miałam małe plany, ale nie priorytetowe. Jako, że nie był to dla mnie ważny strat, to dzień wcześniej nie oszczędzałam się i wybiegałam na parkrunie nową (raczej nieplanowaną) życiówkę na 5km. Niestety nie spodziewałam się, że skutki sobotnich szaleństw następnego dnia będą aż tak odczuwalne.

fot.maratonypolskie.pl

Trasa Biegu Trzech Kopców jest urozmaicona, wytyczona  między kopcami Krakusa, Kościuszki i Piłsudskiego. Nie bez powodu nazwany jest on biegiem górskim i potrafi niesamowicie zmęczyć. O tym co mnie czeka doskonale wiedziałam i bardzo, naprawdę bardzo chciałam ją całą przebiec. Myślę, że wszystko byłoby dobrze,  gdyby organizm po sobocie zdążył się zregenerować, a łydki nie bolałyby już od samego startu. Wytrzymałam do 9 kilometra i później miałam już wszystkiego dosyć. To był bardzo ciężki bieg. Nie wiem czy bardziej fizycznie, czy psychicznie, bo w obydwu przypadkach byłam już na granicy.


Z perspektywy czasu bieg wspominam dobrze, ale w niedzielę miałam już go powyżej uszu. Co prawda zeszłoroczny wynik poprawiłam o kilka minut, ale wymęczyłam się strasznie. Serio, dawno aż tak nie czekałam na metę. Na obecną chwilę biegów górskich mam dosyć i chyba muszę do nich jeszcze dojrzeć, a póki co... skupię się na innych rzeczach :)

A tak było rok temu >>KLIK<<

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca. Plany na październik 2015

Wrzesień był potwierdzeniem tego, że warto pracować, bo wyniki zawsze przychodzą z czasem. No i przyszły. Ostatni miesiąc utwierdził mnie skutecznie w przekonaniu, że systematyczną pracą mogę wiele osiągnąć.


Wrzesień w skrócie:
- jeden bieg parkrun
- wybiegałam 175 km
- był też basen, rolki i rower
- w sumie uzbierało się ponad 28 aktywnych godzin


W pierwszą sobotę września na biegu parkrun uzyskałam czas tylko o 2 sekundy gorszy od rekordu życiowego na 5 km i co najlepsze, był to jeden z przyjemniejszych biegów. Tydzień później, na Biegu Tesco przeżyłam spore rozczarowanie. Nie byłam wtedy zadowolona z wyniku, ale szybko się podniosłam i już w kolejna sobotę zasuwałam z dziewczynami w sztafecie. Następnego dnia na luzie wybiegałam rekord życiowy w półmaratonie, który w zamyśle był treningiem.

Endomondo za moje bieganie pochwaliło mnie w tym miesiącu dwa razy. To wszystko bardzo cieszy i napędza, zwłaszcza, że nie dawałam z siebie 100%.

Gdy nie biegałam to dużo czasu poświęcałam na jogę i rolki. Joga ratuje mój kręgosłup i rozluźnia spięte mięśnie, a na rolkach jeżdżę głównie slalom. W moim planie pojawiły się również treningi na siłę biegowa, a także w końcu wybrałam się na basen.


Plany na październik:

Październik to miesiąc na który czekam już od dawna. Wiele planów nie mam, bo to właśnie w tym miesiącu skończy się mój plan treningowy, którego wisienką na torcie będzie Cracovia Półmaraton. Pobiegnę też w Biegu Trzech Kopców w najbliższa niedzielę, ale traktuję ten bieg bardzo rekreacyjnie.

Co będzie dalej? Przede wszystkim odpoczynek, a później kolejne cele, plany, marzenia..


Czytaj dalej

Półmaraton Wielicki, czyli gdy wszystko idzie po Twojej myśli

Łatwo się pisze o biegach w których dużo się działo. Takich w których radość na trasie miesza się z bólem i smutkiem. Emocji jest mnóstwo, więc można opowiedzieć o walce ze sobą, odliczaniu kilometrów do końca i wreszcie pokazać, że było warto znieść to wszystko dla tego uczucia na mecie. Sprawa się komplikuje, gdy bieg okazuje się tym idealnym. Całość przebiega dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Kryzysów nie ma, a Ty robisz tylko to, co do Ciebie należy.



I taki był właśnie mój Półmaraton w Wieliczce. Na trasie nie działo się kompletnie nic, co sprawiłoby, że zaczęłabym wątpić w siebie. Nawet podbiegi i ogromna ulewa od około 12 kilometra nic nie zmieniła. Od startu do mety biegłam jak po sznureczku. 

Wystartowałam z założeniem zrobienia dobrego treningu, tak by średnia na mecie wynosiła 6 min/km. To miał być bieg, który pokaże ile już osiągnęłam, a także doda pewności siebie przed Półmaratonem Królewskim w październiku. Na tym biegu niczym nie ryzykowałam, więc uznałam, że będzie to świetna okazja by sprawdzić jak mój organizm reaguje na żel, a także przekonać się czy różowe buty sprawdzą się na dłuższym dystansie.

Taktyka na Półmaraton Wielicki była bardzo prosta. Jako, że trasa miała urozmaicony profil, to na pierwszych kilometrach pod górkę i na płaskim miałam trzymać 6:00, z górki nie schodzić poniżej 5:30, by się nie przypalić, a nadrobione sekundy zostawić na podbiegi przy końcu trasy. Po 10 kilometrze zjeść żel, a po 16-17 nie dać się kryzysowi. Tyle.

fot. A. Rogalińska

Przyznam szczerze, że półmaratonu po prostu nie mogłam się doczekać. Odliczałam dni do niedzieli, a im bliżej godziny zero, tym bardziej skakałam z radości. Czułam, że pójdzie mi dobrze, choć trochę obawiałam się końcówki biegu i tego, że sobotni PKO Bieg Charytatywny da o sobie znać na podbiegach. Mimo to, cały czas wierzyłam we własne możliwości, a stojąc na starcie po prostu wiedziałam, że sobie poradzę.

fot. Fabryka Pana Grafika

Jak już wspomniałam, bieg przebiegał dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam. Biegłam przed siebie, „odhaczając” kolejne punkty na trasie. Uśmiechałam się do kibiców, przybijałam piątki, współczułam zmarzniętym wolontariuszom, uczyłam się pić wodę w biegu (wychodzi mi to już coraz lepiej), wyprzedzałam pojedyncze osoby, trochę żałowałam, że nie założyłam czapki z daszkiem, w międzyczasie wyciskałam koszulkę i spodenki z deszczu, poprawiałam pasek od pulsometru, wsłuchiwałam się w coraz bardziej chlupiące buty i czekałam na chwile słabości, których ostatecznie nie było.

Wynik na mecie nie był dla mnie zaskoczeniem. Pobiegłam zgodnie z planem i już z samego założenia było pewne, że poprawię swój rekord życiowy. Cieszyłam się, to oczywiste. Pamiętam wiosenny Półmaraton Marzanny, kiedy ostatkiem sił dotarłam na metę, a w ubiegłą niedzielę po prostu żałowałam, że 21 km 97,5 metra to 21 km 97,5 metra.


Postępy cieszą i zachęcają do dalszej pracy. Polubiłam ten dystans, a nowy rekord życiowy jest dla mnie tylko motywacją, by na Półmaratonie Królewskim dać z siebie 100%. Półmaraton Wielicki to tylko przedsmak. Teraz doskonale wiem, że stać mnie na więcej.

Czytaj dalej

PKO Bieg Charytatywny - liczymy okrążenia

Biegi charytatywne są wyjątkowe, bo biegamy nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Zwykle z dużą ochotą biorę w nich udział, bo bardzo lubię pomagać, a PKO Bieg Charytatywny był niesamowity i to pod wieloma względami.

 


Podobnie jak Bieg Wilczym Tropem była to akcja ogólnopolska. W wyznaczonych miastach, w całej Polsce biegaliśmy o tej samej porze i w tym samym celu. 60 pięcioosobowych zespołów w każdej miejscowości miało za zadanie przebiec w ciągu godziny jak najwięcej okrążeń na stadionie. Cel był szczytny - jedno okrążenie to jeden obiad dla dziecka.

Kiedy Agnieszka z bloga Twoje Zwycięstwo napisała do mnie, że organizuje kobiecy zespół na ten bieg od razu się zgodziłam i to z kilku względów - wreszcie będziemy mogły się poznać, spędzimy czas robiąc to co lubimy, a przy okazji pomożemy niedożywionym dzieciakom.

Tak naprawdę w sztafecie biegłam po raz pierwszy (pomijając zabawy na wf-ie), więc stres typu 'czy uda mi się podać pałeczkę', 'a co jak mi wyleci' też się pojawił. Taktykę miałyśmy prostą. Zmieniamy się co okrążenie w określonej kolejności i lecimy do przodu. Pierwsze okrążenia biegłam na czuja. Pewnie zbyt szybko jak na siebie, ale dopiero później zaczęłam sprawdzać czas na zegarku.


Z każdym kółkiem zmęczenie było coraz większe, ale atmosfera mimo to niesamowita. Sztafety mają to do siebie, że pomimo zmęczenia chcesz dać z siebie jak najwięcej, by nie zawieść reszty zespołu. I właśnie w ten sposób z moimi wspaniałymi dziewczynami wybiegałyśmy ponad 15 kilometrów w godzinę, co dało 50 okrążeń, czyli 50 obiadów dla dzieci.

Bawiłyśmy się świetnie i walczyłyśmy do samego końca. Miałyśmy fantastyczną drużynę, a na sam koniec czekała na nas jeszcze jedna miła (choć dla mnie nieco stresująca) niespodzianka. Jako zespół kobiecy wybiegałyśmy najwięcej okrążeń, za co zostałyśmy wyróżnione.


Ten bieg zapamiętam na długo. Agnieszka, Ania, Małga, Klaudia - byłyście świetne, dziękuję! 

fot. A. Łapczuk-Krygier, Richie 

Czytaj dalej