Z muzyką czy bez?


Muzyka towarzyszy mi od dziecka. W większym lub mniejszym stopniu, ale cały czas. Bywają takie dni, że playlista odtwarzana jest od samego rana do późnego wieczora, ale są i też takie, gdy balsamem dla uszu jest tylko i wyłącznie cisza. W towarzystwie muzyki również lubię, choć teraz już nie zawsze - biegać.




Jeszcze do niedawna, nie wyobrażałam sobie biegania bez muzyki. Ćwiczenia, rolki, rower, pływanie owszem, ale nie bieganie. Dlaczego? Teraz sama nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że zwyczajnie było „łatwiej”. Dzięki dźwiękom docierającym ze słuchawek nie skupiałam się tak bardzo na zmęczeniu, a czas leciał szybciej. Wsłuchana w ulubione przeboje przemierzałam kilometry i tylko dziwiłam się, że pora już wracać.

Playlista była dla mnie sposobem na relaks i walkę (jak mi się wtedy wydawało) z nudą. Dlaczego piszę w czasie przeszłym? Bo od jakiegoś czasu na niektóre treningi zabieram tylko zegarek. Zdałam sobie sprawę, że bieganie bez muzyki jest możliwe i ma nawet wiele zalet!

Relaks. Myślałam, że zakładając słuchawki i izolując się w pewnym stopniu od otoczenia wchodzę w fazę pełnego odpoczynku. Tak było i oczywiście jest, jednak gdy kilka razy rozładował mi się telefon/mp3 w trakcie treningu wpadałam w panikę. No bo przecież muszę jeszcze wrócić do domu i co? Jak ja to zrobię? Mam biec bez muzyki? Czy tak się da? Sprawdziłam wielokrotnie przemierzając leśne ścieżki, polne dróżki czy miejskie alejki w towarzystwie własnego oddechu i odgłosów z otoczenia. Da się.

Wtedy też zrozumiałam, że do tej pory z biegania korzystałam tylko w pewnym stopniu. Muzyka odebrała mi jakąś jego część. Sprawiała, że ignoruję sygnały wysyłane przez organizm, nie kontroluję oddechu, tempa i szybciej się męczę.

Oczywiście to nie oznacza, że zrezygnowałam zupełnie z muzyki. Wciąż zakładam słuchawki zwłaszcza na długie niedzielne wybiegania, a wychodzę bez na czas trudnych treningów. 
Polecam, jest zupełnie inaczej. Mi się spodobało.


/E.
Czytaj dalej

Snowboard początki


Na co dzień biegam. Myślę, że nawet mogę nazwać się biegaczką, bo sport ten uprawiam regularnie, średnio 3-4 razy w tygodniu. Oprócz biegania jeżdżę na rolkach. Teraz zdecydowanie rzadziej, bo aura nie sprzyja, ale w okresie wiosenno-letnio-jesiennym prawie codziennie. Te dwie dyscypliny to strzał w dziesiątkę. Właściwie za każdym razem dają mi uśmiech i satysfakcje. Kto by pomyślał, że znajdzie się jeszcze coś, co już za pierwszym razem skradnie me serce - snowboard.





Marzyłam o tym od dawna. Już w zeszłym roku był to jeden z moich miesięcznych celów. W rodzinie i wśród znajomych raczej nikt nie uprawiał sportów zimowych (nie licząc sanek, kuligów, lepienia bałwanów, bitw na śnieżki czy robienia orłów w śniegu), więc tym bardziej trudno było mi zrealizować swój cel. 

Nart jakoś nigdy nie brałam pod uwagę. Łyżwy są nie dla mnie (kto by pomyślał, skoro tak kocham rolki), a zawsze chciałam snowboard. Na szczęście mój chłopak złapał totalną zajawkę rok temu, zaopatrzył się w sprzęt, nauczył jeździć i został moim instruktorem. 

Początki były bardzo trudne i niezwykle frustrujące. Nie przejechałam 3-4 metrów, a już leżałam. Ciągłe upadki i wywrotki strasznie demotywują. Dobrze, że miałam w sobie tyle samozaparcia i motywacji, że nie poddałam się, bo z każdym zjazdem było coraz lepiej. Nauczyłam się ślizgać na tylnej krawędzi, łapać równowagę, hamować i kontrolować na tyle snowboard, że mniej więcej po 4-5 godzinach potrafiłam przejechać 1,5 km trasę bez lądowania na tyłku/kolanach.




Oczywiście przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale pierwszy (najtrudniejszy etap) mam już za sobą. Trafiłam na świetne warunki do nauki. Miękki śnieg, 4 stopnie, słoneczko i brak tłoku na stoku ułatwił mi wiele. Jednak najważniejsze jest to, by po każdej wywrotce podnieść się i walczyć dalej. Upadków nie da się uniknąć, a grunt to ciągle próbować.  

Wytrwałość to bardzo przydatna cecha.


Jazda na snowboardzie dała mi mnóstwo radości. To świetna zabawa! Podczas wjazdu wyciągiem na górę nie mogłam doczekać się, kiedy znów będę jechała w dół. Mimo tego, że dziś bolą mnie chyba wszystkie mięśnie jakie tylko mam, to już czekam na kolejny snowboardowy wyjazd. Deska to zdecydowanie coś dla mnie! :)


/E.
Czytaj dalej

Parkrun, czy warto?


Jeszcze do niedawna na bieżąco zdawałam relacje z każdego biegu parkrun w którym brałam udział, jednak z czasem przestałam i nawet nie do końca wiem dlaczego. Teraz trochę żałuję tej decyzji, bo było to naprawdę fajną pamiątką, ale kto wie, może jeszcze wrócę do tego. 

 

fot. A. Łapczuk-Krygier


Jakiś czas temu ktoś trafił na mojego bloga pod hasłem "parkrun kraków czy warto". Z ciekawości zaczęłam przeglądać wszystkie swoje posty w których pisałam właśnie o tych biegach. Uzbierało się ich około osiemnastu, więc mam nadzieję, że wspomniana osoba znalazła odpowiedź na swoje pytanie i ostatecznie zdecydowała się przyjść w sobotę na krakowskie błonia. Dodatkowo korzystając z okazji i jednocześnie wychodząc na przeciw postanowiłam napisać jeszcze kilka słów więcej.

Parkrun Kraków, warto?


Bez zastanowienia odpowiadam, że oczywiście. To świetna inicjatywa z ogromem zalet i chyba tylko jedną wadą (ale o tym później). Myślę, że najważniejszym i jednocześnie najbardziej zachęcającym faktem jest to, że bieg organizowany jest przez biegaczy, dla biegaczy, czyli zupełnie za darmo. Wszystkie obowiązki związane z pomiarem czasu, oznakowaniem trasy, czy pilnowaniem porządku należą do wolontariuszy. Przyjść może każdy, a na start wystarczy przynieść ze sobą tylko kod kreskowy i... dobry humor (ewentualnie złość, którą można szybko i skutecznie rozładować).

Wszystkie wyniki są archiwizowane na stronie internetowej, co pozwala na dokładną analizę swoich wyników i sprawdzanie postępów. Pokusiłam się nawet o stworzenie wykresu na postawie uzyskanych danych, dzięki czemu mogę bez problemu ocenić, jak rozwija się moja forma z tygodnia na tydzień.


/było ładnie, coś się zepsuło, ale o tym jeszcze napiszę, bo na szczęście znam przyczynę/

Oczywiście nie każdy bieg traktuję tylko i wyłącznie jako wyścig. Często jest tak, że po prostu przychodzę aby się przebiec, spotkać ze znajomymi, a pomiar czasu jest rzeczą dodatkową. Dzięki biegom parkrun poznałam wiele osób, z którymi wciąż utrzymuję stały kontakt, a nawet wspólnie trenuję.



Parkrun to bieg bez zobowiązań, za darmo, a do tego organizowany w każdą sobotę, więc można go nawet traktować jako stały element treningu, cotygodniową rywalizację, czy zwyczajny start/spotkanie.

Takie biegi to również świetna okazja aby pomóc przy organizacji i jednocześnie sprawdzić swoje umiejętności pracy w grupie i w ten sposób zdobyć nowe doświadczenie. Wolontariat sportowy ma bardzo dużo zalet, o czym pisałam już jakiś czas temu na blogu.




Wada? Biegi odbywają się w sobotnie poranki o godzinie 9.00. Pobudka o tej godzinie, po całym tygodniu pracy niestety nie brzmi zachęcająco. Zwykle chęć spędzenia poranka pod cieplutką kołdrą jest tak kusząca, że tylko silna wola i determinacja pomaga.




Mimo wszystko i tak najczęściej decyduję się na rozpoczęcie weekendu w ten właśnie sposób. Dzięki temu wiem, że rozpoczęłam dzień idealnie, naładowałam się pozytywną energią i spędziłam miło poranek. Ktoś jeszcze się zastanawia czy warto przychodzić na biegi parkrun? :)


/E.
Czytaj dalej