Biegam nie tylko dla życiówek - I Cracovia Półmaraton



Większość przeczytanych przeze mnie relacji z Cracovia Półmaratonu sprowadzało się do słów - "pobiłem/łam życiówkę". No dobra, a co w przypadku, gdy mój czas był o jakieś 4 minuty gorszy od wiosennego debiutu? Nie warto wspominać? Myślę, że warto.

 



Zapisałam się na jesienny półmaraton z jednym głównym postanowieniem - pobiec szybciej, niż na wiosennym debiucie. Zresztą, taki cel obiera sobie większość osób startujących w przeróżnych biegach. Miałam przed sobą ponad 4 miesiące, które mogłam poświęcić na trening, ciężką pracę i w efekcie zdobycie tego, co tylko chciałam. Wiedziałam, że jestem w stanie to zrobić, ale nie wzięłam pod uwagę jednej kwestii - życie pisze różne scenariusze i nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli.

W czasie przygotowań realizowałam jeden plan, później drugi, trzeci... ciągle coś zmieniałam, rezygnowałam, za jakiś czas ponownie do niego wracałam i tak w kółko. Bywały kryzysy i braki chęci do treningów. Forma ani nie spadała, ani nie rosła. Było normalnie. Gdy nie biegałam zachwycałam się jazdą na rowerze, rolkach, spacerowałam albo po prostu leżałam z książką w ręku i objadałam sezonowymi owocami. Gdy zapragnęłam biegać, zakładałam buty i to robiłam. Czułam się wtedy tak, jakby ktoś doczepił mi skrzydła. Mijał czas. Nic się nie zmieniało, a perspektywa osiągnięcia zaplanowanego wyniku na półmaratonie oddalała się, aż wreszcie przestała być celem samym w sobie.

W przeddzień Cracovia Półmaratonu zupełnie nie czułam stresu. Nastawiłam się na zabawę i radość. Nie potrzebowałam nic więcej. Identycznie było w dniu startu. Pełen relaks, uśmiech. Mroźne powietrze, nie kursujący tramwaj, kłopoty z ułożeniem odpowiedniej fryzury czy nawet problem z tym jak się ostatecznie ubrać do biegu nie popsuł mi humoru. 

Na Rynek dotarłam jakieś 30 minut przed startem i tyle wystarczyło, by przebrać się, odnieść rzeczy do depozytu, zamienić kilka zdań z napotkanymi znajomymi, zrobić rozgrzewkę i nie myśleć o tym, ile jest stopni na zewnątrz.

Bez problemu ustawiłam się w odpowiedniej strefie startowej czekając na kolejną przygodę. Jeszcze przed samym startem kilka osób poklepało mnie po ramieniu życząc powodzenia, a nawet podeszła do mnie Ania (Abakercja), której bloga śledzę już od jakiegoś czasu - cieszę się, że wreszcie miałam okazję Cię poznać.

Przez pierwsze 2-3 kilometry trzymałam się balonika 6:10, jednak z czasem postanowiłam lekko przyśpieszyć zostawiając go nieco w tyle. Wbiegając na Błonia widziałam zawodników, którzy już je opuszczają i tylko pozazdrościłam, że mają ten odcinek za sobą. Mimo tego, że jakieś 70-80% moich treningów wykonuję właśnie w tym miejscu, to jakoś szczególnie za nim nie przepadam. Dla mnie trasa półmaratonu mogłaby je ominąć.




Mniej więcej na 6 kilometrze poznałam Gosię. Mijałyśmy się już kilka razy wcześniej, dlatego postanowiłyśmy biec razem. Dla mnie to było najlepsze co mogło mi się przydarzyć. Uwielbiam towarzystwo, bo wtedy biega się zdecydowanie lepiej. Łatwiej utrzymać tempo, nie czuje się zmęczenia, jest po prostu fajnie. Wiele nie rozmawiałyśmy (by nie tracić sił), ale biegłyśmy razem.

Analizując wcześniej trasę Cracovia Półmaratonu myślałam, że na alejach będzie najgorzej. Cały czas prosta, bez zakrętów i szczególnych widoków. Jednak było zupełnie odwrotnie. Właśnie wtedy biegło mi się najlepiej i prawie wcale nie czułam zmęczenia.


Ja i Gosia (pozdrowienia dla Ciebie!)

Punkt dopingowy klubu ITMBW był ustawiony w idealnym miejscu, a sytuacja, gdy w biegu nie udało mi się przybić Marii piątki tak mnie rozbawiła, że przez kolejny kilometr miałam uśmiech na twarzy. Z kolei po drugiej stronie ulicy znów miałam okazję oglądać szybszych zawodników i tylko wzrokiem szukałam znajomych, co jakiś czas pozdrawiając ich gestem.

W ten sposób minęło jakieś 15 kilometrów, a ja ciągle biegłam. Najlepsze było to, że czułam się tak, jakbym miała za sobą dopiero 1/3 pokonanego dotychczas dystansu. Właściwie przed samym Rynkiem spotkałam Natalię, która ku memu zaskoczeniu spytała się, czy łamię dwójkę. Huh.. musiałam nieźle wyglądać w takim razie. Po wymianie kilku zdań ruszyłam dalej przed siebie.

Na Rynku popełniłam największy błąd, jaki tylko byłam w stanie zrobić. Napiłam się izotoniku, po którym zrobiło mi się niedobrze. Rozbolał mnie brzuch i mimo, że dalej biegłam to czułam, że drastycznie zwalniam. Dodatkowo potrzeba skorzystania z toalety z każdym metrem stawała się coraz bardziej nie do zniesienia.




Przed 17 kilometrem wypatrzyłam wzrokiem Mateusza, a po chwili go dogoniłam. Wcale się tego nie spodziewałam i kiedy minęłam go, klepiąc po ramieniu poczułam chwilowy przypływ sił. Mniej więcej wtedy też zgubiłam Gosię, która do tej pory cały czas mi towarzyszyła.

Pod Wawelem nie czułam się najlepiej, a gdy stanęłam i złapałam się barierek zakręciło mi się w głowie. To trwało na szczęście chwilkę, więc zaraz postanowiłam ruszyć dalej. Niestety, po chwili dogonił mnie Mateusz, po czym zaczął szybko się oddalać i.. zostałam sama.

Przy punkcie z wodopojem zatrzymałam się za potrzebą i.. na tym właściwie mógłby skończyć się mój półmaraton. Po wyjściu nie miałam już kompletnie siły. Balonik z 2:10 wbiegał na Salwator, a ja czułam, że ze mną jest coraz gorzej.

Jednak nie narzekałam. Nie przeklinałam. Nie zrezygnowałam - nawet przez chwilę. Po prostu poruszałam się cały czas do przodu. Im bliżej końca, tym mniej miałam energii, a gdy został kilometr do mety miałam ochotę siąść na asfalcie i czekać na energię z kosmosu. I wiecie co? Doczekałam się. Na ostatniej prostej spotkałam Kamilę i Karolinę, dzięki którym tak naprawdę dobiegłam do mety (ogromne uściski dla Was!). 




Ostatnich 100 metrów mogłabym nie pamiętać, albo mogłabym zapamiętać na zawsze, gdyby sytuacja potoczyła się nieco inaczej. Ponownie przyśpieszyłam na 20 kilometrze, by mieć to już jak najszybciej za sobą.

Poprawiłam postawę, wiedząc, że za chwilę będą robione zdjęcia. Widziałam metę, która była już w moim zasięgu i... nagle ktoś we mnie wbiegł i po chwili wylądował na ziemi. Przez moment nie wiedziałam co się dzieje, jednak szybko odzyskałam równowagę i przekroczyłam metę. Zrobiłam to. Ponownie!




Kolejny półmaraton. Już drugi (a może dopiero?). Co z tego, że czasowo pobiegłam trochę gorzej niż na wiosnę. Ten, znaczy dla mnie o wiele więcej. Udowodniłam sobie wiele rzeczy, pokonałam wiele słabości, sprawdziłam się i metę przekroczyłam o wiele silniejsza. 

Odzyskałam motywację, a bieganie pokochałam jeszcze bardziej. Czy może być jeszcze piękniej?



Na koniec jeszcze raz chciałam podziękować wszystkim znajomym i nieznajomym spotkanym przed biegiem, w trakcie i po. Za wszystkie pozdrowienia, uśmiechy, doping, gratulacje i przybite piątki. 

Na samo wspomnienie Cracovia Półmaratonu mam iskierki w oczach. Było wspaniale. Na pewno tu wrócę.

Dzięki Michał za fajne zdjęcia i Wedlowskie słodkości później.
Jak dobrze, że to było po biegu, bo przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia! :D

/E.


Udostępnij ten post

41 komentarzy :

  1. Świetny wpis! Pamiętajmy że nie biegamy dla życiówek. Ewelina, gratulacje za ukończenie swojego drugiego półmaratonu, tylko to się liczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Perspektywa uzyskania życiówki w przyszłości zawsze gdzieś tam siedzi w głowie i daje duuuużo radości czy motywacji. Jednak dla mnie nie jest najważniejszym aspektem biegania :)

      Dzięki!

      Usuń
    2. Dla mnie najważniejsza jest radość z wykonywanej rzeczy :). Cieszę się,że dla Ciebie też. Owszem każdy chce bić rekordy,ale nie trzeba tego robić zawsze.

      Usuń
  2. gratulacje ! ja mam nadzieję na wiosnę zrobić swój pierwszy półmaraton :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli nie tylko ja miałam takie niedobre przygody... Gratuluję super ekstra zwycięskiej walki z ble izo i oby jak najwięcej uśmiechniętych biegów :D Szkoda, że byłam wtedy jakaś niewidzialna i nie widziałam totalnie nikogo, oprócz Mateusza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izotonik był straszny.. już się nigdy na niego nie zdecyduję na biegu :) Hmm.. może założyłaś czapkę niewidkę? :D

      Usuń
    2. a to jakiś konkretny smak izotonika tak wam zaszkodził czy ogólnie ta firma akurat? czy w ogóle izotonik jako izotonik?

      Małga, bo za szybko biegłaś ;)

      Usuń
    3. Sama nie wiem, wydaje mi się, że izotonik, bo izotonik, ale napiłam się żółtego :)

      Usuń
  4. No tak- półmaraton a Ty wcale nie czułaś zmęczenia? :D Ty to masz kondycję, ogromnie gratuluję jesteś niesamowita :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czułam, do jakiegoś 15 kilometra, później było już coraz gorzej :D

      Usuń
  5. gratuluję Kochana! jesteś wspaniała! tyle to bym chyba nigdy nie przebiegła :D ten piękny uśmiech podczas biegu mówi sam za siebie, jak wielką sprawia Ci to przyjemność :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj sprawia i to ogromną. Bieganie jest takie faaajne! :D I myślę, że półmaraton byś przebiegła, wystarczy, że byś trochę potrenowała : ))

      Usuń
  6. Bo ja byłam przekonana, że łamiesz 2h, więc nawet się nie wpraszałam przed biegiem do towarzystwa ;p Zaskoczyła mnie Twoja obecność na Bernardyńskiej, bo czasowo to już było dość późno, ale fakt, wyglądałaś jakieś 100x lepiej, niż ja się czułam, więc może miałaś w planach jakiś sprint na ostatnie kilometry? :D

    (na czwartej fotałce taka fioletowa plama wisząca na barierce, to ja - gawędziłam z rodzicami ;p)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh co Ty! Nawet nie miałam w planach tak szybko biec. Widzisz, a mogłyśmy razem go śmignąć, było by milej :)

      Wtedy jak Cię spotkałam, to faktycznie czułam się jeszcze świetnie i zastanawiałam się czy duużo nie przyśpieszyć. Nawet tak zrobiłam, jednak później było już jak było :D

      Usuń
  7. Wizja życiówki daje motywację, ale myślę, ż jej brak również może dać kopniaka :) Przyznam, że na przygody jakie miałaś po drodze to życiówka czy jej brak nie jest najważniejszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, masz rację. Był czas, gdy z miesiąca na miesiąc uzyskiwałam coraz lepsze czasy. To było niesamowicie motywujące jednak z czasem przestało się to dziać i.. chyba wpadłam w małego biegowego dołka :)

      Usuń
  8. gratulacje. przede wszystkim uśmiechu i rozsądnego podejścia. wiadomo, że najfajniej by było cały czas tylko piąć się w górę i na każdym nawet treningu poprawiać swój czas. ale z drugiej strony nie jest to możliwe i można się zajechać (albo zabiegać na śmierć) a nie o to przecież chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jasne, to prawda :) dlatego podchodzę do tego wszystkiego ze spokojem i uśmiechem na twarzy :)

      Usuń
  9. Dla mnie i tak jesteś wzorem, jak wszyscy którzy są w stanie przebiec półmaraton. Bez życiówki, ale z uśmiechem na ustach. To się liczy!

    OdpowiedzUsuń
  10. Wspaniała relacja. :) Aż żal, że nie pobiegłam. Ale mnie debiut czeka na wiosnę dopiero. Zazdroszczę. Nie zawsze biegnie się po życiówkę. :) Mi też się raz zdarzyło w czasie startu, że po wypiciu izotonika było mi niedobrze, potem rewolucje. Od tego czasu ich nie pijam w ogóle w czasie biegania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mi wcześniej nigdy się to nie zdarzyło, ale piłam zupełnie innego izotonika, więc może dlatego :)

      Usuń
  11. Nie wiem jak to jest biec tyle kilosów, ale wiem jedno, że nie ważne co ludzie mówią o czasach, życiówkach itp. Samo to, że dałaś radę przebiec 21km (co dla śmiem twierdzić 3/4 Polaków byłoby dystansem nie do przejścia) jest niesamowite. Ba, zrobiłaś to już drugi raz !! BRAWO BRAWO BRAWO !! i uwierz mi to właśnie takie "zwykłe" niezwykłe dziewczyny jak ty są inspiracją dla innych ;-) Ja zaliczam się do tych zainspirowanych ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale miło mi to czytać, serio! :) wiem, że na wielu osobach taki dystans robi wrażenie, jednak dla osób biegających już dłużej, to nic takiego, ale dla mnie wciąż tak.. :D

      Usuń
  12. ja również gratuluję piękny wpis i piękny bieg jesteś wielka ze się nie poddalaś tak trzymać EWELINY to twarde Dziewczyny pamiętaj :p :) Brałam udział w tym półmaratonie był on dla mnie pierwszy .. powiem ci że żałowałam na mecie że to już koniec a co najlepsze w czasie biegu zaświtała myśl MARATON .....życze samych wspaniałych biegów i radości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama koło 13 kilometra dziwiłam się, że to tak szybko minęło, jednak później już tak nie było.. :D

      Gratulacje dla Ciebie! Pierwszy półmaraton zapada w pamięć szczególnie :)

      Usuń
  13. Ja życiówki też nie zaliczyłam, ale Cracovię i pierwszy oficjalny start na dystansie półmaratońskim będę wspominać fantastycznie! Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Oczywiście wpisuję się na listę stałych obserwatorów bloga :)))

    OdpowiedzUsuń
  15. Dałaś radę i to jest najważniejsze! Pokonałaś ten półmaraton, wygrałaś ze swoimi słabościami! Gratulacje! A co do planów... no cóż życie ma swój własny plan. Ale jeszcze mu dokopiesz! :)) A może spotkamy się na jakimś starcie na wiosnę? :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! To jest właśnie w tym wszystkim najlepsze - pokonywanie siebie :)

      Ah kto wie.. w sumie na Marzannę się już zapisałam :)

      Usuń
  16. Z izotonikiem też miałam jakieś jazdy podczas mojego pierwszego półmaratonu. A izotonik miałam ze sobą, więc niby był mi znany i sprawdzony... Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego... Osobiście praktycznie nigdy nie biegnę dla życiówek (wyjątkiem była Dycha Drzymały w tym roku, ale to przez to, że mnie mąż wkurzał :P). Biegnę zawsze tak jak czuję. Moment zaskoczenia i radość na mecie z pobitej przypadkowo życiówki - bezcenne :) Takie rekordy smakują najlepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz mam takie samo podejście. Kiedyś każdy mój start to była walka o życiówkę, na szczęście z czasem zmieniłam nastawienie i biega mi się o wieeeeeele lepiej : ))

      Usuń
  17. Życiówkę zdążysz jeszcze poprawić. Najważniejsza jest dobra zabawa i rzecz jasna ukończony, kolejny bieg do kolekcji. Najważniejsze, to nie dać się złamać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uświadomiłam to sobie jakiś czas temu i od tego czasu biega mi się o wiele lepiej! :))

      Usuń
  18. Ja póki co, cieszę się z każdej przebiegniętej piąteczki, a życióweczka tylko jeszcze bardziej satysfakcjonuje. Faktycznie, warto wspominać o biegach bez życiówek, bo przecież po każdym biegu jestem cenniejsi o doświadczenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja się cieszę z każdego przebiegniętego kilometra i jak wiadomo im ich więcej tym większa radość, zresztą podobnie z czasem, ale nie po to biegam : ))

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)