Bełchatowska 15 już po raz drugi!


Rok temu za swoje pierwsze 15 kilometrów dostałam medal. Właściwie od tego biegu wszystko się zaczęło i to głównie za sprawą niesamowitej atmosfery towarzyszącej wydarzeniu. Wielki biegowy świat tak mnie oczarował, że po prostu przepadłam, a imprezę wpisałam już na stałe do swojego kalendarza.




Lubię biegać u siebie. Zawsze to powtarzam, gdy wychodzę na trening po rodzinnej miejscowości. I to zupełnie nie chodzi o to, że tam zaczynałam, tylko raczej o ogólny spokój, lasy w których czasem się gubię, ogromne łąki, małe cichutkie osiedla, ulubione ścieżki, zające, sarny, jelenie.. i ten cały "bełchatowski, domowy klimat". Jakby tego było mało, biegi, które wspominam najlepiej odbyły się właśnie tutaj, w moim mieście.

A jak było z tegoroczną Bełchatowską Piętnastką? 


Najpierw kilka miesięcy czekałam na zapisy, a później znowu kolejne na start, nie mogąc się doczekać. Mam wrażenie, że nawet swojego pierwszego półmaratonu nie wyczekiwałam tak bardzo jak tego biegu. Byłam pewna, że będzie świetnie i dokładnie tak było.

Zwykle dzień przed startem niewiele o nim myślę. Często nawet nie jestem pewna o której wszystko się zaczyna. Dopiero przed snem, przy okazji kompletowania stroju sprawdzam godzinę. Tak już mam.

Podobnie jak w zeszłym roku pakiet startowy odebrałam wcześniej, przyjeżdżając z tatą do biura zawodów. W chwili podpisywania oświadczenia zaczęło do mnie docierać, że już niedługo biegnę i że znów poczuję te emocje, które tak lubię. Stres? Tym razem nie.

fot. A. Michel

Na miejscu startu pojawiłam się mniej więcej 15 minut przed wystrzałem z armatki. W tym samym czasie trwała akurat grupowa rozgrzewka. Z zasady raczej do nich nie dołączam, jednak mając w pamięci zeszłoroczną, postanowiłam spróbować. Dzięki temu szybko udzieliła mi się radosna atmosfera panująca wokół, a nogi aż same rwały się do biegu.

Jak chciałam pobiec? W moim założeniu było poprawienie wyniku z zeszłego roku, choćby minimalnie, jednak nie za wszelką cenę. Pogoda była bardzo podobna, kilka stopni na plusie, ale tym razem świeciło słońce i na niektórych odcinkach silniejszy wiatr dawał się we znaki.

Do pokonania podczas Bełchatowskiej Piętnastki miałam trzy 5-cio kilometrowe pętle ulicami miasta. Pierwsze okrążenie minęło niesamowicie szybko. Zajęłam się utrzymywaniem odpowiedniego tempa (które i tak nie do końca było takie jak sobie zaplanowałam), a później szukaniem osoby, która biegnie podobnie do mnie i będzie mi "towarzyszyć" całą trasę. 

Niestety przy kolejnych kilometrach nie było już tak wesoło. Zaczęłam odczuwać skutki zbyt szybkiego startu więc zwolniłam. W chwilach gdy miałam więcej siły trochę przyśpieszałam, a gdy znów ich brakło - biegłam wolniej.

fot. R. Komora
 
Po drugim okrążeniu nie mogłam uwierzyć, że to już 10 kilometr. Możliwe, że to dlatego, że co jakiś czas ktoś mnie wyprzedzał (albo ja kogoś). Zdarzało się nawet, że Ci lepsi zawodnicy (w sumie to zwycięzcy) dublowali mnie. Wtedy najczęściej nie pozostawało mi już nic innego jak tylko wzdychać z zazdrości. Nie myślałam o zmęczeniu. Cały czas coś się działo, a ja czerpałam radość z biegu. Mijałam kibiców, fotografów, uśmiechałam się, dzieciom przybijałam piątki i powtarzałam do siebie, że jest okej i na pewno sobie poradzę.

Na 3, 8 i 13 kilometrze czekał na mnie brat z tatą, by po chwili szybko się przemieścić i pojawić w miejscu startu/mety, aby znów mnie dopingować. Mimo, że na trasie kibiców nie brakowało, to jednak, gdy ktoś bliski się zjawia moc rośnie o 200% (co zresztą zauważyłam nawet po słupkach z endo).

Tym razem podczas Bełchatowskiej Piętnastki nie byłam spragniona. Przyzwyczaiłam organizm, że przy takim dystansie nie potrzebuje wody, jednak zapobiegawczo na każdym punkcie odżywczym brałam kubeczek. Nauczyłam się pić w biegu, a kiedyś myślałam, że jest to niewykonalne. 

fot. A. Michel

Z ostatnich 5 kilometrów niewiele pamiętam.  Przyśpieszony oddech i zmęczenie nie pozwalało mi za bardzo zwiększyć prędkości, jednak myśl, że to już końcówka cały czas dodawała mi energii. Na metę znów wbiegłam rozpędzona, mijając po drodze jeszcze kilka osób. Uwielbiam tak finiszować, mimo, że często oznacza to, że mam jeszcze dużo siły i mogłam powalczyć.

Medal, który ktoś zawiesił mi na szyi był dla mnie totalną niespodzianką. Nie miałam pojęcia jak będzie wyglądał i nawet specjalnie się tym nie interesowałam, bo chciałam by tak zostało. Kolejny do mojej skromnej kolekcji i niezwykle dla mnie ważny.




Po wszystkim znów była ogromna radość. To największy plus aktywności fizycznej. Po to przecież biegam, aby się z tego cieszyć. Wspaniale jest robić to dla frajdy, przyjemności. Ten bieg nie był dla mnie wyścigiem. Nie miałam zamiaru dawać z siebie 100%. To nie był mój cel. Wystartowałam po uśmiech, emocje, szczęście i zabawę, przy okazji poprawiając wynik z zeszłego roku o kilka minut.

Jeszcze raz to powtórzę i będę to robić bez końca - w Bełchatowie biega mi się najlepiej i myślę, że tak już pozostanie. Cieszę się, że moje miasto staje się coraz bardziej rozbiegane, a na "domowych" ścieżkach mijam wielu biegaczy. Bełchatowska Piętnastka to świetnie zorganizowana impreza, więc nie pozostaje mi teraz już nic innego, jak tylko zaprosić Was za rok, bo ja na pewno będę! :)


/E.

Udostępnij ten post

17 komentarzy :

  1. Jak ty zawsze pięknie i zwiewnie wyglądasz na tych zdjęciach. Moje nie nadają się do publikacji :p a medal przypomina mi kawałek czekolady ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo po prostu tych "nietwarzowych" nie pokazuję :D Wiesz.. długo zastanawiałam się nad tym - co autor miał na myśli - i nie mam pojęcia :)

      Usuń
  2. Ludzie i organizacja tworzą atmosferę, jeśli wszystko jest dobrze zaplanowane to ludzie miło wspominają takie wydarzenia i z chęcią uczestniczą w kolejnych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to :) Jak na razie mam takie szczęście, że wszystkie biegi w których uczestniczyłam mogę polecić, bo organizacja była na wysokim poziomie. Mam nadzieję, że już tak zostanie ;)

      Usuń
  3. Gratki ;-) Ja nie lubię biegać tak "w kółko" i męczy mnie jak tą samą trasę trzeba pokonywać kilka razy ;-) szacun ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, przy takim kręceniu się potrzeba już trochę silnej woli. Sama również za bardzo za tym nie przepadam, ale już coraz mniej mi to przeszkadza :D

      Usuń
  4. Śliczna relacja :). Mi się najlepiej po Grochowie (dzielnica Warszawy) biegało, bo znałam ją najlepiej i wiedziałam gdzie trzeba skręcić, żeby mieć ładne widoki. Z takich startów bardzo dobrze wspominam bieg Powstania Warszawskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bełchatów też znam najlepiej, mam swoje ulubione ścieżki, ale wciąż odkrywam coś nowego.. :)

      Usuń
  5. Gratuluję udanego startu; medalu i zadowolenia z posiadania "ulubionego"biegu.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymałam kciuki, dałaś radę. Wiesz co, lubię osoby, które bawią się biegiem, na pierwszym miejsciu nie jest życiówka, uda sie ok, nie to trudno. Masz w sobie dużo pozytywnych emocji. To jest fajne. Bełchatowską Piętnastkę też wspominam dobrze. Fajni ludzi. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dokładnie tak jak piszesz i wydaje mi się, że to bardzo zdrowe podejście :)

      Prawda? Bełchatowska 15 jest świetna! :D

      Usuń
  7. gratuluję Kochana :) jak widzę Twoje piękne zdjęcia i ten cudowny uśmiech to aż chce się iść biegać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheheh cieszę się! Kochana, zakładaj buciki i biegaj! : ))

      Usuń
  8. Sam było bardzo zdziwiony frekwencją tej imprezy. Nie spodziewałem się, że o tej porze i w takim miejscu można być zorganizowana tak duża impreza biegowa.

    Z początku przerażały mnie te pętle, ale generalnie trasa nie była zła.

    Bardzo miło wspominam tegoroczny Bełchatów, choć w dalszym ciągu odczuwam skutki choroby, której się tam nabawiłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, pętle są trochę uciążliwe. Trzeba się nastawić na to psychicznie i w sumie nie jest źle :)

      U mnie się obyło na szczęście bez choroby, może dlatego, że dopadła mnie tydzień wcześniej :D

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz! To dla mnie dodatkowa motywacja ;)