Podsumowanie miesiąca i plany na grudzień 2014

 

Grudzień. Lubię grudzień, bo w grudniu zawsze kończą się moje narzekania, marudzenia i ogólne "depresje". To taki czas, kiedy przyzwyczajam się do tego, że na zewnątrz szybko się ściemnia, jest zimno, a ciepłe dni szybko nie wrócą. Około świąteczny czas nastraja mnie pozytywnie i motywuje do działania. Szaro, buro i smutno? Nie w tym miesiącu! 


Wspominając listopad:


- 2 biegi parkrun (wreszcie wracają wyniki w okolicach 27 minut)
- 2 zorganizowane biegi (Bieg Charytatywny i Bełchatowska 15)
- przebiegłam 159 km (to już tylko 2km mniej od miesięcznego rekordu)
- z rolkami też się udało - prawie 38km i rowerem (10km)
- aktywność fizyczna to ponad 25h




Jakie plany na grudzień?

 

W listopadzie włączyłam do swoich treningów gimnastykę i jogę. Niestety na ćwiczenia uzupełniające poświęcałam  tylko jeden dzień w tygodniu, więc plan na ten miesiąc jest taki, aby były to chociaż dwa dni. Myślę, że kupno dużej piłki może być dodatkową motywacją.

Z biegowego miesięcznego kilometrażu jestem już zadowolona. Biorąc pod uwagę nawet to, że odpuściłam 3 treningi z planu (w tym długie wybieganie) jest już okej, jednak żeby było jeszcze fajniej, to w grudniu chcę przebiec więcej niż 160 km. 

Ostatnio nie znoszę wtorkowych i czwartkowych treningów, które są TAK męczące i wcale nie chce mi się ich robić, ale skoro mam cel no i przynoszą efekty to nie rezygnuję. W grudniu ma być podobnie.

Coś jeszcze? Od kilku dni chodzi mi po głowie basen, więc chociaż raz się wybiorę. Pomyśleć, że jakieś 3 lata temu bywałam tam 3x w tygodniu i potrafiłam pływać 1,5h bez większego zmęczenia!


@keepdreamsclose


Czytaj dalej

Bełchatowska 15 już po raz drugi!


Rok temu za swoje pierwsze 15 kilometrów dostałam medal. Właściwie od tego biegu wszystko się zaczęło i to głównie za sprawą niesamowitej atmosfery towarzyszącej wydarzeniu. Wielki biegowy świat tak mnie oczarował, że po prostu przepadłam, a imprezę wpisałam już na stałe do swojego kalendarza.




Lubię biegać u siebie. Zawsze to powtarzam, gdy wychodzę na trening po rodzinnej miejscowości. I to zupełnie nie chodzi o to, że tam zaczynałam, tylko raczej o ogólny spokój, lasy w których czasem się gubię, ogromne łąki, małe cichutkie osiedla, ulubione ścieżki, zające, sarny, jelenie.. i ten cały "bełchatowski, domowy klimat". Jakby tego było mało, biegi, które wspominam najlepiej odbyły się właśnie tutaj, w moim mieście.

A jak było z tegoroczną Bełchatowską Piętnastką? 


Najpierw kilka miesięcy czekałam na zapisy, a później znowu kolejne na start, nie mogąc się doczekać. Mam wrażenie, że nawet swojego pierwszego półmaratonu nie wyczekiwałam tak bardzo jak tego biegu. Byłam pewna, że będzie świetnie i dokładnie tak było.

Zwykle dzień przed startem niewiele o nim myślę. Często nawet nie jestem pewna o której wszystko się zaczyna. Dopiero przed snem, przy okazji kompletowania stroju sprawdzam godzinę. Tak już mam.

Podobnie jak w zeszłym roku pakiet startowy odebrałam wcześniej, przyjeżdżając z tatą do biura zawodów. W chwili podpisywania oświadczenia zaczęło do mnie docierać, że już niedługo biegnę i że znów poczuję te emocje, które tak lubię. Stres? Tym razem nie.

fot. A. Michel

Na miejscu startu pojawiłam się mniej więcej 15 minut przed wystrzałem z armatki. W tym samym czasie trwała akurat grupowa rozgrzewka. Z zasady raczej do nich nie dołączam, jednak mając w pamięci zeszłoroczną, postanowiłam spróbować. Dzięki temu szybko udzieliła mi się radosna atmosfera panująca wokół, a nogi aż same rwały się do biegu.

Jak chciałam pobiec? W moim założeniu było poprawienie wyniku z zeszłego roku, choćby minimalnie, jednak nie za wszelką cenę. Pogoda była bardzo podobna, kilka stopni na plusie, ale tym razem świeciło słońce i na niektórych odcinkach silniejszy wiatr dawał się we znaki.

Do pokonania podczas Bełchatowskiej Piętnastki miałam trzy 5-cio kilometrowe pętle ulicami miasta. Pierwsze okrążenie minęło niesamowicie szybko. Zajęłam się utrzymywaniem odpowiedniego tempa (które i tak nie do końca było takie jak sobie zaplanowałam), a później szukaniem osoby, która biegnie podobnie do mnie i będzie mi "towarzyszyć" całą trasę. 

Niestety przy kolejnych kilometrach nie było już tak wesoło. Zaczęłam odczuwać skutki zbyt szybkiego startu więc zwolniłam. W chwilach gdy miałam więcej siły trochę przyśpieszałam, a gdy znów ich brakło - biegłam wolniej.

fot. R. Komora
 
Po drugim okrążeniu nie mogłam uwierzyć, że to już 10 kilometr. Możliwe, że to dlatego, że co jakiś czas ktoś mnie wyprzedzał (albo ja kogoś). Zdarzało się nawet, że Ci lepsi zawodnicy (w sumie to zwycięzcy) dublowali mnie. Wtedy najczęściej nie pozostawało mi już nic innego jak tylko wzdychać z zazdrości. Nie myślałam o zmęczeniu. Cały czas coś się działo, a ja czerpałam radość z biegu. Mijałam kibiców, fotografów, uśmiechałam się, dzieciom przybijałam piątki i powtarzałam do siebie, że jest okej i na pewno sobie poradzę.

Na 3, 8 i 13 kilometrze czekał na mnie brat z tatą, by po chwili szybko się przemieścić i pojawić w miejscu startu/mety, aby znów mnie dopingować. Mimo, że na trasie kibiców nie brakowało, to jednak, gdy ktoś bliski się zjawia moc rośnie o 200% (co zresztą zauważyłam nawet po słupkach z endo).

Tym razem podczas Bełchatowskiej Piętnastki nie byłam spragniona. Przyzwyczaiłam organizm, że przy takim dystansie nie potrzebuje wody, jednak zapobiegawczo na każdym punkcie odżywczym brałam kubeczek. Nauczyłam się pić w biegu, a kiedyś myślałam, że jest to niewykonalne. 

fot. A. Michel

Z ostatnich 5 kilometrów niewiele pamiętam.  Przyśpieszony oddech i zmęczenie nie pozwalało mi za bardzo zwiększyć prędkości, jednak myśl, że to już końcówka cały czas dodawała mi energii. Na metę znów wbiegłam rozpędzona, mijając po drodze jeszcze kilka osób. Uwielbiam tak finiszować, mimo, że często oznacza to, że mam jeszcze dużo siły i mogłam powalczyć.

Medal, który ktoś zawiesił mi na szyi był dla mnie totalną niespodzianką. Nie miałam pojęcia jak będzie wyglądał i nawet specjalnie się tym nie interesowałam, bo chciałam by tak zostało. Kolejny do mojej skromnej kolekcji i niezwykle dla mnie ważny.




Po wszystkim znów była ogromna radość. To największy plus aktywności fizycznej. Po to przecież biegam, aby się z tego cieszyć. Wspaniale jest robić to dla frajdy, przyjemności. Ten bieg nie był dla mnie wyścigiem. Nie miałam zamiaru dawać z siebie 100%. To nie był mój cel. Wystartowałam po uśmiech, emocje, szczęście i zabawę, przy okazji poprawiając wynik z zeszłego roku o kilka minut.

Jeszcze raz to powtórzę i będę to robić bez końca - w Bełchatowie biega mi się najlepiej i myślę, że tak już pozostanie. Cieszę się, że moje miasto staje się coraz bardziej rozbiegane, a na "domowych" ścieżkach mijam wielu biegaczy. Bełchatowska Piętnastka to świetnie zorganizowana impreza, więc nie pozostaje mi teraz już nic innego, jak tylko zaprosić Was za rok, bo ja na pewno będę! :)


/E.

Czytaj dalej

Dziś nie biegam


Nie mogę, jestem zmęczona, nie mam czasu, mam dużo pracy, jest ciemno, pada, nie mam z kim, wczoraj biegałam, pójdę jutro. I tak dalej. Wymówek jest mnóstwo, a jakich używam najczęściej i jak sobie z nimi radzę? O tym poniżej.


Gdy wstaję do pracy jest jeszcze szaro, a ostatnio nawet nie świeci słońce. Jesienno-zimowa aura zachęca tylko do spędzenia wieczoru w domowym zaciszu, najlepiej w towarzystwie gorącej czekolady i ulubionych seriali. W takiej sytuacji myśl o wyjściu na zewnątrz sprawia, że mam ochotę jeszcze bardziej otulić się kocem, włączyć grzejnik na full i przytulić termofor. 



Co się dzieje wtedy w moim mózgu? Wymówkowe szaleństwo!


Dziś nie będę biegać, bo pada.
Dziś nie będę biegać, bo jest zimno.
Dziś nie będę biegać, bo biegałam wczoraj.
Dziś nie będę biegać, bo jestem zmęczona.
Dziś nie będę biegać, bo bolą mnie nogi.
Dziś nie będę biegać, bo jestem śpiąca.
Dziś nie będę biegać, bo mam ochotę na pyszną kolację.
Dziś nie będę biegać, bo obejrzę sobie jakiś film.
Dziś nie będę biegać, bo jest ciemno.
Dziś nie będę biegać, bo jest mokro.
Dziś nie będę biegać, bo mam już dosyć biegania po tej trasie.
Dziś nie będę biegać, bo znajomy z którym miałam wyjść zrezygnował.
Dziś nie będę biegać, bo moje ulubione biegowe ubrania są w praniu.
Dziś nie będę biegać, bo mam mokre/brudne buty.
Dziś nie będę biegać, bo mój telefon ma słabą baterię.
Dziś nie będę biegać, bo zapomniałam słuchawek z domu.
Dziś nie będę biegać, bo przed chwilą wróciłam z pracy.
Dziś nie będę biegać, bo przed chwilą umyłam włosy.
Dziś nie będę biegać, bo mam na sobie ładny makijaż.
Dziś nie będę biegać, bo GPS wolno łapie sygnał.
Dziś nie będę biegać, bo w niedzielę mam długi bieg, więc chcę odpocząć.
Dziś nie będę biegać, bo jestem smutna.
Dziś nie będę biegać, bo mam te dni.
Dziś nie będę biegać, bo pójdę jutro.
Dziś nie będę biegać, bo nie mam nastroju.
Dziś nie będę biegać, bo mam ochotę poleżeć.
Dziś nie będę biegać, bo nie mam z kim.
Dziś nie będę biegać, bo jest późno.
Dziś nie będę biegać, bo jak wrócę nie będę miała już siły.
Dziś nie będę biegać, bo w planie mam ciężki trening.
Dziś nie będę biegać, bo chcę napisać nowy post.
Dziś nie będę biegać, bo ostatnio brakowało mi tchu.
Dziś nie będę biegać, bo mi się nie chce.
Dziś nie będę biegać, bo nie mam czasu.
Dziś nie będę biegać, bo wolę poćwiczyć w domu.
Dziś nie będę biegać, bo tutaj jest tak ciepło.
Dziś nie będę biegać, bo... i mogłabym tak bez końca.


Później.. przypominam sobie o swoich marzeniach. O tym, że chcę je zrealizować, a nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo. Jesień i zima to w gruncie rzeczy idealne pory roku na trening. Doświadczeni sportowcy powtarzają, że solidnie przepracowana zima, to pewna forma na wiosnę, więc jeśli chcę przekroczyć metę z uśmiechem na twarzy nie mogę rezygnować. Wizja spełnionego w przyszłości marzenia jest dla mnie najlepszą motywacją. Najczęściej tyle wystarczy, abym podniosła tyłek, oczyściła myśli i rozpoczęła kolejny trening.

/E.

Czytaj dalej

Cele, plany i marzenia

 

Odkąd zaczęłam biegać za każdym wyznaczam sobie jakiś punkt do którego dążę. Tak przywykłam do tego, że gdy uda mi się zrealizować jeden (lub minie jego "okres przydatności") to wybieram kolejny. 


Określenie celu motywuje mnie do działania, nie pozwala się poddać. Jest to coś czego pragnę, coś co chcę zrealizować w bliższej lub dalszej przyszłości. Coś, co pozwoli mi spełnić marzenie i dać szczęście. Ambitny cel to szansa na rozwój. Jeśli wiem co chcę osiągnąć, to jednocześnie wiem na czym muszę się skupić. Dzięki takiemu postanowieniu dużo wyraźniej widzę swoje postępy.

Długo zastanawiałam nad czym będę pracować do wiosny. Brałam pod uwagę różne opcje zaczynając od poprawy wyników na 5 i 10 kilometrów, a kończąc na maratonie. Nie była to łatwa decyzja, jednak zostanie maratończykiem postanowiłam jeszcze odsunąć w czasie, a najpierw wyrównać rachunki z półmaratonem.

Z tygodnia na tydzień oswajam się z długim niedzielnym wybieganiem na poziomie 18-20 km, zwiększyłam również intensywność treningów szczególnie starając się polubić interwały. Myślę, że to najwyższa pora powalczyć trochę o lepszą formę. Często powtarzam, że czas w jakim pokonuję daną odległość nie jest dla mnie aż taki istotny, to jednak nic nie cieszy bardziej niż kolejna życiówka.

I to właśnie o nią będę walczyć 22 marca na XII Krakowskim Półmaratonie Marzanny. Chcę spełnić kolejne marzenie, którym będzie fajny wynik na tym dystansie. Nie będę się chwalić w jaki czas celuję, bo nie o to chodzi, ale zapewniam, że walka będzie do samego końca.

źródło

 

Dlaczego Marzanna?


Myślę, że podstawowym powodem jest to, że właśnie tam debiutowałam i sentyment pozostał. Nie miałam również najmniejszych zastrzeżeń do całej organizacji, bo wszystko przebiegało tak jak powinno. Właściwie na niczym się nie zawiodłam (poza koszulką z pakietu), więc dlaczego nie wrócić tam kolejny raz?

W najbliższej edycji zapowiada się świetna impreza. Biegacze będą mieli okazję przemieszczać się po nowej, pełnej uroku, mało wymagającej trasie przebiegającej między innymi przez bulwary wiślane, Wawel i Stare Miasto. 

Dodatkową atrakcją 12 edycji Półmaratonu Marzanny będzie bieg na 10km i Mistrzostwa Polski w Nordic Walking. Organizatorzy dokładają wszelkich starań, by bieg został zorganizowany na najwyższym poziomie i wierzę w to, że tak właśnie będzie.

Może ktoś z Was również startuje i będzie okazja przybić piątkę? A jeśli nie, to serdecznie zachęcam! Do końca roku opłata startowa wynosi 60 zł, a u ambasadorów biegu pakiet startowy można uzyskać w promocyjnej cenie 55zł, więc myślę, że warto!




Wymówki nie istnieją. Biorę się w garść i będę działać. Cieszę się, że mam jasno określony cel do którego będę dążyć. Fakt, że gdy teraz o tym myślę, ciężko mi uwierzyć, że dam radę, ale jednocześnie wiem, że za kilka miesięcy ciężką pracą osiągnę to, co sobie wymarzyłam.


 Jeżeli Twoje marzenia Cię nie przerażają  - To znaczy, że nie są zbyt wielkie.


/E.


O wyznaczaniu celów i ich realizacji pisałam również jakiś czas temu na blogu (klik).


Czytaj dalej

Pomagam biegając - Charytatywny Bieg dla Maćka

 

Imprezy biegowe cieszą się coraz większą popularnością. Często stają się też okazją do promowania idei charytatywnych i zbierania środków finansowych. W ubiegłą sobotę już po raz kolejny miałam okazję wziąć udział w podobnym przedsięwzięciu. 

 

źródło

17-letni Maciek ma nowotwór kości i przeżuty do płuc. Na szczęście są metody leczenia, które mogą mu pomóc, niestety bardzo kosztowne stąd zbiórka pieniędzy. Gdy dowiedziałam się, że Klub Biegacza Spartakus organizuje bieg charytatywny akurat wtedy, kiedy będę w Bełchatowie - nie trzeba mnie było namawiać. Chciałam pobiec. Pobiec, by pomóc.

Wystarczyło zaangażowanie kilku osób i udało się stworzyć świetną imprezę. Wyznaczono trasę, przygotowano numerki startowe, poczęstunek i podkład muzyczny. Nie było pomiaru czasu, ani ścigania się. Była integracja, radość, pasja i to wszystko w jednym celu.

Można było przebiec jedno kółko, dwa, czy pięć. Ja zdecydowałam się na to ostatnie, podążając tempem wyznaczonym przez Henryka Kępińskiego, świetnego triatlonisty, ironmana - człowieka z żelaza.

fot. A. Michel
 
Nie patrzyłam na zegarek, nie myślałam o zmęczeniu, nie walczyłam o nowy rekord.  Robiłam coś zdecydowanie ważniejszego - biegłam dla kogoś, kto niekoniecznie może robić to co ja. Myśl, że robi się coś dla kogoś dodaje sił i pozwala wytrzymać zdecydowanie więcej. Taki bieg to również świetna motywacja, zwłaszcza w chwilach słabości.

Przekonałam się, że wspólnie da się naprawdę wiele zdziałać. Udało się zebrać prawie 4 tysiące złotych, a całość zostanie przekazana na leczenie Maćka. Wspaniałe jest to, że można pomagać, jednocześnie realizując swoją pasję. Po takim biegu niepotrzebne są medale i puchary, a satysfakcja i tak jest ogromna.

/E.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca i plany na listopad 2014

 

Październik trochę różnił się od poprzednich miesięcy. W założeniu miało to być 31 dni poświęconych na odpoczynek, relaks i złapanie dystansu, a w efekcie stał się początkiem podnoszenia biegowej formy.



Opisując swój udział w Biegu Trzech Kopców wspominałam o tym, że wreszcie zaczęło mi się biegać lepiej i.. to prawda. Jest lżej, przyjemniej, mam energię, siłę i stać mnie na mocniejsze treningi. Kiedyś myślałam, że mój organizm przechodzi w sen zimowy, ale na szczęście się myliłam! :)


W skrócie - co w październiku?


- 3 biegi parkrun
- dwa zorganizowane biegi (Bieg Trzech Kopców i Cracovia Półmaraton)
- przebiegłam 147 km (nareszcie jakaś konkretna liczba)
- na rolkach już tylko 39km (sezon powoli się kończy i trochę mi smutno z tego powodu)
- aktywność fizyczna to około 22h
- obroniłam pracę magisterską (cieszę się niesamowicie, mimo, że to jeszcze nie koniec mojej kariery studenckiej)



Co w planach na listopad?


Rolki niestety powoli idą w odstawkę (ale mam nadzieję, że jeszcze troszkę na nich pojeżdżę w tym roku), więc skupiam się teraz na bieganiu. Wyznaczyłam sobie też kolejny cel i pewnie niedługo się nim pochwalę, ale od razu uprzedzam - to nie maraton! :) W listopadzie szykują się również dwa biegi - jeden na 5km, a drugi na 15km. Na ten drugi czekam już właściwie rok, także myślę, że będzie ciekawie. 

Chcę wrócić do jogi. Bardziej się porozciągać, zwiększyć elastyczność i poćwiczyć równowagę. Pamiętam ile to przynosiło korzyści i jak bardzo poprawiało mi samopoczucie. Długie jesienne i zimowe wieczory to również świetna okazja na powrót do robienia pompek, brzuszków i podobnych zestawów - więc na tym także się skupię. Oh ile mam motywacji! :D


 @keepdreamsclose

 

 

 

/E.

Czytaj dalej

Biegam nie tylko dla życiówek - I Cracovia Półmaraton



Większość przeczytanych przeze mnie relacji z Cracovia Półmaratonu sprowadzało się do słów - "pobiłem/łam życiówkę". No dobra, a co w przypadku, gdy mój czas był o jakieś 4 minuty gorszy od wiosennego debiutu? Nie warto wspominać? Myślę, że warto.

 



Zapisałam się na jesienny półmaraton z jednym głównym postanowieniem - pobiec szybciej, niż na wiosennym debiucie. Zresztą, taki cel obiera sobie większość osób startujących w przeróżnych biegach. Miałam przed sobą ponad 4 miesiące, które mogłam poświęcić na trening, ciężką pracę i w efekcie zdobycie tego, co tylko chciałam. Wiedziałam, że jestem w stanie to zrobić, ale nie wzięłam pod uwagę jednej kwestii - życie pisze różne scenariusze i nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli.

W czasie przygotowań realizowałam jeden plan, później drugi, trzeci... ciągle coś zmieniałam, rezygnowałam, za jakiś czas ponownie do niego wracałam i tak w kółko. Bywały kryzysy i braki chęci do treningów. Forma ani nie spadała, ani nie rosła. Było normalnie. Gdy nie biegałam zachwycałam się jazdą na rowerze, rolkach, spacerowałam albo po prostu leżałam z książką w ręku i objadałam sezonowymi owocami. Gdy zapragnęłam biegać, zakładałam buty i to robiłam. Czułam się wtedy tak, jakby ktoś doczepił mi skrzydła. Mijał czas. Nic się nie zmieniało, a perspektywa osiągnięcia zaplanowanego wyniku na półmaratonie oddalała się, aż wreszcie przestała być celem samym w sobie.

W przeddzień Cracovia Półmaratonu zupełnie nie czułam stresu. Nastawiłam się na zabawę i radość. Nie potrzebowałam nic więcej. Identycznie było w dniu startu. Pełen relaks, uśmiech. Mroźne powietrze, nie kursujący tramwaj, kłopoty z ułożeniem odpowiedniej fryzury czy nawet problem z tym jak się ostatecznie ubrać do biegu nie popsuł mi humoru. 

Na Rynek dotarłam jakieś 30 minut przed startem i tyle wystarczyło, by przebrać się, odnieść rzeczy do depozytu, zamienić kilka zdań z napotkanymi znajomymi, zrobić rozgrzewkę i nie myśleć o tym, ile jest stopni na zewnątrz.

Bez problemu ustawiłam się w odpowiedniej strefie startowej czekając na kolejną przygodę. Jeszcze przed samym startem kilka osób poklepało mnie po ramieniu życząc powodzenia, a nawet podeszła do mnie Ania (Abakercja), której bloga śledzę już od jakiegoś czasu - cieszę się, że wreszcie miałam okazję Cię poznać.

Przez pierwsze 2-3 kilometry trzymałam się balonika 6:10, jednak z czasem postanowiłam lekko przyśpieszyć zostawiając go nieco w tyle. Wbiegając na Błonia widziałam zawodników, którzy już je opuszczają i tylko pozazdrościłam, że mają ten odcinek za sobą. Mimo tego, że jakieś 70-80% moich treningów wykonuję właśnie w tym miejscu, to jakoś szczególnie za nim nie przepadam. Dla mnie trasa półmaratonu mogłaby je ominąć.




Mniej więcej na 6 kilometrze poznałam Gosię. Mijałyśmy się już kilka razy wcześniej, dlatego postanowiłyśmy biec razem. Dla mnie to było najlepsze co mogło mi się przydarzyć. Uwielbiam towarzystwo, bo wtedy biega się zdecydowanie lepiej. Łatwiej utrzymać tempo, nie czuje się zmęczenia, jest po prostu fajnie. Wiele nie rozmawiałyśmy (by nie tracić sił), ale biegłyśmy razem.

Analizując wcześniej trasę Cracovia Półmaratonu myślałam, że na alejach będzie najgorzej. Cały czas prosta, bez zakrętów i szczególnych widoków. Jednak było zupełnie odwrotnie. Właśnie wtedy biegło mi się najlepiej i prawie wcale nie czułam zmęczenia.


Ja i Gosia (pozdrowienia dla Ciebie!)

Punkt dopingowy klubu ITMBW był ustawiony w idealnym miejscu, a sytuacja, gdy w biegu nie udało mi się przybić Marii piątki tak mnie rozbawiła, że przez kolejny kilometr miałam uśmiech na twarzy. Z kolei po drugiej stronie ulicy znów miałam okazję oglądać szybszych zawodników i tylko wzrokiem szukałam znajomych, co jakiś czas pozdrawiając ich gestem.

W ten sposób minęło jakieś 15 kilometrów, a ja ciągle biegłam. Najlepsze było to, że czułam się tak, jakbym miała za sobą dopiero 1/3 pokonanego dotychczas dystansu. Właściwie przed samym Rynkiem spotkałam Natalię, która ku memu zaskoczeniu spytała się, czy łamię dwójkę. Huh.. musiałam nieźle wyglądać w takim razie. Po wymianie kilku zdań ruszyłam dalej przed siebie.

Na Rynku popełniłam największy błąd, jaki tylko byłam w stanie zrobić. Napiłam się izotoniku, po którym zrobiło mi się niedobrze. Rozbolał mnie brzuch i mimo, że dalej biegłam to czułam, że drastycznie zwalniam. Dodatkowo potrzeba skorzystania z toalety z każdym metrem stawała się coraz bardziej nie do zniesienia.




Przed 17 kilometrem wypatrzyłam wzrokiem Mateusza, a po chwili go dogoniłam. Wcale się tego nie spodziewałam i kiedy minęłam go, klepiąc po ramieniu poczułam chwilowy przypływ sił. Mniej więcej wtedy też zgubiłam Gosię, która do tej pory cały czas mi towarzyszyła.

Pod Wawelem nie czułam się najlepiej, a gdy stanęłam i złapałam się barierek zakręciło mi się w głowie. To trwało na szczęście chwilkę, więc zaraz postanowiłam ruszyć dalej. Niestety, po chwili dogonił mnie Mateusz, po czym zaczął szybko się oddalać i.. zostałam sama.

Przy punkcie z wodopojem zatrzymałam się za potrzebą i.. na tym właściwie mógłby skończyć się mój półmaraton. Po wyjściu nie miałam już kompletnie siły. Balonik z 2:10 wbiegał na Salwator, a ja czułam, że ze mną jest coraz gorzej.

Jednak nie narzekałam. Nie przeklinałam. Nie zrezygnowałam - nawet przez chwilę. Po prostu poruszałam się cały czas do przodu. Im bliżej końca, tym mniej miałam energii, a gdy został kilometr do mety miałam ochotę siąść na asfalcie i czekać na energię z kosmosu. I wiecie co? Doczekałam się. Na ostatniej prostej spotkałam Kamilę i Karolinę, dzięki którym tak naprawdę dobiegłam do mety (ogromne uściski dla Was!). 




Ostatnich 100 metrów mogłabym nie pamiętać, albo mogłabym zapamiętać na zawsze, gdyby sytuacja potoczyła się nieco inaczej. Ponownie przyśpieszyłam na 20 kilometrze, by mieć to już jak najszybciej za sobą.

Poprawiłam postawę, wiedząc, że za chwilę będą robione zdjęcia. Widziałam metę, która była już w moim zasięgu i... nagle ktoś we mnie wbiegł i po chwili wylądował na ziemi. Przez moment nie wiedziałam co się dzieje, jednak szybko odzyskałam równowagę i przekroczyłam metę. Zrobiłam to. Ponownie!




Kolejny półmaraton. Już drugi (a może dopiero?). Co z tego, że czasowo pobiegłam trochę gorzej niż na wiosnę. Ten, znaczy dla mnie o wiele więcej. Udowodniłam sobie wiele rzeczy, pokonałam wiele słabości, sprawdziłam się i metę przekroczyłam o wiele silniejsza. 

Odzyskałam motywację, a bieganie pokochałam jeszcze bardziej. Czy może być jeszcze piękniej?



Na koniec jeszcze raz chciałam podziękować wszystkim znajomym i nieznajomym spotkanym przed biegiem, w trakcie i po. Za wszystkie pozdrowienia, uśmiechy, doping, gratulacje i przybite piątki. 

Na samo wspomnienie Cracovia Półmaratonu mam iskierki w oczach. Było wspaniale. Na pewno tu wrócę.

Dzięki Michał za fajne zdjęcia i Wedlowskie słodkości później.
Jak dobrze, że to było po biegu, bo przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia! :D

/E.


Czytaj dalej