I jak tu nie biegać dzięki Czytaj KRK!

 

Na brak zajęć nie mogę narzekać. Każda chwila jest dla mnie na wagę złota i staram się ją wykorzystywać w 100%. Często szkoda mi dnia i niejednokrotnie żałuję, że doba nie jest nieco dłuższa. W związku z tym, że mnóstwo czasu spędzam w podróży, to aby nie marnować czasu najczęściej wtedy czytam. Kiedyś wybierałam lekkie, proste lektury, zwykle z wątkiem miłosnym, dużymi  literami i nieskomplikowaną fabułą, a obecnie stawiam raczej na biegowe albo życiowe poradniki.





O książce Beaty Sadowskiej było już głośno jakiś czas temu. Powstawało mnóstwo konkursów, gdzie do wygrania była właśnie ta pozycja. Na fejsbukach, blogach czy instagramach pojawiały się zdjęcia, recenzje i każda, dosłownie każda osoba była zadowolona po jej przeczytaniu. Sama bardzo miałam ochotę po nią sięgnąć, jednak postanowiłam przeczekać okres bumu i gdy już wszystko trochę przycichnie -  zabrać się za nią.

Pod koniec wakacji nadarzyła się ku temu świetna okazja, gdy na przystanku autobusowym natknęłam się na plakat promujący akcję Czytaj z KRK, dzięki której po pobraniu odpowiedniej aplikacji na telefon i zeskanowaniu kodu QR można było wypożyczyć na 30 dni jeden z dostępnych ebook'ów zupełnie za darmo. W sierpniowej edycji do wyboru było 10 książek, w tym  właśnie książka Beaty.

Było to dla mnie po prostu idealne wyjście. Uwielbiam czytać, ale ostatnio niewiele miałam na to czasu. Zabieranie ze sobą papierowej wersji to mały kłopot i dodatkowy ciężar, a telefon i tak mam przecież zawsze ze sobą. Od tamtej chwili miałam już co robić podczas podróży, a ponadto każdego dnia otrzymywałam ogromną porcję motywacji dostarczaną wraz z każdą przeczytaną stroną.


 

O czym jest ta książka? 

 

Przede wszystkim o ogromnej pasji do biegania i radości z treningów, bez pogoni za życiówkami. Autorka opowiada o swoich biegowych początkach, trudnościach, o tym, że czasem też nie ma ochoty na trening, o swoich startach w przeróżnych maratonach i życiu zwyczajnej kobiety. Myślę, że to dlatego, że Beata nie jest zawodową biegaczką, jej osoba wydała mi się tak bliska. Czytając, wielokrotnie utożsamiałam się z nią i aż się dziwiłam, że tak wiele mamy ze sobą wspólnego. Jest niesamowicie inspirująca, pozytywna i ciepła. Gorąco liczę na to, że uda mi się ją kiedyś spotkać.




W książce oprócz opowiadań i relacji, znajdziemy również fachowe wskazówki od samego trenera Kuby Wiśniewskiego, które pomogły rozchwiać niektóre z moich wątpliwości. Całość uzupełniona jest kolorowymi i zabawnymi zdjęciami jeszcze bardziej pozwalającymi poznać pisarkę. Ebooka dosłownie połknęłam, serio. Jestem przekonana, że gdyby nie ograniczony czas czytania skończyłabym go w jeden dzień. Wielokrotnie żałowałam, że na kolejnym przystanku muszę już wysiąść, co jednoznaczne było z zamknięciem aplikacji, chociaż z drugiej strony, dzięki temu cieszyłam się każdym rozdziałem zdecydowanie dłużej.

Szybko zrozumiałam fenomen I jak tu nie biegać. To nie ściema, że książkę czyta się jednym tchem, a po jej przeczytaniu, aż chce się biegać, nawet jeśli się tego wcześniej nie robiło. Przyznam się nawet, że po którejś z kolei maratońśkiej relacji miałam ochotę zapisać się na swój pierwszy. To wkręca.




Teraz czekam na październikową edycję Czytaj KRK, bo może też znajdę tam jakąś ciekawą pozycję? :)


Czytaj dalej

Lubię siebie i jestem szczęśliwa

 

Wielokrotnie powtarzam, że jestem szczęśliwa. Jeszcze częściej zachęcam do patrzenia na siebie i otaczającą rzeczywistość z zupełniej innej perspektywy. Chciałabym, aby każdy nauczył się dostrzegać rzeczy piękne, nietypowe i sprawiające radość. Docenił siebie i swoje życie, tak aby na smutek czy złość było jak najmniej miejsca.


Tak, łatwo Ci mówić - pewnie zaraz pomyślicie - fajnie wyglądasz, ludzie Cię lubią, los Ci sprzyja, masz pracę, pasję, wiele zainteresowań, stawiasz sobie cele, które realizujesz krok po kroku. Tak, to prawda, ale każdy z Was może mieć to samo, a wiecie dlaczego? Bo.. wystarczy chcieć, dążyć do tego i przede wszystkim polubić siebie. Zamiast szukać niedoskonałości w swoim życiu i ciele warto starać się zauważać plusy. Skupić się na tym co się lubi i to docenić. Akceptacja to tak naprawdę klucz do sukcesu.

Jeśli jestem już przy akceptacji, to ostatnio zostałam zaproszona do zabawy "Polub siebie/Lubię siebie" przez Pensjonarkę, Magdę (Strong & Fit Woman) i Agnes. Wszystko polega na tym, aby wypisać kilka cech fizycznych, które lubię w sobie najbardziej. Wybrałam trzy najważniejsze dla mnie:

  • Włosy

    - zdecydowanie numer jeden. Blond, rozjaśniany słońcem. Odkąd zaczęłam przygodę ze sportem dbam o nie szczególnie. Z wycieniowanych, krótkich i szarych, bez blasku włosów wyczarowałam coś z czego jestem niesamowicie dumna. Teraz cieszę się, że tyle osób odradzało mi farbowanie.
     

  • Paznokcie

    - długie i zawsze pomalowane. Są wizytówką kobiety i zawsze zwracam na nie uwagę. Dodają mi kobiecości oraz pewności siebie.


  • Uśmiech

    - od ucha do ucha, a także taki delikatny, nieśmiały. Uśmiech to radość, życzliwość i szczęście. Cieszę się, że jest zaraźliwy.



Takich cech jest o wiele więcej, ale ograniczyłam się do trzech które przyszły mi pierwsze na myśl. Przyznam szczerze, że chyba trudniej jest mi wymienić to, czego nie lubię w sobie niż to co lubię. Dlaczego? Bo o tym nie myślę i nie skupiam się na tym - jestem swoim przyjacielem :)

A do podobnej zabawy (jeśli tylko mają ochotę) chciałam zaprosić:

Natalię (Natik's Idletalk), bo wiem, że przebiegnie krakowski półmaraton i wcale nie będę musiała podnosić jej z asfaltu
Edytę (Endorfinowy Szał), za cuda jakie wyprawia na siłowni
Olgę (Biegam, więc jestem), bo ostatnio coś zapomniała o blogu
Małgę (Biegam z maczetą), bo chciałabym biegać tak szybko jak ona
Agatę (Projekt Pomysł Propozycja), bo jest świetną wizażystką, a jej teksty na blogu czytam jednym tchem
Gosię (Rungohsrun), bo fajna z niej babeczka i trzymam mocno kciuki za jej powrót do biegania


A Ty co lubisz w sobie?

/E.
Czytaj dalej

Prosto w ulewę

  

Jeśli wystarczająco długo patrzy się na deszcz i nie myśli o niczym, 

człowieka stopniowo ogarnia uczucie, że jego ciało się uwalnia,  otrząsa z rzeczywistości świata.


Haruki Murakami

 
Pamiętacie jak sierpniu pisałam o tym, że lubię biegać o poranku? Od tamtego czasu powtórzyłam to wielokrotnie i właściwie za każdym razem było wspaniale. Oczywiście wciąż to praktykuję, jednak z nieco mniejszą częstotliwością, by nie zabrakło urozmaicenia. Oprócz biegania o świcie cenię sobie jeszcze treningi w deszczu, bo one również sprawiają mi niesamowitą frajdę.



Dlaczego? W sumie to nic nie dodaje mi tak dużo odwagi, energii i zapału jak bieganie w deszczu. Wszyscy naokoło myślą, że zwariowałam, a ja wtedy najczęściej realizuję swoje najprzyjemniejsze treningi. Może nawet to zabrzmi dziwnie, ale w deszczu czuję, że płynę. Nogi z lekkością odbijają się od podłoża, ja sunę przed siebie i prawie nie czuję zmęczenia.

Fakt, może i deszcz nie ułatwia biegu, ale bez wątpienia sprawia, że jest on wyjątkowy. Trasę najczęściej przemierzam z uśmiechem na ustach, a w głowie mam same radosne myśli. Może to też dlatego, że czuję się trochę jak małe dziecko, które na złość rodzicom wskakuje w sam środek każdej napotkanej kałuży, nie pozostawiając na butach suchej nitki i momentalnie zmienia ich kolor na ten mniej przyjemny dla oka.

Nie ma złej pogody na bieganie. Po prostu - zawsze najtrudniej jest wyjść i przebiec pierwsze kilkaset metrów. Później, z kilometra na kilometr wszystko zaczyna się robić piękniejsze. Odpowiedni strój ma tutaj ogromne znaczenie i jeśli się o to zadba to właściwie nic już nie stoi na przeszkodzie by biec ile tylko sił w nogach.

Deszcz ma jeszcze jedno niesamowite działanie. Oprócz tego, że mnie uszczęśliwia to pozwala udowodnić, że jestem twarda i się nie poddaję. Pokazuję sobie, że mam jeszcze spore pokłady silnej woli i w chwili, gdy inni najchętniej zaszyliby się pod kocem z kubeczkiem kakao - ja idę zmoknąć. To wszystko sprawia, że moja motywacja momentalnie wzrasta, podnosi się samoocena oraz wiara we własne możliwości. 


Taka pogoda jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła (o ile pioruny nie strzelają na lewo i prawo, choć i w takiej pogodzie zdarzyło mi się biegać), warto tylko pamiętać, że niektóre nawierzchnie po deszczu są bardzo śliskie, co może być po prostu niebezpieczne.

O przeziębieniu również nie ma mowy, jeśli tylko dobrze się ubiorę, a po powrocie od razu zdejmę przemoczone ubrania i wezmę prysznic, to wszystko będzie w porządku.




Mimo, że w deszczu jest naprawdę przyjemnie, to tylko czasami decyduję się na taki trening. Najczęściej są to dni, gdy nie chcę, albo nie mogę przełożyć biegu na inną porę lub gdy po prostu mam na to wielką ochotę. Powód jest najprostszy z możliwych - szkoda mi butów, bo przemoczone szybciej się odkształcą i zniszczą, ale... raz na jakiś czas nie zaszkodzi.. :)


/E.
Czytaj dalej

Parkrun Kraków #17 - przemyślenia

 

O tym, że czasem warto zacisnąć zęby i walczyć o swoje pisałam już niejednokrotnie, jednak napisać, a zrobić to dwie różne rzeczy.



Mój 17-ty parkrun mogę podsumować jako jedną wielką walkę ze sobą. O to by się nie zatrzymać i dobiec do mety. Zwalczyć jakoś przeciwności i niepotrzebne myśli które mózg (nie ciało) podsyła mi coraz częściej. Ostatnio wszystkie moje biegi wyglądają bardzo podobnie i mimo, że w ostatecznym rozrachunku endorfiny zakrywają to co się nie udało podczas treningu, to po jakimś czasie i tak dopada mnie smutna rzeczywistość.


Bieg w szybszym tempie jest dla mnie obecnie dużym wyzwaniem i ogromnym sprawdzianem dla silnej woli, która niestety coraz częściej szwankuje. Od nowa uczę się walczyć, nie spuszczać głowy i wciąż robić krok przed siebie. Niestety gdzieś po drodze zagubiłam tę umiejętność, więc staram się ją jakoś odnaleźć.

Cóż.. wciąż mam nadzieję, że jeszcze wrócę do czerwcowo - majowej formy, choć tak naprawdę mam coraz mniejszą ochotę na bieganie. Może najwyższa pora na jakąś przerwę? Tylko czy to dobry pomysł, gdy półmaraton prawie depcze mi po piętach? A może brzmi to trochę jak brak chęci do walki i jakiś sposób poddania się?


/E.

fot. M.Lampart & A.Łapczuk-Krygier

Czytaj dalej

Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego

 

Moje zainteresowania związane z triatlonem zupełnie nie słabną. Każdy film, relacja czy wydarzenie wywołuje spore emocje, a więc słucham, oglądam, czytam i marzę..



Pomiędzy pisaniem pracy magisterskiej, chodzeniem do pracy, bieganiem, jazdą na rolkach i jogą udało mi się przeczytać kolejną triatlonową lekturę jaką jest "Ironman 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego" wydawnictwa Septem. 

Co w niej znajdziemy? 

Większość książki to dokładny opis 24 tygodniowego planu treningowego (podzielonego na cztery fazy) przygotowującego do ukończenia zawodów Ironman na które składa się przepłynięcie dystansu 3,86 km, przejechania na rowerze 180,2 km i przebiegnięcia trasy o długości 42,195 km. Ciężko ocenić skuteczność i poziom planu, ale biorąc pod uwagę szczegółowe opisy i doświadczenie autorów myślę, że jest on wart uwagi.



Oprócz wspomnianej rozpiski treningów, pozycja ta zawiera również krótki opis podstaw związanych z samymi zawodami Ironman, kilka informacji o tym jakie warunki powinna spełnić osoba chcąca po raz pierwszy przygotować się do pierwszego wyścigu, opisy ćwiczeń dla każdej z dyscyplin pozwalające udoskonalić technikę, a także ogólne wskazówki które mogą okazać się niezbędne tuż przed samymi zawodami oraz kilka rad związanych z odżywianiem. 

Dla mnie (z punktu widzenia biegacza) bardzo ciekawy okazał się rozdział na temat zagadnień związanych z tętnem. Do tej pory jakoś specjalnie się tym nie interesowałam (i dalej uważam, że nie jest mi to jeszcze potrzebne), ale teraz przynajmniej już będę wiedziała jak w przyszłości określić swoje progowe tętno, a później na tej podstawie ocenić intensywność wysiłku.


"Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego" to publikacja napisana w bardzo ciekawy i przystępny w odbiorze sposób. Czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie, mimo ogromu informacji jakie są w niej zawarte. Z pewnością osoby, które chociaż trochę interesują się triatlonem, uprawiają tę dyscyplinę, albo chcą ukończyć swój pierwszy wyścig Ironman znajdą tu coś dla siebie. 

Na sam koniec mogę dodać jeszcze tylko tyle, że po tej lekturze ponownie jestem niesamowicie zachwycona triatlonem, triatlonistami i podziwiam najbardziej na świecie osoby przekraczające metę zawodów Ironman.

/E.

Powyższa książka dostępna jest w księgarni Septem - tutaj.


Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca i plany na wrzesień 2014


Sierpień był dla mnie bardzo łaskawy i praktycznie każdy dzień bez względu na pogodę mogłabym określić idealnym. To był świetny czas by wreszcie wszystko sobie poukładać, znaleźć najlepsze rozwiązania i wejść w odpowiedni tryb życia. Udało mi się, bo chęci i odpowiednia organizacja to podstawa.


Pierwszy tydzień właściwie dla mnie nie istniał. Kolejna przeprowadzka (mam nadzieję, że już ostatnia), mało treningów, mało snu, mało czasu i jeszcze więcej zajęć. Dopiero później powoli wszystko zaczęło wyglądać tak jak powinno i.. oby pozostało jak najdłużej.

Zatem co w sierpniu?

 

- raz pobiegłam w krakowskim biegu parkrun (#16) i raz pomagałam przy nim jako wolontariuszka
- przejechałam jednorazowo na rowerze ponad 45 kilometrów (relacja)
- wreszcie udało mi się przetruchtać 20 kilometrów na jednym treningu
- łącznie przebiegłam 161 km (nowy miesięczny rekord!), na rolkach przejechałam ponad 68 km, a na rowerze 64km
- honorowy rolkowy półmaraton również był, choć tylko jeden
- na typową aktywność fizyczną poświęciłam ponad 42h




Plany na sierpień zrealizowane?


- mam już któryś z kolei plan do półmaratonu, ale mam nadzieję, że z obecnym pozostanę do samego października
- treningi z rana tak mi się spodobały, że teraz każdego tygodnia czekam na wtorkowy i czwartkowy wschód słońca 
- co prawda 21 km nie przebiegłam, ale 20km mi się udało, więc to prawie to samo
- do ćwiczeń wróciłam, chociaż nie wygląda to jeszcze tak jak powinno
- basenu nie było

Co do ćwiczeń, to najczęściej wybierałam jogę i wszelkiego rodzaju core stability, ale coraz bardziej brakuje mi tych męczących, wylewających 7 poty treningów. Na basen się nie wybrałam, a wszystko przez wciąż powracający ból ucha. Wole nie ryzykować. 

Co jeszcze? Przeczytałam kilka ciekawych książek, obejrzałam więcej filmów niż zwykle i zmieniłam wygląd bloga (co pewnie już dawno zauważyliście). Mogę bez wahania stwierdzić, że było dobrze. 


Plany na wrzesień?

- kończę magisterkę i zamykam rozdział pt. studia
- pracuję nad techniką biegu 
- włączam do planu więcej ćwiczeń ogólnych (joga się nie liczy)
- wrzesień z owsianką na śniadanie, o czym wspominałam już dziś na facebooku
- i... nowe rolki.

A na koniec kilka fotek z sierpnia @keepdreamsclose



/E.
Czytaj dalej