VI Bieg Rekreacyjny w Bełchatowie

 

Czekałam na ten dzień od miesiąca. Wyobrażałam sobie różne scenariusze, planowałam bieg, składałam playlistę, zastanawiałam się nad strojem i zmieniałam koncepcję wiele razy, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że tego dnia na starcie stał będzie ze mną jeszcze ktoś TAK bliski. Naprawdę, nie spodziewałam się.


Bieg został zorganizowany 29 czerwca z okazji Dni Bełchatowa przez Klub Biegaczy Spartakus i była to już VI edycja. Wszystko zupełnie darmowe, wystarczyło przyjść w dniu zawodów, zapisać się i pobiec. Chyba nie ma lepszego sposobu na zachęcenie do aktywności fizycznej, zwłaszcza, że poza pakietem startowym, na mecie każdy otrzymywał medal i posiłek regeneracyjny.

Pamiętam jak w zeszłym roku zastanawiałam się nad tym startem, jednak nie czułam się jeszcze na siłach. Szkoda, ale przecież dopiero zaczynałam biegać.

W biurze zawodów pojawiłam się kilka godzin wcześniej, by w domu spokojnie przypiąć numerek startowy, zjeść i zabrać potrzebne rzeczy. Tego dnia podczas wypełniania formularza zgłoszeniowego stało się coś niesamowitego - usłyszałam od taty magiczne zdanie, które odmieniło mój dzień. Zwyczajne "a może też bym pobiegł?" sprawiło, że kolejne godziny były jednymi z piękniejszych w moim życiu. Nie musiałam go zachęcać, tylko upewniłam się, czy na pewno chce. Chciał, więc kibicowałam całym swoim sercem.

oprócz numerka, w pakiecie był baton zbożowy Ba!, oshee i mnóstwo ulotek

Zapisałam się na 5km. Bardzo lubię ten dystans, jest krótki i od samego początku dajesz z siebie max. Do tego, właściwie podczas każdego treningu pokonuję zdecydowanie więcej.

Start zaplanowany na godzinę 11.00 trochę się opóźnił, ale na szczęście tylko chwilkę. Zabawne, że prawie do ostatnich minut nikt nie wiedział w którą stronę biegniemy. Gdy spiker wszystko wyjaśnił, wszyscy ustawili się bez problemu na starcie.

Jednocześnie rozpoczął się bieg na 5 i 10 km oraz (!!!) marsz nording walking. Tutaj naprawdę WIELKI minus i właściwie jedyny w całym biegu. Rozumiem, że  osoby z kijkami chcą uzyskać dobry czas, ale według mnie rozważniej by było, gdyby ustawili się na samym końcu, a nie pomiędzy biegaczami, a jeszcze lepiej, jakby wystartowali 2-3 minuty później. Przez to wszystko, pierwsze 100-200m truchtałam sobie za panem z kijkami, bo nie miałam możliwości go wyprzedzić. Pewnie to moja wina, że nie stanęłam gdzieś na początku, ale nie pomyślałam, że tak to będzie wyglądało. 


Miałam w planach biec wszystkie odcinki 5:10-5:20, ale udało mi się to tempo utrzymać tylko przez pierwsze 2 km. Cała trasa wiodła przez las, zero asfaltu, momentami sam piach, do tego wielki podbieg, straszna duchota i.. musiałam po prostu zwolnić. Nie jestem w ogóle przyzwyczajona do biegania w takich warunkach. Lasami czasem biegam, ale raczej wolno, po górkach niewiele (chyba, że to podbiegi), a w upały wcale, bo wybieram dni chłodne, wczesne godziny poranne, albo późne wieczory.  

Uzyskany czas zamyka się granicach 28-29minut. Oficjalne wyniki jeszcze nie są podane, ale nie jest to aż takie istotne. Nie mogę też tego startu porównywać do parkrunowych biegów, gdyż odbywają się one w 100% po asfalcie, a odcinki pod górę są niewielkie. Fakt, nie jestem zadowolona, ale to kolejne ważne dla mnie doświadczenie. Wiem nad czym muszę pracować i na czym się skupić. Na przyszły rok mam ambitne plany i chcę trochę powalczyć.


Mój tata też przebiegł i co więcej, nawet nie był ostatni. Gdy odebrałam medal wróciłam się po niego i ostatnie kilkaset metrów biegliśmy razem. Był zadowolony, walczył, dostał medal i mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Jestem z niego dumna. To właśnie On sprawił, że do końca dnia unosiłam się 100m nad ziemią. Co więcej, obiecał, że za rok też wystartuje!


Taki leśny bieg ma swój urok. Brakowało trochę kibiców, ale okrążenie po bieżni tuż przed metą to wynagrodziło. Trasa była bardzo dobrze oznaczona, a najbardziej podobały mi się tabliczki z motywacyjnymi tekstami typu "Jeśli już się zdecydowałeś, to walcz do końca". To coś, dzięki czemu się nie poddałam. 


Klub Spartakus wykazał się świetną organizacją. Sprawne wręczanie medali, woda po biegu do woli, ciepły posiłek, miła kameralna atmosfera i losowanie nagród (nawet udało mi się dostać kilka drobiazgów). Gdyby nie zgrzyt na starcie, byłoby idealnie. Imprezę wpisuję na stałe do kalendarza, to jest już pewne.


Na koniec chciałam jeszcze pozdrowić Sebastiana z bloga Seba Biega, który rozpoznał mnie i podczas rozgrzewki podszedł do mnie na chwilkę pogadać. To miłe :)
Czytaj dalej

Plany, plany

Osoby, które mnie znają lub chociażby zaglądają na fanpage wiedzą mniej więcej jakie mam cele, jednak to właśnie blog jest podstawą i przede wszystkim tutaj chcę dzielić się moimi planami na przyszłość.


Nie, to nie jest post z serii w którym zaskoczę Was podjętą szaloną decyzją. Na szaleństwa przyjdzie jeszcze pora, a obecnie najważniejszym dla mnie startem będzie jesienny półmaraton

Ponownie postawiłam na Kraków. Start z Rynku Głównego, meta na Krakowskich Błoniach, 21km 97,5m, a to wszystko na jesień, 26 października o godzinie 11.00.

http://www.zis.krakow.pl/pl/cracovia-maraton/cracovia-polmaraton-krolewski/

Realizację planu treningowego zaczynam już od wtorku. Czekają mnie pracowite miesiące, ale czuję ekscytację zdecydowanie większą niż przed przygotowaniami do Marzanny. 

Pewnie pojawią się na blogu posty mówiące o moich postępach, choć nie wiem jeszcze czy w podobnej formie jak wcześniej, czy nieco innej. Tym razem jestem pewna, że cel jest do osiągnięcia, a czas do poprawienia. Po prostu nie mogę się już doczekać :)


Na maraton nie jestem jeszcze gotowa, chociaż nie raz pojawiały się takie myśli w głowie. Raczej nie porywam się z motyką na słońce, więc jeśli tylko zdecyduję, dowiecie się o tym na pewno, ale maratończykiem w tym roku nie będę. 

Poza połówką wystartuję jeszcze w dwóch biegach. Jeden z nich w najbliższą niedzielę, a kolejny w listopadzie. Czy coś w między czasie? Okaże się.

Was zachęcam do krakowskiego półmaratonu, opłata startowa jest taka sama do końca lipca, więc macie czas na decyzje. A może ktoś się już zapisał i będzie okazja przybić piątkę na mecie? 


Na koniec chciałam jeszcze zaprosić do zakładek (tych w prawej kolumnie) o których zapomniałam wspomnieć, a powstały przecież już jakiś czas temu: o mnie i moje starty. Tam na bieżąco dodaję relacje z biegów i aktualizuję moje startowe plany, a w zakładce "o mnie" to już wiecie czego się spodziewać. :)

Czytaj dalej

Bieganie metodą Gallowaya - wspaniały początek [recenzja]


"Bieganie metodą Gallowaya" to była moja pierwsza biegowa książka. To ona zaczęła kształtować moją wiedzę i pozwoliła zaplanować pierwsze treningi. To dzięki niej bieganie stało się moją pasją.



Pamiętam ten moment, gdy zadecydowałam, że najwyższa pora zmienić coś w swoim życiu. Cały czas czułam, że potrzebuję jeszcze czegoś co nada mu większy sens, doda pewności siebie i wpłynie pozytywnie na moją sylwetkę. Któregoś dnia zupełnie przypadkiem trafiłam na ulotkę z promocyjną ceną wyżej wymienionej książki. Pomyślałam "okej, niech będzie bieganie" - impuls, ale pomyślcie jakie przyniósł konsekwencje!

W buty do biegania zaopatrzyłam się mniej więcej pół roku wcześniej i miałam je na sobie może z 3-4 razy. Zwyczajnie nie chciało mi się. Zawsze cechował mnie słomiany zapał, zwłaszcza jeśli chodziło o regularne uprawianie sportu. Tym razem postanowiłam, że będzie inaczej - podejdę profesjonalnie do tematu. 

Książkę kupiłam dokładnie na początku kwietnia 2013 roku, a niecałe 2 tygodnie później rozpoczęłam swój pierwszy plan treningowy. Od tamtego momentu bieganie cały czas napędza moje życie.



Chciałam poradnika, planu i wskazówek dla kompletnego lajka. Nie wiedziałam zupełnie nic o technice biegu, możliwych kontuzjach, butach, rozgrzewce czy rodzajach treningów. Śmiejcie się, ale jeszcze rok temu myślałam, że każdy zorganizowany bieg to maraton(!). Potrzebowałam wiedzy, a "Bieganie metodą Gallowaya" dało mi odpowiedź właściwie na wszystkie pytania.

Jeff Galloway to obecnie 70 letni amerykański biegacz długodystansowy. Mając 18 lat zwyciężył w pierwszym Atlanta Maraton, a w wieku 35 lat przebiegł maraton z czasem 2h:16m (!!!). Dokonał tego wyykonując program treningowy skupiającym się w głównej mierze na odpoczynku, zmniejszeniu tygodniowego kilometrażu i wprowadzeniu długiego biegu co drugi tydzień z przerwami na marsz.

Dlaczego przerwy na marsz?
Galloway tłumaczy, że przeplatanie biegu marszem to świetny sposób na uniknięcie zmęczenia oraz zredukowanie lub całkowite wyeliminowanie ryzyka kontuzji. Dzięki przerwom na marsz można przebiec więcej kilometrów i dłużej pozostać w ruchu. Przykładowo zamiast biec 8 km, można zrobić 13km taktyką 3min biegu/1min marszu. Odczucie zmęczenia będzie takie samo, a pokonany dystans pozwoli na spalenie większej ilości kalorii i wpłynie pozytywnie na wydolność.

Przyznam, że na początku było to dla mnie trochę głupie. Chciałam biegać, nie maszerować, jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że 5-8 minut ciągłego biegu to dla mnie wyczyn. Przebiegnięcie 10km? Marzenie (oj gdybyście zobaczyli mój uśmiech w momencie, gdy to napisałam).

Książka pomogła mi nie tylko przebiec swoje pierwsze 10km, ale zasiała ziarno z którego wykiełkowała prawdziwa biegowa miłość. Nauczyłam się tego jak ważny jest odpoczynek, odpowiednie planowanie tygodniowego kilometrażu i przede wszystkim czerpanie radości z treningów

Bardzo przydały mi się wskazówki dotyczące prowadzenia własnego dziennika treningowego (Jednym z powodów założenia bloga było właśnie spisywanie swoich treningów, tak bym mogła śledzić postępy, a później wyciągać wnioski. Do tej pory to robię, tylko teraz głównie na endomondo) oraz rozdział dotyczący treningu mentalnego, czyli panowania nad własną psychiką.



W książce nie brakuje gotowych planów treningowych na ukończenie 5, 10 czy 21 km z konkretnym czasem, znalazłam też wiele informacji o fizjologii, poprawnej technice biegu, zapobieganiu i radzeniu sobie z kontuzjami (tutaj wracam praktycznie za każdym razem, gdy coś mnie boli), dopasowaniu tempa, ćwiczeniach wpływających na poprawienie prędkości, przygotowaniach do zawodów, bieganiu w upale i chłodzie, a także zdrowym odżywianiu, doborze obuwia czy bieganiu w ciąży.




To prawdziwe kompendium wiedzy zwłaszcza dla początkującego biegacza, ale i zaawansowany znajdzie w niej coś dla siebie. Sama kilka dni temu posiadając już pewne informacje zdecydowałam się ponownie ją przeczytać, zwracając uwagę zupełnie na inne aspekty niż w momencie, gdy miałam ją w rękach po raz pierwszy.

Jeżeli o mnie chodzi to wciąż chcę dążyć do tego, by przebiec jak najdłuższy dystans bez konieczności zatrzymania się. Po tej lekturze patrzę nieco przychylniej na przerwy w czasie biegu, ale mimo wszystko dużo bardziej satysfakcjonuje mnie ciągły, nawet wolniejszy bieg niż ten z marszem...



...ale kto wie, czy w przyszłości, podczas przygotowań do swojego pierwszego maratonu nie sięgnę po inną pozycję Gallowaya mówiącą o przygotowaniach do królewskiego dystansu.

/E.
Czytaj dalej

Kraków, Rolki i My - nightskating (12.06.2014)

W ostatnim przejeździe wzięło udział ponad 1000 rolkarzy, chociaż tym razem nie przejeżdżaliśmy przez tunel, to i tak nie zabrakło dodatkowych atrakcji.


Pogoda była idealna, mimo wcześniejszych nieciekawych prognoz (burze, deszcze, ulewy). Zaplanowana trasa była jedną z dłuższych, bo miała około 20km (ja zrobiłam troszkę więcej) i wiodła głównie przez północne części Krakowa. W tamtych okolicach raczej nie bywam, dlatego taki przejazd był świetną okazją zobaczenia nowych miejsc.


Ten przejazd jak i wszystkie poprzednie był dobrze zorganizowany - muzyczka w tle, trasy zabezpieczone. Plany trochę się pokrzyżowały przy zjeździe z estakady, gdzie górka była dosyć stroma, wszyscy zaczęli się rozpędzać (niektórzy nawet bawili się w slalom), nie każdy potrafił wyhamować, przez co nagle ludzie lądowali na ziemi.

tak to mniej więcej wyglądało

Skutki tego były różne, ale najczęściej kończyło się siniakami i otarciami. U mnie ucierpiał jeszcze nadgarstek, ale na szczęście już prawie wszystko w porzadku. Cóż.. tak jak wspominałam w poście o rolkach (klik), hamowanie jest jedną z podstawowych umiejętności, którą każdy jeżdżący musi dobrze opanować. Ochraniacze też się przydają, bo wywrotki zawsze się zdarzają i to nie koniecznie z naszej winy.

fot. K. Sterecka

Przez ten mały wypadek, później zabrakło czasu na postój w centrum i rolkową stonogę. W sumie nie narzekam, bo nigdy nie biorę w niej udziału, ale miło posiedzieć sobie w nocy na Rynku.

Mimo różnych przygód, przejazd i tak zaliczam jako kolejny, fajnie spędzony wieczór. Następny nightskating zaplanowany jest na 10 lipca, więc jeśli tylko będę w Krakowie to pewnie znów się przejadę ;)


Relacje z poprzednich edycji:
Czytaj dalej

X Kwietny Bieg dookoła krakowskich Błoń

 

Jakiś czas temu na fejsbukowym fanpage bloga udostępniłam zdjęcie mojego numeru startowego X Kwietnego Biegu, jednocześnie podejmując wyzwanie przebiegnięcia 10 okrążeń dookoła Błoń w ciągu 15 dni. 


Gdy dowiedziałam się o wydarzeniu to nie miałam nawet najmniejszej ochoty brać w nim udziału. Perspektywa krążenia w kółko nie napawała mnie radością, jednak jak to najczęściej bywa, po czasie uznałam, że właściwie to czemu by nie spróbować, zwłaszcza, że to na cześć pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i uczczenie jego kanonizacji


Tegoroczny Kwietny Bieg rozpoczął się 26 maja o godz. 17:00 i trwał 24h/dobę przez 15 dni. W tym czasie sztafeta pokonała 1000 okrążeń, czyli 3 530 km (tyle ile mają granice Polski) i tak naprawdę każdy mógł wziąć w niej udział. 

Poza sztafetą, w swoim tempie biegali też inni biegacze. Za przebiegnięcie 10 kółek obiecany był dyplom, natomiast numery startowe (wedle życzenia) po skończonym biegu oprawione w księgę i złożone w Łagiewnikach 26 października.


Nie byłam na otwarciu biegu, ale swój numer startowy odebrałam dzień później pokonując pierwsze 2 okrążenia. Przebiegnięcie 10 kółek zajęło mi tak naprawdę tylko 4 dni (nie po kolei). Większość pokonałam sama, kilka w towarzystwie, w dzień i w nocy, a nawet raz (zupełnie przypadkiem) jako chorąży sztafety z biało-czerwoną szarfą.

moment przekazania szarfy

Ostatnie 3 okrążenia wybiegałam 3 czerwca (tydzień później) tym samym wykonując postawione sobie zadanie. Do czasu odebrania dyplomu trenowałam jeszcze kilka razy na Błoniach, ale nie chciało mi się brać ze sobą numerka i meldować za każdym razem w namiocie.


To była bardzo fajna inicjatywa. Dobrze, że ostatecznie się na ten bieg zdecydowałam. Spodobało mi się bieganie w konkretnym celu i podejmowanie mniejszych, czy większych wyzwań. Taka zabawa może trochę ograniczała, bo większość treningów odbywało się w jednym miejscu, jednak z drugiej strony i tak część z nich wykonywałam właśnie na Błoniach. Ponadto miałam też świetną okazję sprawdzenia swojej psychiki, która czasem mogłaby być silniejsza... :)

*Zastanawiacie się dlaczego Kwietny Bieg? Nic prostszego - nazwa wzięła się od kwiatów tworzących dywany na papieskich drogach i szlakach przynoszonych przez witających.


/E.
Czytaj dalej

Jazda na rolkach to nic trudnego

 

Jeśli jest ładna pogoda, a nie biegam to zazwyczaj jeżdżę na rolkach. Często zdarza się też tak, że jednego dnia ćwiczę, biegam, a później i tak śmigam na 8 kółkach. Dla mnie to relaks w 100%, o ile nie przyjdzie mi do głowy jazda poniżej 3 min/km.


Pierwszy raz rolki na nogach miałam w wieku 9 albo 10 lat i to właściwie wtedy nauczyłam się na nich poruszać. Prawie nie pamiętam już jak to było i mam wrażenie, że jeżdżę na nich od zawsze. Mniej więcej po roku od zakupu sprzętu znudziło mi się i wylądował na długo w szafie. W ciągu tych kilku lat na rolki wychodziłam bardzo sporadycznie i tak naprawdę zakochałam się w nich dopiero po przeprowadzce do Krakowa. Od tego momentu stały się dla mnie czymś, bez czego teraz trudno mi żyć.


Poniżej zebrałam kilka najważniejszych zasad dotyczących jazdy na rolkach. Może nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale wydaje mi się, że sporo już wiem na ten temat i chętnie się tym podzielę:

Odpowiednie rolki to połowa sukcesu

Polecam różne fora internetowe, sklepy dla rolkarzy i sprawdzone firmy tj. Roces, Rollerblade czy K2. Warto wydać trochę więcej na sprzęt, gdyż jest to inwestycja na lata, a w takich z supermarketu nie pojeździ się za wiele. W rolkach musi być wygodnie, są jak buty i spędza się w nich przecież sporo czasu :)

Dobre miejsce do nauki

Najlepszy będzie park, boisko, mało uczęszczana ulica czy pusty parking. Najważniejsze aby nikt nie kręcił się pod nogami i było bezpiecznie. W domu też można spróbować.

*Nie należy jeździć na rolkach w czasie deszczu. W taką pogodę łożyska się niszczą, kółka tracą przyczepność i bardzo łatwo o wypadek.



Ochraniacze

Rodzice przy zakupie pierwszych rolek kupili mi takie na kolana i nadgarstki. Te na kolana miałam może raz na sobie, a w tych drugich jeździłam baaaardzo długo. Dzięki nim z większości wywrotek wychodziłam bez szwanku, bo upadając podpierałam się rękami, które były zabezpieczone.

*Niektórzy polecają jeszcze kask i ochraniacze na łokcie, ale to już od Ciebie zależy, czy chcesz czuć się bezpieczniej czy nie.

Postawa i technika jazdy

Bardzo ważne jest, by sznurówki były dobrze zawiązane i klamry odpowiednio zapięte - kostka musi być sztywna, noga w bucie nie może latać. Podczas jazdy nogi mają być lekko ugięte, kolana blisko siebie i tułów trochę pochylony do przodu. Ciężar ciała rozłożony na obie nogi tak, by zachować równowagę. Górna część ciała pozostaje nieruchomo i poruszają się tylko kończyny.
 
Na rolkach jeździ się odpychając na boki, nie w tył. Stojąc w lekkim rozkroku (10-15cm) jedną stopę ustawia się bokiem, odpycha i dostawia do drugiej. To samo z drugą nogą, cały czas pamiętając o ugiętych kolanach i pochylonym korpusie.

Patrzeć należy przed siebie, nie w dół - wpływa to na szybszą reakcję i pomaga zachować odpowiednią technikę.

  

Naucz się hamować

Może to być hamulcem przy rolce albo innym sposobem. Możliwości jest wiele. Sama na początku używałam hamulca, ale jakiś czas temu go odkręciłam, bo nauczyłam się zatrzymywać inaczej, a "hak" z tyłu tylko mi przeszkadzał.

Naucz się skręcać

Cały czas prosto jechać się nie da, kiedyś w końcu trzeba będzie skręcić. Tutaj też jest kilka metod, a najprostszą po prostu przeniesienie ciężaru na jedną nogę, czy zrobienie przeplatanki.

Ćwicz obie strony

Każdy ma swoją lepszą nogę na której łatwiej mu się skręca czy obraca (zresztą podobnie jest w innych dyscyplinach sportowych). Najczęściej robi się to nieświadomie, dlatego tak ważne jest by o tym pamiętać i ćwiczyć obie nogi. Sama mam z tym problem, bo sprawnie operuję prawą nogą, a z lewą przy obrotach czy zakrętach jest już trochę gorzej. Doskonalenie mojej nieudolnej strony, jest moim celem na najbliższy czas. Sukces będzie w momencie, w którym wykonywanie czegokolwiek na drugą nogę/stronę stanie się dla mnie czymś normalnym.

Rozglądaj się

Wokół Ciebie też są ludzie. Jeżdżąc, cały czas musisz mieć oko na spacerowiczów, rowerzystów i innych rolkarzy, którzy niekoniecznie zauważyli Twoją obecność. Nie jeźdź zbyt szybko, chyba, że czujesz się pewnie i bezpiecznie. Ustępuj pieszym i rowerzystom. Staraj się jeździć prawą stroną.


I to właściwie tyle, wydaje mi się, że najważniejsze rzeczy wypisałam. Teoria, teorią, jednak nic nie zastąpi praktyki, dlatego aby dobrze jeździć, trzeba po prostu dużo jeździć. Na rolki nigdy nie jest za późno, trochę cierpliwości i wszystko da się opanować! Nie zrażajcie się upadkami, poobijanymi kolanami, nawet mnie wciąż się to zdarza :)


I na koniec jeszcze krótki filmik:

 

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca i plany na czerwiec 2014

Jeszcze nie tak dawno rozpoczynał się maj, a ja cieszyłam się, że wreszcie będzie ciepło i słonecznie, a teraz jest czerwiec i pozostał niecały miesiąc do mojego ulubionego miesiąca jakim jest lipiec, ale nim on nadejdzie pora na podsumowanie.


Co wydarzyło się w maju?

- trzy razy pobiegłam w krakowskim biegu parkrun (#12, #13, #14)
- wzięłam udział w dwóch zorganizowanych biegach (I Gminna "ZaDyszka" i Bieg o Puchar RMF FM)
- najlepszy czas na 5km - 25m:36s
- najlepszy czas na 10 km - 55m:09s (życiówka)
- najdłuższy przebiegnięty dystans - 16,2 km
- łącznie pokonałam około 153 km biegając i 259 km jeżdżąc na rolkach
- przejechałam 7 półmaratonów na rolkach w tym jeden podczas przejazdu Kraków, Rolki i My
- zrobiłam nowe życiówki na 8 kółkach
- na aktywność fizyczną poświęciłam w przybliżeniu 42,5h

(kliknij na obrazek, aby powiększyć)

Czy zrealizowałam wszystkie plany na maj?

- rozbudowałam tygodniowy kilometraż osiągając średnio 30-40 km
- w treningach biegowych było trochę przebieżek, przyśpieszeń
- do ćwiczeń ogólnych włączałam pompki
- cały maj nie słodziłam herbaty i chyba już do tego przywykłam, bo jest czerwiec, a ja nie muszę dorzucać cukru
- praca magisterska ruszyła do przodu

Zrealizowałam właściwie wszystko co sobie zaplanowałam, choć tak naprawdę nie było tego wiele. Dodatkowo prawie każdy dzień rozpoczynałam szklanką wody z cytryną i muszę przyznać, że weszło mi to już w nawyk. Najbardziej jednak jestem dumna z zaprzestania słodzenia herbaty.


 Porównanie kwietnia z majem:


W bieganiu jedna mała, ale jakże istotna zmiana - lepszy czas na 10 km o 1m:04s. 

Na rolkach już większe rewolucje, bo właściwie w każdej linijce. Do Testu Coopera dorzuciłam 400m, a w godzinę przejechałam o 2,4km więcej. Co najważniejsze, to nowy czas na 5 km (13m:53s), na 10km (32m:34s) i półmaraton w 1g:24m:43s.

Powyższe poprawione wyniki tylko pokazują, że poprzednie rezultaty nie były typowymi życiówkami, tylko zwyczajnymi czasami. W te z maja włożyłam już spory wysiłek.

 Moje plany na czerwiec:  

- utrzymanie tygodniowego kilometrażu w granicach 30-40km
- wprowadzenie większej ilości ćwiczeń na plecy (dolny odcinek coraz częściej mnie boli)
- maraton na rolkach
- basen
- więcej ryb w diecie
- skończenie pracy mgr (z tym na pewno będzie wiązała się mniejsza aktywność na blogu, ale pora się ogarnąć, by później móc w 100% skupić na przyjemnościach)


I na koniec małe zestawienie majowych zdjęć 

więcej na moim instagramie
Czytaj dalej

Parkrun Kraków #14

Słoneczko za oknem, lekki chłodny wietrzyk, nie za gorąco, czyli idealna pogoda na bieganie. Jest sobota - 9.00 rano, więc najwyższa pora na cotygodniowy parkrun.

 
Ostatnie udane treningi bardzo podładowały mi energię i dodały sił. Nie da się ukryć, że biega mi się teraz zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Widzę to nie tylko po wynikach, ale także po moim samopoczuciu.

fot. Klaudia Lekston
Rezultat jaki osiągnęłam tego dnia był bardzo zbliżony do mojego rekordu życiowego na 5km - 25m:36s, czyli tylko 14s gorzej. Na metę wbiegłam jako 6 kobieta wśród 16 uczestniczek. Jestem zaskoczona tym, że nogi tak mnie niosą zwłaszcza, że przez ostatnie dni wcale ich nie oszczędzałam. 

Dlaczego? W czwartek przebiłam rekord na 10km, w piątek odbyło się małe szaleństwo na rolkach i uzyskałam kolejne piękne wyniki, ale więcej o tym napiszę już wkrótce w podsumowaniu miesiąca.

Jest forma, nastrój, zdrowie, więc jest dobrze. Duży wpływ na to ma też moja decyzja o rozbudowie kilometrażu. W maju przebiegłam ponad 150 kilometrów, co jeszcze nigdy w jednym miesiącu mi się nie udało.

fot. Klaudia Lekston

Parkrun to świetna okazja na sprawdzenie swoich możliwości, ale oprócz rywalizacji jest również czas na pogaduszki, wymianę doświadczeń przed i po biegu. Na zdjęciu powyżej jestem z Natalią (pozdrawiam Cię ciepło), która również zagląda na mojego bloga. Miło mi, że coraz więcej osób nie boi się do mnie podejść. Nie gryzę przecież :)
Czytaj dalej