XI Krakowski Półmaraton Marzanny - debiut

 

Na Półmaraton Marzanny zapisałam się właściwie zaraz po listopadowym biegu na 15 kilometrów, który uświadomił mi, że warto przekraczać swoje granice i wciąż walczyć o więcej. Uznałam, że skoro dałam radę z 15 kilometrami, to teraz dołożę jeszcze 6 i osiągnę coś więcej.


Miałam 4 miesiące na przygotowania. To bardzo dużo i w tym czasie można niesamowicie poprawić swoją formę. Mi się udało i prawdopodobnie byłoby nawet lepiej gdyby nie ostatnie dwa tygodnie przed połówką, chociaż kto wie, może nogi potrzebowały właśnie takiego odpoczynku.

Dziś jednak nie będę się skupiać na treningach, tylko na relacji, a plan i jego skuteczność podsumuję kiedy indziej.


Jest już kilka dni po biegu, a ja jestem bogata w kolejne doświadczenia, nowe osiągnięcia, mam medal, numer startowy i mogę z całą pewnością stwierdzić, że półmaraton to nic strasznego. 

A wracając do samego biegu...

Pakiet startowy odebrałam dzień wcześniej. Podoba mi się, że jest taka opcja, bo to świetny sposób na uniknięcie długich kolejek w dniu zawodów i niepotrzebnego stresu przed biegiem.
Poza różową koszulką, numerem startowym, butelką oshee i masą ulotek dostałam voucher na 7 dni do Fitness Platinium.

23 marca już z samego rana przywitał mnie piękny słoneczny poranek i.. wszechobecny stres.  Na szczęście szybko minęło i później właściwie nie mogłam się doczekać startu. Dzień rozpoczęłam od szklanki wody i owsianego omleta z dżemem na trzy godziny przed startem. Później dorzuciłam jeszcze węglowodany, kilka łyków izotoniku i wody.

Właściwie do ostatniej chwili nie wiedziałam jak się ubrać. Wszystko przez pogodę, bo słońce wcale nie chowało się za chmury, było bardzo ciepło i nawet rozważałam założenie bluzki na ramiączkach. Ostatecznie zdecydowałem się jednak na długi rękaw i to był świetny wybór, bo jak się później okazało - pogoda zmieniła się prawie, że diametralnie.


Miejsce startu znajdowało się mniej więcej 10 minut od mojego miejsca zamieszkania, więc lepiej nie mogłam trafić. Powolnym truchcikiem łączonym z rozgrzewką dotarłam na Błonia. Już na Bełchatowskiej Piętnastce byłam zachwycona ilością zgromadzonych biegaczy, a w Krakowie było ich praktycznie 3 razy więcej. Tyle ludzi z numerami startowymi, wszyscy radośni, szczęśliwi, kochający to co robią, znajdują się w jednym miejscu po to by przebiec Półmaraton Marzanny.

Rozgrzewkę robiłam sama i nawet nie przyszło mi do głowy by dołączyć do tej ogólnej (zresztą pewnie bym się nawet nie dopchała). Później wyszukałam wzrokiem pacemakerów i odpowiednie strefy czasowe. Pomarańczowy zając biegł na czas 1:59:00, a fioletowy na 2:09:00. Moją strategią było znajdować się cały czas pomiędzy nimi.

Kilka dni temu kupiłam sobie wreszcie nowy telefon i teraz bez problemu łączy się z GPSem, jednak nie przewidziałam tego, że w słońcu z opaską na ramieniu niewiele zobaczę, a przed biegiem zapomniałam rozjaśnić ekran. Dlatego musiałam zdać się na intuicję, pacemakerów i od czasu do czasu zerkanie na podświetlaną godzinę w telefonie.

Szybko wyprzedziłam fioletowy balonik i biegłam tuż za pomarańczowym. Nie czułam wcale prędkości, może tylko lekkie zmęczenie po 5 kilometrze i dopiero po powrocie do domu, zerkając na endo zdałam sobie sprawę w jakim tempie przebiegłam pierwsze 6 kilometrów (5:25-5:40min/km).

W grupie biegnie się zupełnie inaczej i to może dlatego. Później było już trochę gorzej, zwłaszcza przy 7 i 8 kilometrze, gdy dopadł mnie mały kryzys, kolka, bolące łydki i Bóg wie co jeszcze. Na szczęście prędko się z tym uporałam, zjadłam żelki, chwilę pomaszerowałam i ruszyłam do przodu.

Im znajdowałam się bliżej Wawelu tym większą czułam ekscytację. Piękny Kraków, bulwary, turyści, Zamek Królewski, smok.. Mimo, że te miejsca mam właściwie na co dzień, to tego dnia stały się czymś niesamowitym i wyjątkowym. Nabrały nowego znaczenia.

 
Po przekroczeniu 11 kilometra odetchnęłam z ulgą, że połowę mam już za sobą. Najbliższe dwa kilometry wiodły wokół wzgórza Wawelskiego, aż do samego Smoka. To był chyba mój ulubiony odcinek trasy. Biegło mi się wtedy nadzwyczaj dobrze.

Gdy minęłam flagę z cyferką 13 został mi już tylko powrót na Błonia wzdłuż Wisły. Wtedy byłam w domu. Ten odcinek przemierzałam niejednokrotnie (czy to na rolkach, czy nogach)  i znałam go na wylot. Mimo, że czułam już spore zmęczenie to szybko ustaliłam sobie charakterystyczne punkty na trasie w drodze do celu. To bardzo ułatwiło mi przemieszczanie się.

wykres i międzyczasy
(kliknij na obrazek, aby powiększyć)

W okolicach 16 kilometra wlałam w siebie chyba z 3 kubeczki wody (w tym jeden oshee) i bardzo chciałam już być na mecie. Niestety czekało mnie jeszcze trochę ponad jedno okrążenie wokół Błoni. Spojrzałam na zegarek i przeszło mi przez myśl, że nawet idąc zmieszczę się w czasie, ale szybko tę opcję wykluczyłam, zebrałam się w sobie i ruszyłam przed siebie.

Biegłam, truchtałam, trochę szarpałam tempem.. ale nie schodziłam poniżej 6:45min/km. W myślach wizualizowałam sobie metę, moment założenia medalu na szyję, obserwowałam ludzi, szukałam jakiegoś zajęcia byle tylko nie myśleć o tym, że jestem zmęczona. Tak dotrwałam do 20 kilometra. Na ostatniej prostej wyprzedził mnie Pan z fioletowym balonikiem i zaczął bardzo szybko się oddalać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jeżeli chcę ukończyć bieg jak najbliżej 2h:10min to jest właśnie ten czas by odszukać w sobie zapasy energii i przyśpieszyć.

ostatnia prosta
źródło

Rozpędzałam się jak lokomotywa, by po 21 kilometrze, gdy w zasięgu wzroku zauważyłam metę, dać czadu. Wyprzedzałam każdego kto stanął na mojej drodze i osiągnęłam mega fajną prędkość. Gdzieś do uszu docierały głosy kibiców, oklaski, brawa i głos spikera "Brawo Ewelina!!". Zatrzymałam się i starałam się złapać oddech. Ktoś zapytał czy wszystko w porządku, jakaś dziewczyna zawiesiła mi medal na szyi, dostałam butelkę wody, odeszłam na bok i zdałam sobie sprawę czego dokonałam - udało się, przebiegłam półmaraton.

Po chwili dostałam wiadomość sms z informacją o czasie pokonania trasy XI Półmaratonu Marzanny. Uzyskałam wynik 2h10m35s zajmując miejsce 2109, a w kategorii wiekowej K18 byłam 114.


Gdy się zatrzymałam każdy krok sprawiał mi problem. Zgięcie kolan było właściwie niemożliwe, a rozciąganie po biegu było nadzwyczaj dziwne. Bałam się cokolwiek zrobić z nogami, by ich nie uszkodzić. Na szczęście ból szybko ustał i wszystko wróciło do normy. Na drugi dzień byłam w pełni sił. Mój organizm nauczył się szybko regenerować.

Cały Półmaraton żałowałam, że nie wzięłam ze sobą nic do picia, bo strasznie wysychało mi w ustach i tylko z utęsknieniem czekałam na punkt z wodą przy co 5-tym kilometrze. Dobrze, że organizacja była na wysokim poziomie i nie było kolejek przy punktach z wodą, więc bez problemu łapałam za kubeczek i ruszałam dalej. Myślę, że następnym razem zaopatrzę się w coś swojego.


Kibice, zespoły muzyczne, zabezpieczona trasa, odbiór medali, a nawet kolejka po posiłek regeneracyjny całkiem szybko się zmniejszała. Naprawdę niema na co narzekać, bo nawet pogoda się udała i lekki chłód, powiew wiatru pasował idealnie. Marzanna na piątkę, za rok też będę chciała wziąć w niej udział.


Teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że dystans 21km 97,5m to nic strasznego i na taki bieg pewnie jeszcze nie jeden raz się zdecyduje. Pozostaje niedosyt, że nie pobiegłam szybciej i trochę za szybko wystartowałam przez co na końcu brakło mi sił. Mimo to, cieszę się, że obyło się bez kontuzji, odcisków, fioletowych paznokci, bólów kolan i na drugi dzień mega zakwasów, jak było po Bełchatowskiej Piętnastce. Ten start uświadomił mi też, że na maraton jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Popracuję nad formą, prędkością, wytrzymałością i może za rok.. :)
Czytaj dalej

Nike Revolution 2

 

Korzystając z chwili wolnego postanowiłam napisać obiecany jakiś czas temu post na temat butów w których biegałam od końca września ubiegłego roku do mniej więcej lutego 2014:



 Nike Revolution 2

Producent przestawia je jako uniwersalne obuwie treningowe przeznaczone do biegania. Prosta i lekka konstrukcja ma zapewnić bardzo dobre dopasowanie i komfort użytkowania. Osoby o neutralnym i supinującym typie stopy powinny być zadowolone. 

Cholewka wykonana jest z siateczki, której zadaniem jest odpowiednia wentylacja i odprowadzanie nadmiaru ciepła na zewnątrz. Wyprofilowany zapiętek dobrze trzyma piętę, a wzmocnienia w postaci pasów w okolicy śródstopia wspomagają stabilizację.

Podeszwa środkowa to lekka i wielowarstwowa konstrukcja mająca zapewnić dobrą ochronę stopy i komfort przy kontakcie z podłożem.

Podeszwa zewnętrzna wykonana jest z gumy o obniżonej ścieralności, a waflowy profil ma gwarantować niezłą przyczepność przy bieganiu oraz tłumić uderzenia.



Moje wrażenia?
W ciągu 5 miesięcy pokonałam w nich około 200km (biegam też w innych butach stąd taki przebieg). W tym czasie przetestowałam je właściwie w każdych warunkach (no może oprócz upałów).

Zdecydowałam się na niebieski kolor z elementami zielonego i białego. Po poprzednich białych (Kalenji Ekiden 50) uświadomiłam sobie jak bardzo nie lubię mieć brudnych butów i w tym przypadku zachowanie ich w stanie czystości było naprawdę bardzo łatwe. 

Kupiłam je po atrakcyjnej cenie, spodobały mi się i okazały się bardzo wygodne. Amortyzacja na duuuży plus, stabilizacja również. Podeszwa zgina się w niewielkim stopniu, jest twarda i praktycznie nie do zdarcia. Po tylu miesiącach właściwie nie zauważyłam przetarć, a biegałam głównie po chodnikach, jezdni czy betonie.


Ogólnie na buty nie mogę narzekać. Są solidnie wykonane, trzymają stopę na miejscu, na pięcie nic nie obciera i sprawdzają się równie świetnie przy domowych treningach (zwowy, pompki, burpees itp) ale... no właśnie. Zawsze jest jakiś minus.

Gdy powierzchnia jest sucha jest fantastycznie. Buty idealnie trzymają się podłoża, ale przy deszczu czy śniegu jest trochę gorzej. Natomiast jeżeli na zewnątrz jest lód to nie radzę ich zakładać, chyba, że lubicie biegać woluniutkim tempem. Co prawda nie wywinęłam w nich orła, ale kilkakrotnie było baaardzo blisko. W waflową podeszwę często wkradały się też małe kamyczki, co mnie czasem denerwowało, bo musiałam je ciągle wyciągać.
   
Mniej więcej na przełomie stycznia/lutego zauważyłam malutkie dziurki na pięcie i rozerwania w okolicach małego palca. Nie wiem czy to wada fabryczna, czy wina źle dobranego obuwia, ale dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że kupiłam je o rozmiar/pół za małe. 


Niedopasowanie spowodowało kilkakrotne obtarcia na palcach, a nawet raz straciłam paznokcia. Odparzenia zostały zminimalizowane, gdy zaopatrzyłam się w odpowiednie skarpetki, ale według mnie przy dobrze dobranych butach nie powinno się to zdarzyć.
    
Na szczęście buty oddałam na gwarancję i już na drugi dzień dostałam nowe, dlatego też postanowiłam je sprzedać. Teraz przymierzam się do zakupu innych bucików, ale tym razem zdecyduję się raczej na jakiś minimalistyczny model z elastyczną podeszwą.

Podsumowując
Buty Nike Revolution 2 mogę Wam polecić. Są wygodne i świetnie się prezentują. Amortyzacja jest bardzo dobra. Obyło się bez jakiejkolwiek kontuzji, a przebiegłam w nich sporo po bardzo twardym podłożu (asfalt, chodnik, beton). Zdaję sobie też sprawę z tego, że gdyby rozmiar był dobrany dobrze, to komfort także byłby nieporównywalny. Jednak gdybym dostała je ponownie to wykorzystałabym je raczej do treningów w pomieszczeniu.
 

Tu znajdziecie inna moją recenzję butów - Kalenji Ekiden 50.
Czytaj dalej

Parkrun Kraków #9


Trochę ponad tydzień temu cieszyłam się z poprawionej oficjalnej życiówki na 5 kilometrów, którą uzyskałam w moim ósmym biegu parkrun. Radość była, ale wciąż wiedziałam, że jestem w stanie więcej i cały czas zastanawiałam się, czy moja aplikacja na telefon kilka tygodni wcześniej dobrze zmierzyła mi czas pokazując 25min:25s.

  I wiecie co? Nie spodziewałam się, że tak szybko się o tym przekonam.

fot. Paulina Golec
   Tego dnia miałam odpuścić udział w biegu parkrun. Marzył mi się sobotni poranek spędzony pod kołdrą z laptopem na kolanach. Marzył mi się.. ale podświadomie dzień wcześniej ustawiłam budzik na godzinę 7:30 tak, by w razie czego wybrać się na Błonia. 

Wybrałam się, a końcowy wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania - 25m:22s


Bieg ukończyłam jako 5 kobieta na 13 obecnych i jako trzecia w swojej kategorii wiekowej. Nie dość, że pokazałam, że czas 25min:25s na 5 kilometrów to prawda, to jeszcze przebiłam go o 3 sekundy. Wreszcie oficjalny rekord, którym warto się pochwalić.

Ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że skoro tak szybko zmieniają się moje najlepsze wyniki oznacza, że albo wciąż nie potrafię biec na 100%, albo moja forma bardzo się poprawia. Sama nie wiem, ale lubię to.


Na koniec chciałam jeszcze pozdrowić wszystkich moich czytelników, którzy spotykają mnie na "ulicy". To bardzo miłe, gdy zupełnie obca osoba mówi mi, że czyta mojego bloga i mnie kojarzy. Trochę się rumienię i peszę, ale jednocześnie bardzo z tego cieszę. Fajnie, że jesteście! :)
Czytaj dalej

Przygotowania pod Półmaraton Marzanny cz.6

  Ostatnie dwa tygodnie to chwile przystosowywania się do nowego trybu życia. Na nowo uczę się organizacji czasu, łączenia treningów, pracy, życia prywatnego i dbania o zdrowe, racjonalne odżywianie. Przyznam szczerze, że idzie mi całkiem nieźle, choć jak wiadomo, zawsze mogłoby być lepiej.

   Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale czas na przesiadywanie przy komputerze został baardzo ograniczony. Teraz doceniam każdą chwilę i wreszcie zaczęłam myśleć konkretnie o własnej przyszłości. Czuję, że to co robię ma sens.

   Co w kwestii treningów?

   Przestałam trzymać się planu. Straszne prawda? Na dwa tygodnie przed półmaratonem zostawiłam go samego sobie. Może nie porzuciłam, ale stał się dla mnie raczej wskazówką, a treningi zaczęłam organizować według własnej dyspozycji.

   W tygodniu #15 zrobiłam 34,74 km, a już w #16 tylko 22,4km. Wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? To, że wcale nie mam wyrzutów sumienia. Mój organizm odpoczął, wcale nie stracił kondycji, a nawet wspiął się na wyżyny i dwa dni z rzędu przyniósł niespodziankę w postaci rekordów na 5km (jutro wrzucę coś na ten temat) i 10 km (wynik poniżej).

ostatni bieg na 10km

  Wiele też rozmyślałam o moim bieganiu i zdałam sobie sprawę, że w tych całych przygotowaniach trochę się pogubiłam. Endomondo, odliczanie, analizowanie, nieodbyte treningi, w efekcie złe samopoczucie, poczucie winy... mogłabym wymieniać bez końca.

   Uparcie realizowałam plan, czasami zapominając o przyjemności, która owszem była, ale nie taka jaką być powinna.

   Zaplanowane treningi wiele dają i jestem tego świetnym przykładem. Jednak dobrze by było, gdyby to wszystko sprawiało radość, przynosiło satysfakcję, a nie było koniecznością samą w sobie. Wydaje mi się, że w którymś momencie utraciłam to szczęście, alejednak w porę je odzyskałam.


   Do mojej pierwszej w życiu połówki pozostało 12 dni, czyli niecałe dwa tygodnie. Postaram się robić treningi z planu, ale jeśli ich nie zrealizuję, to wybiorę inne. Wiem czego mój organizm potrzebuje, wiem jak działa, chcę biegać, więc wszystko jest pod kontrolą.

  Wcześniej gdy mnie ktoś pytał w jaki czas celuje, to odpowiadałam bez zastanowienia, że 2 godziny. I co? Później pojawiał się stres i przed oczami miałam wizję porażki. Czy dwie godziny to ambitny plan? Nie wiem. Mam wrażenie, że jestem w stanie to osiągnąć, ale teraz daję sobie więcej minut zapasu.
  
w takich miejscach biegam


Stawianie sobie konkretnych celów pomaga w realizowaniu siebie i półmaraton jest tym właśnie dla mnie. Wreszcie do niego dojrzałam i nie mogę się go doczekać.

Nie boję się. Dam radę. Wiem to.

cdn.
Czytaj dalej

Parkrun Kraków #8

  Na ostatnim parkrunie poprawiłam swoją oficjalną życiówkę o 15s. To wszystko było do przewidzenia, bo od mojego ostatniego biegu minęło sporo czasu, a ja zaczęłam poruszać się nieco szybciej. Mimo, że ten rezultat nie był dla mnie niespodzianką to okazał się świetnym akcentem na sam początek miesiąca.

(kliknij na obrazek, aby powiększyć)

    Wbiegłam na metę z wynikiem 27:02 jako 8. kobieta z 15 i 4. w mojej kategorii wiekowej. Czas jest świetny, ale teraz chciałabym by mój nieoficjalny wynik stał się wreszcie oficjalny (ah te ambicje).

fot. A.Łapczuk-Krygier

   Już nie po raz pierwszy zachęcam Was do udziału w biegach parkrun. To nic nie kosztuje, a zabawa jest świetna. Sama żałuję, że nie mieszkam na stałe w Krakowie, bo byłabym tam w każdą sobotę.

Czytaj dalej

Podsumowanie miesiąca i plany na marzec 2014

  Klikając w zakładkę "Nowy post" czułam ekscytację i jednocześnie smutek. Luty się skończył, a to był (jak nie raz już wspominałam) niesamowity miesiąc. Zrobiłam właściwie wszystko co zaplanowałam, a nawet więcej. Dlatego trochę szkoda, że minął.. :)


    Co wydarzyło się w lutym?

Trzymałam się planu i wszystko zaczęło przynosić niesamowite efekty:

- dwa razy pobiegłam w krakowskim biegu parkrun (#6, #7)
- najlepszy czas na 5 km - 25m:25s (życiówka)
- najlepszy czas na 10 km - 58m:02s (życiówka)
- najdłuższy przebiegnięty dystans to - 18,5km (życiówka)
- przebiegłam około 145 km (życiówka - o 36km więcej niż w styczniu)
- przebiłam chyba wszystkie rekordy
- przeznaczyłam sporo czasu na jogę, rozciąganie i cross
- jeździłam na rolkach (!)
- zadbałam o zdrową michę
- na aktywność fizyczną poświęciłam w przybliżeniu 21 godzin
- zmieniłam szablon na blogu
- założyłam fanpage (prawie codziennie wrzucam tam coś nowego) 
- z czystym kontem rozpoczęłam nowy semestr
- zdecydowałam, czym zajmę się w przyszłości

(kliknij na obrazek, aby powiększyć)

Czy zrealizowałam wszystkie plany na luty?
- zadbałam o zdrowie odżywianie, o czym pisałam w tym poście
- plan do półmaratonu wykonałam na 90%, bo w ostatnim tygodniu musiałam trochę poprzestawiać treningi ze względu na pracę
- poprawiłam życiówkę na 5 km (patrz wyżej)
- poprawiłam życiówkę na 1 km (z 5min:22s zeszłam do 4min:22s)
- już wiem co ze sobą wezmę na półmaraton
- joga i nowe sesje zdjęciowe również były

   Z kulturą i książkami trochę gorzej. Tylko jeden film (Timer) na typowo luźny wieczór i ani jednej książki (pomijając poradnik do fotografii). Ze snowboardem też mi się nie udało, ale to raczej przez brak odpowiedniej pogody. Kwestię pracy magisterskiej pozostawię bez komentarza.

ciekawe co zmieni się w marcu.. : )

Plany na marzec:

- WIELKI dzień - Półmaraton Marzanny już 23 III (chcę zmieścić się w dwóch godzinach, ale jeżeli się nie uda, to i tak radość będzie ogromna).
- pilnować treningów i nie przesuwać ich za bardzo
- pobiec chociaż raz z grupą Nigh Runners
- joga, cross i rozciąganie (to oczywiste)
- kontynuacja zdrowego odżywiania
- coraz częściej rozpoczynać dzień szklanką wody z cytryną
- wybrać nowy telefon i buty do biegania
- zrealizować chociaż jedną sesję zdjęciową
- wykorzystać szansę zawodową
- 3 filmy
- 1 lub 2 książki


  Lubię pisać posty podsumowujące miesiące, zwłaszcza gdy wiem, że wycisnęłam z niego maksimum, a z lutym zdecydowanie tak było.

Czytaj dalej