Kalenji Ekiden 50 - w sam raz na początek


Jeżeli biegać to w butach do tego przeznaczonych. Choć tak naprawdę pierwsze dystanse (za czasów podstawówki/gimnazjum) pokonywałam w najzwyklejszej parze adidasów. Z czasem, gdy nabrałam ochoty na więcej przyszła pora na wybór odpowiednich butów, a to już wcale nie było takie proste.


Sprawa oczywista - na początku liczy się cena. Znając mój słomiany zapał, nie chciałam już na starcie wydawać 200zł na parę butów, która tak naprawdę nie wiadomo czy nie jest moją kolejną chwilową zachcianką.

W sytuacjach gdy nie znam się jeszcze na danej rzeczy szukam rzetelnych opinii. Robię to najczęściej zaglądając na forum, które i tym razem mnie nie zawiodło. Już po przejrzeniu kilku kart, wiedziałam co wybiorę - Kalenji Ekiden 50.
zdjęcia z kwietnia 2013

Jak obiecuje producent są to buty przeznaczone do biegania rekreacyjnego po drogach asfaltowych i polnych. Wygodne i lekkie (ok. 235g) w sam raz dla początkujących o neutralnym typie stopy. Wizualnie też bardzo ciekawie się prezentują - cały but pokryty jest bielą, czarny bieżnik i niebieskie wykończenie. Wierzchnia strona obłożona jest siatką, co zapewnia świetną wentylację stopy.

Amortyzacja? Owszem - podeszwa wykonana z pianki EVA pochłaniającej wstrząsy, a stabilizacji sprzyjają paski boczne i płytka stabilizacyjna w środkowej podeszwie.

Cena - 59.99 (!!)

Tyle wystarczyło, by mnie przekonać. Zamówiłam, zapłaciłam i za kilka dni dostałam je w swoje ręce (a raczej nogi).

Pierwsze wrażenie? Wow! Te buty są świetne! Fajna amortyzacja, leciutkie, wygodne, ładne - no idealne. Nie mogłam doczekać się, aż je przetestuję (zaczęłam biegać i skakać po mieszkaniu z radości). Warto zwrócić jeszcze raz uwagę na to, że nigdy wcześniej nie miałam na nodze butów przeznaczonych do biegania, czy jakichkolwiek innych mających amortyzację, dlatego już na wstępie byłam po prostu zachwycona.

Zakupiłam je w marcu 2012, założyłam kilka razy pokonując od 2 do 3 km, po czym jak to można było się spodziewać - buty wylądowały na dnie szafy.

Rewolucja nastąpiła w 2013 roku, kiedy to zaczęłam się ruszać. Najpierw buty wykorzystywałam tylko do ćwiczeń, a w kwietniu (wraz z początkiem bloga) zaczęłam w nich regularnie biegać.

Nie mam pojęcia ile dokładnie mogłam w nich przebiec, ale wg. statystyk jakie prowadzę od maja jest to na pewno ponad 160km, a może i 200km.

Obecnie prezentują się tak:






czyli są trochę zniszczone, ale wciąż do użytku.

Nie oszczędzałam ich (no może na początku). Było i bieganie w deszczu, upale, po pokoju, asfalcie, chodnikach, kałużach, czy lekkim błocie. W każdej sytuacji sprawdzały się bardzo dobrze. Trzymały się podłoża, noga się nie pociła. Siateczki zapewniały na prawdę świetną wentylację, jednak przy wietrznej pogodzie, było trochę zimno. Obyło się również bez obtarć, pęcherzy na palcach, czy piętach.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, ze strasznie, ale to naprawdę strasznie się brudzą (a jestem osobą, która nie lubi mieć brudnych butów). Po jakimś czasie zauważyłam też rozrywającą się siateczkę z boku, którą kilkakrotnie już ratowałam zaszywając. Na piętach również pojawiły się przetarcia (ale to może kwestia tego, że nie używałam wtedy łyżeczki do ich zakładania).


Podeszwa? Nie do zdarcia. Gdybym ją tylko ładnie wyczyściła, byłaby jak nowa, a przecież biegałam w większości po asfalcie czy chodnikach, także powinna się chociaż trochę przetrzeć.


Czy mogę polecić te buty? 

Owszem. Na początek są świetne. Podstawowa amortyzacja, lekkość i cena. Gdyby nie kolor, kupiłabym je ponownie do rekreacyjnego biegania czy fitnessu. Zresztą wciąż w nich trochę biegam, gdy wracam do rodzinnej miejscowości, by nie wozić butów w jedną i drugą stroną.

Więc jeśli chcesz zacząć biegać, a nie wiesz jeszcze czy w tym wytrwasz, nie zastanawiaj się - kup je sobie. 60zł to nie majątek, a może tak jak i mnie pokażą magię biegania.


A butami, w których biegam na co dzień są Nike Revolution 2, zakupione na początku września.


Czytaj dalej