Snowboard początki


Na co dzień biegam. Myślę, że nawet mogę nazwać się biegaczką, bo sport ten uprawiam regularnie, średnio 3-4 razy w tygodniu. Oprócz biegania jeżdżę na rolkach. Teraz zdecydowanie rzadziej, bo aura nie sprzyja, ale w okresie wiosenno-letnio-jesiennym prawie codziennie. Te dwie dyscypliny to strzał w dziesiątkę. Właściwie za każdym razem dają mi uśmiech i satysfakcje. Kto by pomyślał, że znajdzie się jeszcze coś, co już za pierwszym razem skradnie me serce - snowboard.





Marzyłam o tym od dawna. Już w zeszłym roku był to jeden z moich miesięcznych celów. W rodzinie i wśród znajomych raczej nikt nie uprawiał sportów zimowych (nie licząc sanek, kuligów, lepienia bałwanów, bitw na śnieżki czy robienia orłów w śniegu), więc tym bardziej trudno było mi zrealizować swój cel. 

Nart jakoś nigdy nie brałam pod uwagę. Łyżwy są nie dla mnie (kto by pomyślał, skoro tak kocham rolki), a zawsze chciałam snowboard. Na szczęście mój chłopak złapał totalną zajawkę rok temu, zaopatrzył się w sprzęt, nauczył jeździć i został moim instruktorem. 

Początki były bardzo trudne i niezwykle frustrujące. Nie przejechałam 3-4 metrów, a już leżałam. Ciągłe upadki i wywrotki strasznie demotywują. Dobrze, że miałam w sobie tyle samozaparcia i motywacji, że nie poddałam się, bo z każdym zjazdem było coraz lepiej. Nauczyłam się ślizgać na tylnej krawędzi, łapać równowagę, hamować i kontrolować na tyle snowboard, że mniej więcej po 4-5 godzinach potrafiłam przejechać 1,5 km trasę bez lądowania na tyłku/kolanach.




Oczywiście przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale pierwszy (najtrudniejszy etap) mam już za sobą. Trafiłam na świetne warunki do nauki. Miękki śnieg, 4 stopnie, słoneczko i brak tłoku na stoku ułatwił mi wiele. Jednak najważniejsze jest to, by po każdej wywrotce podnieść się i walczyć dalej. Upadków nie da się uniknąć, a grunt to ciągle próbować.  

Wytrwałość to bardzo przydatna cecha.


Jazda na snowboardzie dała mi mnóstwo radości. To świetna zabawa! Podczas wjazdu wyciągiem na górę nie mogłam doczekać się, kiedy znów będę jechała w dół. Mimo tego, że dziś bolą mnie chyba wszystkie mięśnie jakie tylko mam, to już czekam na kolejny snowboardowy wyjazd. Deska to zdecydowanie coś dla mnie! :)


/E.
Czytaj dalej

O czym myślę, kiedy myślę o półmaratonie?


Półmaraton. Myślę, że dla każdego znaczy coś innego. Jedni półmaratony biegają standardowo na treningach, drudzy ze wzruszeniem ramion mówią że to taki zwyczajny dystans, a kolejni nazywają go po prostu 1/2 maratonu, czyli tzw. "półówką". Jednak są też osoby dla których 21km 97,5m to ogromny wysiłek i konfrontacja z własnymi możliwościami. Dla jeszcze innych to marzenie.


Czym półmaraton jest dla mnie? Marzeniem już nie. Zrealizowałam to na wiosnę, biegnąc swój pierwszy w życiu półmaraton, a o tym jak było możecie poczytać tutaj. W najbliższą niedzielę zmierzę się po raz kolejny z tym dystansem, lecz już z nieco innym podejściem. Co się zmieniło?




Od tego czasu 20 kilometrów przebiegłam z 3-4 razy, a 15 czy 16 km praktycznie co tydzień. Mam też za sobą już ponad 1,5 roku regularnych treningów, a nie tak jak w marcu, niecały rok. Czy jestem odpowiednio przygotowana? Tego bym nie powiedziała. Od wakacji biegało mi się bardzo różnie. Nie zawsze mogłam na treningi poświęcić tyle czasu ile bym chciała. Organizm też nie działał tak jak powinien i biegi były jakie były. Dopiero od mniej więcej tygodnia, czy dwóch czuję, że powoli moc wraca. Biega mi się lżej, jest zdecydowanie lepiej. 

Jutrzejszy półmaraton będzie zabawą. Nie wyzwaniem i nie walką o życiówkę. Nie boję się, bo wiem, że sobie z nim poradzę. To nic strasznego. Chciałabym go w całości przebiec, ale też ma być radość, uśmiech oraz podobnie jak podczas Biegu Trzech Kopców - ani jednego przekleństwa. No i najważniejsze - nie wystartować za szybko.

a jeśli ktoś chce mnie jutro znaleźć, pozna mnie po tej koszulce :)

Zastanawia mnie też, jak bardzo moje jutrzejsze odczucia będą się różnić od tych wiosennych. Co mnie spotka na trasie? W jakiej formie jest mój organizm? Czy dam z siebie 100%?  Ah, przecież już niedługo się przekonam. :)

/E.
Czytaj dalej

Owsianka - tak czy nie?

 

Kolorowa jesień, chłodne, mgliste poranki i ogólny zachwyt ciepłymi śniadaniami sprawił, że wrzesień stał się dla mnie typowo owsiankowym miesiącem. Aby przekonać się, jak taki posiłek sprawdzi się w moim przypadku postanowiłam każdy dzień września rozpoczynać właśnie taką rozgrzewającą miseczką z płatkami owsianymi.




Owsianka to bardzo prosta i szybka w przyrządzeniu potrawa. Przygotowanie jej zajmowało mi najczęściej od 3-5 minut. Tyle czasu bez najmniejszego problemu mogłam wygospodarować każdego dnia przed pójściem do pracy zapewniając sobie pyszne i zdrowe śniadanie. 

Moja tradycyjna owsianka składała się najczęściej z: 

- 30-40g płatków owsianych 
- ok. 200ml wody

i dodatków w zależności od upodobań i ochoty

- banan (!), maliny, jeżyny, pomarańcze, winogrono, śliwki, gruszki, brzoskwinie 
- wiórki kokosowe 
- migdały 
- słonecznik 
- daktyle 
- rodzynki 
- żurawina



Bardzo szybko zauważyłam, że takie danie zapewnia mi uczucie sytości na długi czas, dzięki czemu tuż po wyjściu z domu nie musiałam odwiedzać najbliższego sklepu w celu zakupienia czegoś do zjedzenia (bo przecież zaraz będę głodna). Jak wiadomo, płatki owsiane są doskonałym źródłem białka i węglowodanów, co doceniają szczególnie osoby aktywne fizycznie. Spożywanie owsianki pobudza układ immunologiczny i zwiększa odporność organizmu na infekcje, stabilizuje poziom cukru we krwi, zapobiega nowotworom, anemii, działa antydepresyjnie, poprawia pamięć i koncentrację, opóźnia procesy starzenia organizmu, jest źródłem wielu witamin i minerałów, a także wpływa pozytywnie na skórę, włosy i paznokcie. To pewnie tylko część korzyści płynących z jedzenia owsianki, a warto wspomnieć, że w rankingu najzdrowszych produktów świata zajmuje 3 miejsce tuż za owocami palmy acai i czosnkiem.

Jednak owsianka to nie tylko plusy. Spożywanie płatków owsianych w dużych ilościach, może powodować wzdęcia i bóle brzucha, czego sama doświadczyłam. Wszystko za sprawą zawartego w nich błonnika, dlatego nie warto przesadzać. Podobno wypłukuje również wapń z organizmu. 


Myślę, że idealnie sprawdzi się tutaj powiedzenie, że co za dużo to niezdrowo. Uwielbiam owsiankę i tak naprawdę mogłabym ją jeść codziennie. Świetnie rozgrzewa i już od samego rana doskonale pobudza organizm do działania.

Jak wiadomo, wszystko ma swoje dobre i złe strony, a duże ilości składników odżywczych zdecydowanie przekonują mnie do spożywania chociażby 2-3 razy w tygodniu owsianki z ulubionymi owocami (zwłaszcza jesienią i zimą). Taki posiłek jest nie tylko łatwy w przygotowaniu, ale także smaczny, zdrowy i zapewniający odpowiednią porcję energii.


/E.
Czytaj dalej

Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego

 

Moje zainteresowania związane z triatlonem zupełnie nie słabną. Każdy film, relacja czy wydarzenie wywołuje spore emocje, a więc słucham, oglądam, czytam i marzę..



Pomiędzy pisaniem pracy magisterskiej, chodzeniem do pracy, bieganiem, jazdą na rolkach i jogą udało mi się przeczytać kolejną triatlonową lekturę jaką jest "Ironman 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego" wydawnictwa Septem. 

Co w niej znajdziemy? 

Większość książki to dokładny opis 24 tygodniowego planu treningowego (podzielonego na cztery fazy) przygotowującego do ukończenia zawodów Ironman na które składa się przepłynięcie dystansu 3,86 km, przejechania na rowerze 180,2 km i przebiegnięcia trasy o długości 42,195 km. Ciężko ocenić skuteczność i poziom planu, ale biorąc pod uwagę szczegółowe opisy i doświadczenie autorów myślę, że jest on wart uwagi.



Oprócz wspomnianej rozpiski treningów, pozycja ta zawiera również krótki opis podstaw związanych z samymi zawodami Ironman, kilka informacji o tym jakie warunki powinna spełnić osoba chcąca po raz pierwszy przygotować się do pierwszego wyścigu, opisy ćwiczeń dla każdej z dyscyplin pozwalające udoskonalić technikę, a także ogólne wskazówki które mogą okazać się niezbędne tuż przed samymi zawodami oraz kilka rad związanych z odżywianiem. 

Dla mnie (z punktu widzenia biegacza) bardzo ciekawy okazał się rozdział na temat zagadnień związanych z tętnem. Do tej pory jakoś specjalnie się tym nie interesowałam (i dalej uważam, że nie jest mi to jeszcze potrzebne), ale teraz przynajmniej już będę wiedziała jak w przyszłości określić swoje progowe tętno, a później na tej podstawie ocenić intensywność wysiłku.


"Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego" to publikacja napisana w bardzo ciekawy i przystępny w odbiorze sposób. Czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie, mimo ogromu informacji jakie są w niej zawarte. Z pewnością osoby, które chociaż trochę interesują się triatlonem, uprawiają tę dyscyplinę, albo chcą ukończyć swój pierwszy wyścig Ironman znajdą tu coś dla siebie. 

Na sam koniec mogę dodać jeszcze tylko tyle, że po tej lekturze ponownie jestem niesamowicie zachwycona triatlonem, triatlonistami i podziwiam najbardziej na świecie osoby przekraczające metę zawodów Ironman.

/E.

Powyższa książka dostępna jest w księgarni Septem - tutaj.


Czytaj dalej

Biegacz na rowerze

 Na początku lipca z racji dużej ilości wolnego czasu zaczęłam urozmaicać swoje treningi. Wróciłam na tydzień do domu, trochę mi się nudziło, bieganie powoli nie wystarczało, rolki zostały w Krakowie, a pogoda była piękna, więc wyciągnęłam z piwnicy swój rower.






i

Wtedy przejechałam się na nim tylko dwa razy. Jednego dnia zrobiłam 18 kilometrów, a dwa dnipóźniej 24 ze średnią prędkością 20km/h. Przyjemności jakiejś szczególnej z tego nie miałam, gdyż przez większość drogi bolała mnie szyja, do tego kolana momentami protestowały, a tyłek później czułam jeszcze przez kilka dni. Stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie.

W tym czasie naczytałam się mnóstwo  blogo- i video relacji z triatlonów, przeczytałam typowo tematyczną książkę i zaczęłam zastanawiać się dlaczego tak bardzo jazda na rowerze mi nie odpowiada. Postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę, wymieniłam siodełko i podniosłam je wyżej, wymieniając rurkę na trochę dłuższą.

Okazją do przetestowania nowego ustawienia była wczorajsza 45 kilometrowa przejażdżka na Górę Kamieńsk położoną w pobliżu Bełchatowa. Chciałam wykorzystać w 100% piękną weekendową pogodę więc wraz z tatą spakowaliśmy niezbędne rzeczy i ruszyliśmy w drogę.




Już na samym początku zauważyłam, że komfort jazdy jest zupełnie inny. Przez 16 kilometrów jechaliśmy w jednostajnym tempie pokonując każdy kilometr w granicach 3 minut. Nogi nawet nie były jakoś specjalnie zmęczone, do czasu, gdy na naszej drodze pojawił się 2 kilometrowy podjazd na 200m górę. Jeszcze nigdy tak mnie nie paliły mięśnie ud. Momentami miałam wrażenie, że zaraz wypluję płuca, ale dałam radę.




Widok z góry był niesamowity. Satysfakcja z podjazdu jeszcze większa, bo dotychczas byłam tam tylko autem, a teraz zdobyłam Górę Kamieńsk o własnych siłach. Fajne uczucie widzieć horyzont nie tylko nad morzem.




Jednak... największą atrakcją wcale nie było podziwianie krajobrazów, tylko późniejszy zjazd w dół. Jeszcze nigdy nie osiągnęłam prędkości prawie 60km/h na rowerze. To było wspaniałe. Mimo, że wszystko trwało tylko koło 3 minut, to naprawdę warto namęczyć się i wjechać na sam szczyt, by później poczuć ten wiatr (wicher?) we włosach.




Po powrocie do domu bolały mnie tylko nogi. Na szczęście to skutek zmęczenia, a nie złego ustawienia sprzętu do jazdy. Spędziliśmy na dwóch kółkach prawie 3,5 godziny i jakby nie patrzeć jest to dosyć spory wysiłek dla organizmu. A jak się dzisiaj czuję? Świetnie. Owszem, czuję po udach, że wczoraj coś się działo, ale tyłek wcale mnie nie boli, co przy wcześniejszych wycieczkach było nieuniknione.




Może uda mi się zorganizować jakiś rower w Krakowie, bo poza przyjemnością z jazdy jest jeszcze z tego wiele korzyści, zwłaszcza dla biegacza. Taka jazda świetnie podtrzymuje wydolność organizmu, wzmacnia serce, a dzięki temu, że mięśnie nóg cały czas pracują stają się silniejsze i bardziej sprawne.

Czyli wiecie.. będę lepiej biegać : )))


/E.
Czytaj dalej

Triatlon od A do Z - zródlo niezbednej wiedzy

 

Całkiem niedawno (bo niecałe 2 miesiące temu) o triatlonie wiedziałam tylko tyle, że jest to połączenie trzech dyscyplin sportowych - pływania, jazdy na rowerze i biegania. O tym, w jakiej kolejności przebiegają konkurencje i na jakich dystansach nie miałam już zielonego pojęcia. Przyznam nawet, że wtedy jeszcze jakoś specjalnie mnie to nie interesowało, ale jak to zwykle bywa - do czasu.

 


"Triatlon od A do Z" miałam okazję przeczytać dzięki współpracy z wydawnictwem Septem, a sięgając po nią chciałam dowiedzieć się nieco więcej o tej dyscyplinie i przede wszystkim poszerzyć biegową wiedzę. W końcu TRI to także bieganie, czym już od ponad roku zajmuję się regularnie.

Pierwsze zawody triatlonowe odbyły się w 1974 roku. Od tamtego momentu ten sport rozwinął się niesamowicie. Powstały przeróżne kombinacje, od tych łatwiejszych do bardzo wymagających. Zwolenników nie brakuje, a listy startowe wypełniane są często na długi okres przed zawodami.

Sam autor książki jest osobą zasługującą na wielki podziw. W zawodach sportowych uczestniczył ponad 1000 razy. Ukończył w sumie 400 triatlonów (w tym 32 triatlony Ironman). Ma ogromną wiedzę i doświadczenie, a wszystko dzięki temu, że od ponad 30 lat z wielką pasją i uporem się tym zajmuje.

"Triatlon od A do Z" Marka Kleanthous’a to niesamowite źródło wiedzy zwłaszcza dla osób takich jak ja, czyli dopiero wkraczających w świat triatlonu, ale jestem pewna, że Ci bardziej doświadczeni też znajdą w niej coś dla siebie.

Poza podstawowymi wiadomościami dotyczącymi rodzajów konkurencji, niezbędnego sprzętu do treningu/zawodów czy zdrowego odżywiania znajdziemy tutaj szczegółowe informacje o tym jak przygotować się do swojego pierwszego triatlonu, co robić w dniu zawodów i na co zwracać uwagę.


Książka w dużej mierze poświęcona jest programom treningowym do dystansu sprinterskiego (400 lub 750m pływania, 20km jazdy na rowerze, 5km biegu) i olimpijskiego (1,5km pływania, 40km kolarstwa, 10km biegu). Każda dyscyplina, dostępne rodzaje technik, sesji, faz i cykli treningowych triatlonu są bardzo dokładnie przedstawione i przeanalizowane. Czytelnik, po takiej lekturze będzie wiedział jak ma rozplanować swój trening, na co zwrócić uwagę oraz kiedy, co i jak zastosować, by odpowiednio przygotować się do zawodów.


W książce znajdziemy również informacje o tym jak przyszykować się do pływania w otwartych wodach, jaki rodzaj pianki wybrać, jak o nią dbać oraz dosyć proste, ale bardzo istotne wzmianki o tym jak ją szybko zdjąć nie tracąc czasu.

Dzięki tej publikacji możemy dokładnie przeanalizować swój wyścig pod kątem przeróżnych problemów występujących na trasie, dowiedzieć się jak je rozwiązać, a także o tym jak powinien przebiegać okres regeneracji po zawodach.

Jeden z rozdziałów poświęcony jest treningom do triatlonu Half-Ironman czy Ironman, ale jest to wiedza bardziej informacyjna i skierowana do doświadczonych zawodników. Więcej informacji na temat tej konkurencji znaleźć można w innej pozycji, którą obecnie czytam ("Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego").

Na samym końcu książki umieszczona jest bardzo pomocna tabelka ze średnimi prędkościami dla poszczególnych dyscyplin pozwalającą oszacować czas dla konkretnego dystansu na podstawie obecnych wyników. O ile z tymi do biegania miałam już wcześniej styczność, tak te do jazdy na rowerze i pływania były to dla mnie nowością. 

Gdy zaczynałam czytać tę publikację nie wiedziałam, że aż tak mnie to wciągnie i zainteresuje. Im więcej stron przeczytałam, tym bardziej chciałam wsiąść na rower, iść na basen i rozpocząć przygotowania do triatlonu. Nie trudno się domyślić, że stało się to jednym z wyzwań jakie sobie postawiłam i jestem pewna, że kiedyś je zrealizuję :)


Powyższą książkę możecie kupić w księgarni internetowej Septem tutaj.

/E.
Czytaj dalej

Bieganie jest... fajne!

Sport przewija się w jakiś sposób właściwie przez całe moje życie. Na początku wszystko skupiało się raczej na grach zespołowych (głównie koszykówka), basenie, gimnastyce (stanie na rękach, przewroty, skok przez kozła), czy lekkiej atletyce (skok w dal/wzwyż, bieg na 60/100m i pchnięcie kulą). Szło mi w sumie dobrze i najczęściej moje starania były nagradzane szóstką z wfu na koniec. 


Prawda jest taka, że nigdy nie lubiłam długich biegów. Dzień gdy trzeba było przebiec 300m, nie wspominając o 600m był świetnym pretekstem do zapomnienia stroju, nagłej choroby czy bólu głowy/brzucha. Zabawne prawda? Ale tak było, a obecnie po jednym kilometrze nawet jakoś specjalnie się nie zmęczę.

I tak sobie teraz siedzę i myślę, że właściwie to...


fajnie jest... poczuć się wolnym
fajnie jest... dzięki bieganiu uśmiechać się przez cały dzień
fajnie jest... wbiec do tramwaju i nawet nie mieć zadyszki
fajnie jest... rozładować swoje emocje aktywnie, a nie na drugiej osobie
fajnie jest... się zmęczyć, a jednocześnie być szczęśliwym
fajnie jest... poznawać w ten sposób ludzi, z którymi łączy mnie wspólna pasja
fajnie jest... być od biegania uzależnionym
fajnie jest... zarażać bieganiem
fajnie jest... wciąż do czegoś dążyć
fajnie jest... nie bać się pogody
fajnie jest... kochać świat i wciąż go podziwiać
fajnie jest... założyć sukienkę
fajnie jest... biegać w deszczu 
fajnie jest... wejść po schodach na najwyższe piętro
fajnie jest... biegać w zawodach
fajnie jest... podczas biegania dostrzegać to, czego normalnie się nie zauważa
fajnie jest... żyć prawdziwie
fajnie jest... przebiec półmaraton
fajnie jest... dotknąć nieba
fajnie jest... czuć się dobrze we własnym ciele
fajnie jest... mieć energię i dzielić się nią z innymi
fajnie jest... robić coś dla siebie
fajnie jest... frunąć 3 metry nad ziemią, mając grunt pod nogami
fajnie jest... czytać/pisać/słuchać i rozmawiać o bieganiu
fajnie jest... realizować plany
fajnie jest... spełniać swoje marzenia

 
...bo przecież TAK fajnie jest biegać.
Czytaj dalej

Elbrus Ancona

Posty zawierające recenzję butów do biegania cieszą się największą popularnością na moim blogu, dlatego postanowiłam wyjść Wam na przeciw i napisać o kolejnych w których też biegam (a często o nie pytacie) i są nimi  Elbrus Ancona.



Mniej więcej w okolicach lutego/marca postanowiłam zrezygnować z biegania w Nike Revolution 2 głównie z powodu dziurek jakie zaczęły się tworzyć na wysokości małego palucha, ale także pojawiających się co chwila odcisków i otarć. Odstawiając je oczywistym było, że potrzebuję nowej pary butów do biegania i akurat dzięki cudownemu zbiegowi okoliczności dostałam na maila newslettera z promocją na wyżej wymienione obuwie w sklepie Martes Sport. Opinii o Elbrus Ancona w sieci było niewiele, ale kusząca oferta (wtedy cena poniżej 100zł) i konieczność jak najszybszego zakupu nowej pary mnie przekonała. Postanowiłam spróbować, bo jeśli nie nadadzą się do biegania, to przecież mogę w nich ćwiczyć.


Producent przedstawia je jako lekkie i wygodne buty do biegania. Ciężko się z tym nie zgodzić, bo do tej pory pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy wyszłam w nich pobiegać, to czułam dosłownie, że frunę (mimo, że było koło 5 stopni i lód na zewnątrz). To wszystko za sprawą lekkiej i dopasowującej się do stopy podeszwy z tworzywa EVA. Piankowy materiał wpływa również na amortyzację i działa ona tak jak powinna, gdyż niejednokrotnie pokonałam w nich dystans powyżej 15km (nawet półmaraton w nich przebiegłam) i nie nabawiłam się żadnej kontuzji.


But wykonany jest z siateczkowatego oddychającego materiału, co sprawia, że nawet przy 30 stopniach stopa nie przegrzewa się jakoś specjalnie. Po większych śniegach nie biegałam za dużo, gdyż nie było okazji, ale na oblodzonej i mokrej powierzchni, dzięki podeszwie pokrytej bieżnikiem czułam się bardzo bezpiecznie. Ostre zakręty, przyśpieszenia.. Elbrus Ancona poradziły sobie świetnie!

Z tymi butami polubiłam się bardzo. To, że są leciutkie i mają elastyczną podeszwę sprawia, że biega mi się w nich lepiej niż w Nike, czy Pumach. Wszystkie moje wcześniejsze buty miały twardą i wysoką podeszwę, a o zgięciu jej w sposób jak na zdjęciu poniżej mogłam tylko pomarzyć. Możliwe, że były inspirowane technologią Free.


Na plus zaliczam jeszcze to, że są bardzo wytrzymałe i nie brudzą się tak bardzo. Łatwo je wyczyścić, więc błoto, piach, czy deszcz im jest wcale nie straszny. Przemokły mi wiele razy i nic się z nimi nie stało.

Buty są w różnych wariantach kolorystycznych dla kobiet i mężczyzn. Można je dostać najczęściej w cenie około 130zł, choć cena regularna to podobno 280 zł, ale nigdy ich za tyle nie widziałam w sklepie.

Aktualnie buty mają na liczniku około 350km i właściwie nie widać po nich śladów zużycia. Biega mi się w nich świetnie i w 100% mogę je polecić. Wybiegam w nich jeszcze wiele kilometrów, bo nie mam najmniejszego zamiaru odstawiać ich do szafy, skoro tak mi przypasowały. Dodam, że oprócz biegania, skakałam w nich na skakance, robiłam planki, pompki, jeździłam na rowerze i ani razu mnie nie zawiodły. Spotkałam się w Internecie nawet z opcją tuningowania Elbrusów, by obcas był trochę niższy, ale to już wyższy stopień wtajemniczenia. Szkoda, że to tak mało popularna polska marka, bo buty są naprawdę dobrej jakości.
o rany, kilka zdjęć a tyle wspomnień..  

Inne recenzje butów w których biegałam:
Nike Revolution 2
Kalenji Ekiden 50

Czytaj dalej

Bieganie metodą Gallowaya - wspaniały początek [recenzja]


"Bieganie metodą Gallowaya" to była moja pierwsza biegowa książka. To ona zaczęła kształtować moją wiedzę i pozwoliła zaplanować pierwsze treningi. To dzięki niej bieganie stało się moją pasją.



Pamiętam ten moment, gdy zadecydowałam, że najwyższa pora zmienić coś w swoim życiu. Cały czas czułam, że potrzebuję jeszcze czegoś co nada mu większy sens, doda pewności siebie i wpłynie pozytywnie na moją sylwetkę. Któregoś dnia zupełnie przypadkiem trafiłam na ulotkę z promocyjną ceną wyżej wymienionej książki. Pomyślałam "okej, niech będzie bieganie" - impuls, ale pomyślcie jakie przyniósł konsekwencje!

W buty do biegania zaopatrzyłam się mniej więcej pół roku wcześniej i miałam je na sobie może z 3-4 razy. Zwyczajnie nie chciało mi się. Zawsze cechował mnie słomiany zapał, zwłaszcza jeśli chodziło o regularne uprawianie sportu. Tym razem postanowiłam, że będzie inaczej - podejdę profesjonalnie do tematu. 

Książkę kupiłam dokładnie na początku kwietnia 2013 roku, a niecałe 2 tygodnie później rozpoczęłam swój pierwszy plan treningowy. Od tamtego momentu bieganie cały czas napędza moje życie.



Chciałam poradnika, planu i wskazówek dla kompletnego lajka. Nie wiedziałam zupełnie nic o technice biegu, możliwych kontuzjach, butach, rozgrzewce czy rodzajach treningów. Śmiejcie się, ale jeszcze rok temu myślałam, że każdy zorganizowany bieg to maraton(!). Potrzebowałam wiedzy, a "Bieganie metodą Gallowaya" dało mi odpowiedź właściwie na wszystkie pytania.

Jeff Galloway to obecnie 70 letni amerykański biegacz długodystansowy. Mając 18 lat zwyciężył w pierwszym Atlanta Maraton, a w wieku 35 lat przebiegł maraton z czasem 2h:16m (!!!). Dokonał tego wyykonując program treningowy skupiającym się w głównej mierze na odpoczynku, zmniejszeniu tygodniowego kilometrażu i wprowadzeniu długiego biegu co drugi tydzień z przerwami na marsz.

Dlaczego przerwy na marsz?
Galloway tłumaczy, że przeplatanie biegu marszem to świetny sposób na uniknięcie zmęczenia oraz zredukowanie lub całkowite wyeliminowanie ryzyka kontuzji. Dzięki przerwom na marsz można przebiec więcej kilometrów i dłużej pozostać w ruchu. Przykładowo zamiast biec 8 km, można zrobić 13km taktyką 3min biegu/1min marszu. Odczucie zmęczenia będzie takie samo, a pokonany dystans pozwoli na spalenie większej ilości kalorii i wpłynie pozytywnie na wydolność.

Przyznam, że na początku było to dla mnie trochę głupie. Chciałam biegać, nie maszerować, jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że 5-8 minut ciągłego biegu to dla mnie wyczyn. Przebiegnięcie 10km? Marzenie (oj gdybyście zobaczyli mój uśmiech w momencie, gdy to napisałam).

Książka pomogła mi nie tylko przebiec swoje pierwsze 10km, ale zasiała ziarno z którego wykiełkowała prawdziwa biegowa miłość. Nauczyłam się tego jak ważny jest odpoczynek, odpowiednie planowanie tygodniowego kilometrażu i przede wszystkim czerpanie radości z treningów

Bardzo przydały mi się wskazówki dotyczące prowadzenia własnego dziennika treningowego (Jednym z powodów założenia bloga było właśnie spisywanie swoich treningów, tak bym mogła śledzić postępy, a później wyciągać wnioski. Do tej pory to robię, tylko teraz głównie na endomondo) oraz rozdział dotyczący treningu mentalnego, czyli panowania nad własną psychiką.



W książce nie brakuje gotowych planów treningowych na ukończenie 5, 10 czy 21 km z konkretnym czasem, znalazłam też wiele informacji o fizjologii, poprawnej technice biegu, zapobieganiu i radzeniu sobie z kontuzjami (tutaj wracam praktycznie za każdym razem, gdy coś mnie boli), dopasowaniu tempa, ćwiczeniach wpływających na poprawienie prędkości, przygotowaniach do zawodów, bieganiu w upale i chłodzie, a także zdrowym odżywianiu, doborze obuwia czy bieganiu w ciąży.




To prawdziwe kompendium wiedzy zwłaszcza dla początkującego biegacza, ale i zaawansowany znajdzie w niej coś dla siebie. Sama kilka dni temu posiadając już pewne informacje zdecydowałam się ponownie ją przeczytać, zwracając uwagę zupełnie na inne aspekty niż w momencie, gdy miałam ją w rękach po raz pierwszy.

Jeżeli o mnie chodzi to wciąż chcę dążyć do tego, by przebiec jak najdłuższy dystans bez konieczności zatrzymania się. Po tej lekturze patrzę nieco przychylniej na przerwy w czasie biegu, ale mimo wszystko dużo bardziej satysfakcjonuje mnie ciągły, nawet wolniejszy bieg niż ten z marszem...



...ale kto wie, czy w przyszłości, podczas przygotowań do swojego pierwszego maratonu nie sięgnę po inną pozycję Gallowaya mówiącą o przygotowaniach do królewskiego dystansu.

/E.
Czytaj dalej

X Kwietny Bieg dookoła krakowskich Błoń

 

Jakiś czas temu na fejsbukowym fanpage bloga udostępniłam zdjęcie mojego numeru startowego X Kwietnego Biegu, jednocześnie podejmując wyzwanie przebiegnięcia 10 okrążeń dookoła Błoń w ciągu 15 dni. 


Gdy dowiedziałam się o wydarzeniu to nie miałam nawet najmniejszej ochoty brać w nim udziału. Perspektywa krążenia w kółko nie napawała mnie radością, jednak jak to najczęściej bywa, po czasie uznałam, że właściwie to czemu by nie spróbować, zwłaszcza, że to na cześć pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i uczczenie jego kanonizacji


Tegoroczny Kwietny Bieg rozpoczął się 26 maja o godz. 17:00 i trwał 24h/dobę przez 15 dni. W tym czasie sztafeta pokonała 1000 okrążeń, czyli 3 530 km (tyle ile mają granice Polski) i tak naprawdę każdy mógł wziąć w niej udział. 

Poza sztafetą, w swoim tempie biegali też inni biegacze. Za przebiegnięcie 10 kółek obiecany był dyplom, natomiast numery startowe (wedle życzenia) po skończonym biegu oprawione w księgę i złożone w Łagiewnikach 26 października.


Nie byłam na otwarciu biegu, ale swój numer startowy odebrałam dzień później pokonując pierwsze 2 okrążenia. Przebiegnięcie 10 kółek zajęło mi tak naprawdę tylko 4 dni (nie po kolei). Większość pokonałam sama, kilka w towarzystwie, w dzień i w nocy, a nawet raz (zupełnie przypadkiem) jako chorąży sztafety z biało-czerwoną szarfą.

moment przekazania szarfy

Ostatnie 3 okrążenia wybiegałam 3 czerwca (tydzień później) tym samym wykonując postawione sobie zadanie. Do czasu odebrania dyplomu trenowałam jeszcze kilka razy na Błoniach, ale nie chciało mi się brać ze sobą numerka i meldować za każdym razem w namiocie.


To była bardzo fajna inicjatywa. Dobrze, że ostatecznie się na ten bieg zdecydowałam. Spodobało mi się bieganie w konkretnym celu i podejmowanie mniejszych, czy większych wyzwań. Taka zabawa może trochę ograniczała, bo większość treningów odbywało się w jednym miejscu, jednak z drugiej strony i tak część z nich wykonywałam właśnie na Błoniach. Ponadto miałam też świetną okazję sprawdzenia swojej psychiki, która czasem mogłaby być silniejsza... :)

*Zastanawiacie się dlaczego Kwietny Bieg? Nic prostszego - nazwa wzięła się od kwiatów tworzących dywany na papieskich drogach i szlakach przynoszonych przez witających.


/E.
Czytaj dalej

Jazda na rolkach to nic trudnego

 

Jeśli jest ładna pogoda, a nie biegam to zazwyczaj jeżdżę na rolkach. Często zdarza się też tak, że jednego dnia ćwiczę, biegam, a później i tak śmigam na 8 kółkach. Dla mnie to relaks w 100%, o ile nie przyjdzie mi do głowy jazda poniżej 3 min/km.


Pierwszy raz rolki na nogach miałam w wieku 9 albo 10 lat i to właściwie wtedy nauczyłam się na nich poruszać. Prawie nie pamiętam już jak to było i mam wrażenie, że jeżdżę na nich od zawsze. Mniej więcej po roku od zakupu sprzętu znudziło mi się i wylądował na długo w szafie. W ciągu tych kilku lat na rolki wychodziłam bardzo sporadycznie i tak naprawdę zakochałam się w nich dopiero po przeprowadzce do Krakowa. Od tego momentu stały się dla mnie czymś, bez czego teraz trudno mi żyć.


Poniżej zebrałam kilka najważniejszych zasad dotyczących jazdy na rolkach. Może nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale wydaje mi się, że sporo już wiem na ten temat i chętnie się tym podzielę:

Odpowiednie rolki to połowa sukcesu

Polecam różne fora internetowe, sklepy dla rolkarzy i sprawdzone firmy tj. Roces, Rollerblade czy K2. Warto wydać trochę więcej na sprzęt, gdyż jest to inwestycja na lata, a w takich z supermarketu nie pojeździ się za wiele. W rolkach musi być wygodnie, są jak buty i spędza się w nich przecież sporo czasu :)

Dobre miejsce do nauki

Najlepszy będzie park, boisko, mało uczęszczana ulica czy pusty parking. Najważniejsze aby nikt nie kręcił się pod nogami i było bezpiecznie. W domu też można spróbować.

*Nie należy jeździć na rolkach w czasie deszczu. W taką pogodę łożyska się niszczą, kółka tracą przyczepność i bardzo łatwo o wypadek.



Ochraniacze

Rodzice przy zakupie pierwszych rolek kupili mi takie na kolana i nadgarstki. Te na kolana miałam może raz na sobie, a w tych drugich jeździłam baaaardzo długo. Dzięki nim z większości wywrotek wychodziłam bez szwanku, bo upadając podpierałam się rękami, które były zabezpieczone.

*Niektórzy polecają jeszcze kask i ochraniacze na łokcie, ale to już od Ciebie zależy, czy chcesz czuć się bezpieczniej czy nie.

Postawa i technika jazdy

Bardzo ważne jest, by sznurówki były dobrze zawiązane i klamry odpowiednio zapięte - kostka musi być sztywna, noga w bucie nie może latać. Podczas jazdy nogi mają być lekko ugięte, kolana blisko siebie i tułów trochę pochylony do przodu. Ciężar ciała rozłożony na obie nogi tak, by zachować równowagę. Górna część ciała pozostaje nieruchomo i poruszają się tylko kończyny.
 
Na rolkach jeździ się odpychając na boki, nie w tył. Stojąc w lekkim rozkroku (10-15cm) jedną stopę ustawia się bokiem, odpycha i dostawia do drugiej. To samo z drugą nogą, cały czas pamiętając o ugiętych kolanach i pochylonym korpusie.

Patrzeć należy przed siebie, nie w dół - wpływa to na szybszą reakcję i pomaga zachować odpowiednią technikę.

  

Naucz się hamować

Może to być hamulcem przy rolce albo innym sposobem. Możliwości jest wiele. Sama na początku używałam hamulca, ale jakiś czas temu go odkręciłam, bo nauczyłam się zatrzymywać inaczej, a "hak" z tyłu tylko mi przeszkadzał.

Naucz się skręcać

Cały czas prosto jechać się nie da, kiedyś w końcu trzeba będzie skręcić. Tutaj też jest kilka metod, a najprostszą po prostu przeniesienie ciężaru na jedną nogę, czy zrobienie przeplatanki.

Ćwicz obie strony

Każdy ma swoją lepszą nogę na której łatwiej mu się skręca czy obraca (zresztą podobnie jest w innych dyscyplinach sportowych). Najczęściej robi się to nieświadomie, dlatego tak ważne jest by o tym pamiętać i ćwiczyć obie nogi. Sama mam z tym problem, bo sprawnie operuję prawą nogą, a z lewą przy obrotach czy zakrętach jest już trochę gorzej. Doskonalenie mojej nieudolnej strony, jest moim celem na najbliższy czas. Sukces będzie w momencie, w którym wykonywanie czegokolwiek na drugą nogę/stronę stanie się dla mnie czymś normalnym.

Rozglądaj się

Wokół Ciebie też są ludzie. Jeżdżąc, cały czas musisz mieć oko na spacerowiczów, rowerzystów i innych rolkarzy, którzy niekoniecznie zauważyli Twoją obecność. Nie jeźdź zbyt szybko, chyba, że czujesz się pewnie i bezpiecznie. Ustępuj pieszym i rowerzystom. Staraj się jeździć prawą stroną.


I to właściwie tyle, wydaje mi się, że najważniejsze rzeczy wypisałam. Teoria, teorią, jednak nic nie zastąpi praktyki, dlatego aby dobrze jeździć, trzeba po prostu dużo jeździć. Na rolki nigdy nie jest za późno, trochę cierpliwości i wszystko da się opanować! Nie zrażajcie się upadkami, poobijanymi kolanami, nawet mnie wciąż się to zdarza :)


I na koniec jeszcze krótki filmik:

 

Czytaj dalej

Rest day to też trening


Ile dni w tygodniu ćwiczymy/biegamy zależy tylko i wyłącznie od nas. Im częściej coś robimy, przynosi to coraz lepsze efekty. Jednak trzeba pamiętać, że aby osiągnąć zamierzony cel, organizm musi też odpoczywać.


Dlaczego odpoczynek jest taki ważny?
Zbyt mało odpoczynku może doprowadzić do przetrenowania. Na początku jest świetnie. Ćwiczysz codziennie, endorfiny szaleją, Ty dajesz z siebie 100%, wyniki się poprawiają, aż wreszcie organizm zaczyna protestować. Wyniki są coraz gorsze, bolące i zmęczone mięśnie nie pozwalają na efektywny trening, codzienne złe samopoczucie, objawy depresji, zwiększone ryzyko kontuzji i urazów. Jednym słowem - nieciekawie.

EK FotoStudio

Jak tego uniknąć?
Przede wszystkim trzeba nauczyć się umiejętnie dobierać treningi pod względem intensywności i nie zapominać o bardzo ważnym dniu jakim jest odpoczynek. Sama już kilka razy się na tym przejechałam, zapominając, że mój organizm to nie maszyna. Nie mogę powiedzieć, że już tego nie robię, ale przynajmniej się staram.

Teraz raz na 7 dni daję mięśniom czas, by zdążyły się odbudować, wzmocnić i przygotować na kolejny intensywny tydzień. Większości osób wystarcza 1-2 dni wolne od biegania czy innych ćwiczeń. U mnie sprawdza się jeden, który najczęściej poświęcam na 20 minutową jogę, rolki, basen, przejażdżkę rowerem czy spacer.

Tego dnia dłużej śpię, spędzam też nieco więcej czasu w kuchni, szukam inspirujących przepisów i przygotowuję nowe zdrowe potrawy. Planuję kolejny tydzień, maluję paznokcie, oglądam zaległe seriale, filmy, fotografuję i czytam książki. Regeneruję nie tylko ciało, ale i umysł. W ten sposób nie tracę motywacji i nabieram jeszcze większej ochoty na kolejne treningi. Moje ciało wraca do pełni sił, bym kolejnego dnia znów mogła działać.

EK FotoStudio

Rest day to jeden z najważniejszych dni w naszym planie treningowym. Jeden dzień wolny w tygodniu pozwala odbudować zapasy glikogenu, zapobiec urazom i zregenerować psychikę. To nieoceniony czas na odpoczynek i odzyskanie sił.

Czytaj dalej